Psychodrama dla frustratów
Janusz Palikot po zjeździe założycielskim swojego ruchu politycznego po raz
kolejny został w mediach bohaterem tygodnia. Szanse jego powstającej partii
oceniane są na ogół sceptycznie. Tym niemniej skandalista z Lublina już odniósł
znaczący sukces, gromadząc w warszawskiej Sali Kongresowej nadkomplet
publiczności. Czy uda mu się stworzyć struktury nowej partii, jeszcze nie
wiadomo, ale jest to dość prawdopodobne. Ma doświadczenie praktyczne jako
organizator, po mistrzowsku umie się lansować w mediach, uderza w momencie
spadających notowań rządu i narastających sporów wewnętrznych w PO. Swoim
wystąpieniem pogłębia kryzys tej partii, a – jak sugerują niektórzy – otrzymuje
w tym zakulisowe wsparcie z zewnątrz. Nade wszystko jednak niesie go fala
dziwnych emocji społecznych, które w całej tej historii wydają się tematem
najbardziej godnym uwagi.
Obrazu tłumnej demonstracji ulicznej za usunięciem krzyża Polska jeszcze w swej
historii nie widziała. Nigdy też nie widziano takiego spontanicznego wybuchu
nastrojów antykościelnych, jak ten, którego detonatorem stała się akcja
"Nowoczesnej Polski" w ubiegłą sobotę. Z Palikotem czy bez, coś się w naszym
społeczeństwie zmieniło, i jest to zmiana poważna, niezależnie od tego, czy nowa
partia powstanie i jakie będą jej polityczne losy. Kim są i skąd się wzięli
ludzie popierający Palikota?
Znieczuleni miazmatami kontrkultury
Można odnieść wrażenie, że mimo ciągłych badań socjologicznych, których wyniki
docierają do opinii publicznej w postaci słupków i wykresów, współcześni Polacy
coraz mniej wiedzą o sobie nawzajem. Swoboda po roku 1989 zaowocowała
zróżnicowaniem postaw, a silne konflikty polityczne spowodowały, że większość –
zwłaszcza młode pokolenie – zamknęła się szczelnie w skorupach prywatności.
Jednak w tych skorupach dojrzewają jakieś dziwne miazmaty. W ruchu Palikota
ujawnia się część tych dotąd nieartykułowanych publicznie (lub bagatelizowanych)
opinii i postaw.
Z tego, co było widać w czasie demonstracji na Krakowskim Przedmieściu i w Sali
Kongresowej, w oparach absurdu unosiły się dwa hasła ożywiające i jednoczące
wszystkich. Pierwszym z nich jest krytyka Kościoła i księży i atak na nich.
Wszystko wskazuje więc na to, że po dwóch dekadach antyklerykalizmu
nieoficjalnego zaczyna się epoka antyklerykalizmu oficjalnego i zorganizowanego
politycznie.
Stało się to możliwe dzięki długiej operacji socjotechnicznej, której poddawane
były pokolenia dorastające po 1989 roku. Zaczęło się w latach 90. od kolorowych
magazynów dla dziewcząt, przed których wpływem daremnie ostrzegali przytomni
wychowawcy. Zabawa, luz, muzyka techno, imprezy w dyskotekach, eksperymenty z
narkotykami itp. w niektórych przypadkach zostawiły po sobie trwałe ślady.
Miliony młodych Polaków mają dziś za sobą doświadczenia z przekraczaniem różnych
norm moralno-obyczajowych i religijnych zakazów. Choć często skutecznie ukrywane
lub wypierane ze świadomości, zmieniają one jednak stosunek do życia i sposób
myślenia, ponieważ to, co myślą ludzie, zależy od tego, co robią. Kto grzeszy i
kto przekracza granice, ma z tego powodu dyskomfort psychiczny w przeszłości
zwany potocznie wyrzutami sumienia. Jednak ten dyskomfort znika, kiedy się
uwierzy, że takie czy inne granice postępowania są "niedzisiejsze", przestarzałe
i w nowoczesnym świecie nikt "normalny" nie traktuje ich poważnie.
Tymczasem Kościół, który samym swoim istnieniem przypomina o niezmienności
przykazań, grozi takiej świadomości powrotem do gorzkich wspomnień i stresów,
wyleczonych czy raczej znieczulonych dzięki swoistej ideologii nowoczesności. I
w tym znanym mechanizmie psychologicznym tkwi chyba główne źródło antykościelnej
obsesji, z którą spotykamy się od lat na forach internetowych, a także, w nowej
politycznej formie – u Palikota i jego fanów. Agresja wobec Kościoła rozładowuje
skrywane frustracje związane z osobistą biografią, o których się wie, ale o
których się głośno nie mówi; frustracje wynikające z doświadczeń wyjątkowo
częstych wśród tych, których wychowywano pod hasłem "róbta, co chceta".
Psychodrama i polityka
Temu samemu celowi służy drugie istotne hasło "Nowoczesnej Polski" –
nowoczesność. W tym kontekście znaczy ona przede wszystkim, że stare zasady nie
obowiązują, a więc życie moralnie ułatwione jest równie dobre, a nawet lepsze
niż wierność starym religijnym i moralnym zasadom. I wszystko byłoby dobrze,
gdyby "młody nowoczesny mieszkaniec wielkiego miasta", co rusz nie spotykał na
swojej drodze takich, którzy mu przypominają, że jego nowoczesność i to, co on
nazywa wolnością, nie jest jeszcze normą. Obowiązującą powszechnie. Ludzie
modlący się pod krzyżem ustawionym na jego nocnej trasie z jednej imprezy na
drugą, musieli mu o tym przypominać w sposób wyjątkowo bolesny. Przypomina mu
zresztą o tym na co dzień cała konserwatywna Polska, przede wszystkim ta
religijna, ale także ta, która w Sejmie sprzeciwia się przesuwaniu granic prawa
w różnych kwestiach obyczajowych i moralnych przypominających mu o jego własnych
problemach. Furia, jaką budzą Radio Maryja, Prawo i Sprawiedliwość, czerpie
swoją irracjonalną siłę właśnie z wywołanej tym ciągłym przypominaniem
frustracji. A Palikot swoimi wypowiedziami budzi entuzjazm dlatego, że jego
groteskowe ataki i oskarżenia uwalniają ludzi skłóconych wewnętrznie od
związanego z tym napięcia.
Spełnia on zatem wobec swoich wyznawców rolę terapeuty, a cały jego program –
owe 15 punktów – pełni na tym tle rolę dość dowolnej racjonalizacji,
politycznego listka figowego, który potrzebny jest tylko po to, żeby jakoś
uwiarygodnić psychodramę. Trzeba sobie zdawać sprawę, że ten pomysł na politykę
ma charakter jawnie irracjonalny i z premedytacją apeluje do skołatanych emocji
oraz umysłowego zagubienia całej rzeszy młodych dorosłych Polaków. Nie znaczy to
jednak, że związane z tym zagrożenia można bagatelizować. Wręcz przeciwnie.
Nawet jeśli plany polityczne Palikota spalą na panewce, to i tak potencjał
irracjonalnych i destruktywnych postaw, jakie ujawniły się w 2010 roku, jest
wystarczająco groźny.
Weterani nihilizmu na odsiecz
W Sali Kongresowej wśród oklaskujących bohatera tłumów widać było też, oprócz
młodych, głowy mocno posiwiałe. Można by to uznać za potwierdzenie formułowanych
już w komentarzach hipotez. Ruch Palikota byłby ruchem pokoleniowym, pierwszym
autonomicznym wyrazem postaw politycznych ludzi urodzonych w latach 60. i 70.,
którzy – jak dotąd – w polityce nie stworzyli nic własnego. Ale byłby to zarazem
ruch otwarty na weteranów nihilizmu, czyli posiwiałą klientelę tygodnika "Nie".
A w tej grupie są pewnie i tacy, którzy do ruchu Palikota wyciągną pomocną dłoń,
można nawet powiedzieć "bratnią", tę samą, która kilka lat temu podawana była
"Samoobronie". Jeśli więc określenie Palikota mianem "miejskiego Leppera" uznać
za trafne, to per analogiam można się i po nim spodziewać w niedalekiej
przyszłości sporych sukcesów politycznych.
Jest to prawdopodobne, tym bardziej że Palikot bez porównania lepiej niż Lepper
radzi sobie z mediami. Komentatorzy interpretują ten fakt na dwa sposoby. Jedni
twierdzą, że jest on po prostu politycznym narzędziem TVN; inni, że sam umie
sprawić, by media były jego narzędziem. Prawda leży chyba po środku. TVN 24
transmitowała na żywo sobotni kongres, ale z komentującym go w studiu Grzegorzem
Miecugowem. Jego rolą, którą zresztą wykonał, było przekazanie widzom, co
powinni z transmisji zrozumieć, gdyby na sali coś poszło nie po myśli reżyserów
programu. TVN daje w ten sposób do zrozumienia Palikotowi, że jeśli będzie
grzeczny, to się go będzie pokazywać ludziom, a jeśli nie, to się go schowa do
pudełeczka. Z kolei Palikot przez kilka ostatnich lat wykorzystywał media w
sposób następujący: wiedząc, że każdy najgłupszy i najbrutalniejszy atak na
braci Kaczyńskich od razu trafia na pierwsze miejsce wszystkich serwisów,
wymyślał swoje napaści, dzięki którym całymi latami okupował za darmo najlepszy
czas antenowy. A przecież bez tego nie byłby dzisiaj tym, kim jest…
W tym kontekście na uwagę zasługuje również zgłoszony w Sali Kongresowej
postulat i obietnica przeznaczenia w przyszłości jednego procenta PKB "na
kulturę". Jeśli w epoce polityki rozgrywającej się w mediach pozyskuje się
zwolenników, to najpierw należy postawić na tych, którzy na co dzień w tych
mediach są obecni. Spryt to rzadki, bo postulatem tym Palikot usiłuje zrobić
artystów klakierami na własnym przedstawieniu politycznym – i to jeszcze nie za
własne, tylko za państwowe pieniądze!
Jednak kondominium
Na genezę i znaczenie artystyczno-intelektualnej stylizacji Palikota zwracałem
uwagę już w sierpniu na łamach "Nowego Państwa". Nie chcę tego powtarzać, tym
bardziej że z otaczającymi go artystami, czy też raczej "artystami", Palikota
łączy przede wszystkim narcystyczna osobowość. On chce, żeby go analizować, żeby
o nim pisać, nawet pisać źle – byle dużo i z nazwiskiem. I tu, po próbie
wytłumaczenia źródeł jego obecnej siły, można przejść do wskazania słabości jego
planu, które na razie są ukryte, ale łatwo mogą się ujawnić w trakcie
redagowania statutu, zakładania struktur i powoływania władz nowej partii.
Po pierwsze, istnieje zasadnicza sprzeczność między kontestowaniem świata
polityki tout court a zakładaniem partii politycznej. Dlatego mówi się tam o
"ruchu", co może być interpretowane jako formuła przejściowa w drodze do
zarejestrowania partii, lub – w sposób radykalny – jako odrzucenie formuły
partii politycznej jako takiej, na rzecz bądź to utopijnych mrzonek o JOW, bądź
otwartej rewolucji przeciwko systemowi parlamentarnemu, do której to rewolucji
zdawała się wzywać pani Środa.
Po drugie, jeszcze nie wiadomo, jaki charakter przyjmie antyklerykalna
ideologia, która na razie sprowadza publiczność na wiece. Czy ma to być
antyklerykalizm postulujący po prostu "protestantyzację" polskiego Kościoła na
wzór zachodni, czy też twardy antychrystianizm oparty na którejś z New
Age’owskich subkultur, a jeśli tak, to na której. Maniaków i obłąkańców łatwiej
zaprosić na wiec, niż ich zorganizować i pogodzić.
Po trzecie, nie wiadomo, jaki ma być stosunek ruchu Palikota do Polski. Wezwanie
do likwidacji armii, które padło w Sali Kongresowej, wyglądające na ukłon w
stronę rosyjskiej ambasady, zgadza się z wizją zredukowania państwa do funkcji
usługowo-administracyjnych i zamiany Polski w zdepolityzowaną, zdemilitaryzowaną
strefę buforową lub kondominium. Co jednak z transparentem "My też jesteśmy
Polakami", który pojawił się na Krakowskim Przedmieściu? Przecież wyzwalając
populistyczne emocje antyklerykalne tłumione dotąd przez całą oficjalną scenę
polityczną, ruch "Nowoczesna Polska" może jednocześnie wyzwolić ostry,
populistyczny nacjonalizm, hamowany dotąd skutecznie przez poprawność
polityczną! W jakąkolwiek stronę będzie chciał pójść w przyszłości ruch Palikota
– ku kosmopolityzmowi czy nacjonalizmowi, ktoś będzie musiał po drodze ustąpić
albo się wycofać. Pospolite ruszenie prostaków nie poradzi sobie z tym
wszystkim. Wódz będzie więc musiał do dowodzenia swoim czambułem wynająć
poruczników, którym obieca przyspieszone mianowanie na stopnie generalskie. Nie
widzieliśmy jeszcze tych poruczników na scenie, ale być może oni czekają za
kulisami?
Ostrzeżenie dla PO
Niezależnie, czy ruch Palikota przetrwa, czy przegra, już w tej chwili ma on
wpływ na ogólną sytuację polityczną, dlatego że dzieli elektorat Platformy.
Palikot jest niedoszacowany w sondażach. Są tacy, którzy czują pociąg do jego
ruchu, ale ponieważ wódz ma opinię pajaca, wstydzą się do tego przyznać. Przy
urnie może być inaczej. Mechanizmy mody, rządzące dziś reakcjami młodzieży
polegają, jak wiadomo, na tym, że do modne staje się zwykle coś, co początkowo
wydaje się zwariowane lub skandaliczne. Można się więc spodziewać pojawienia
mody na Palikota, na tej samej zasadzie, na jakiej pojawiła się popularność
tatuaży, kolczyków i wystających spod dżinsów stringów.
Jeśli Palikotowi uda się zmontować struktury partyjne i wystawić własne listy w
wyborach do Sejmu, jego sukces stanie się już bardzo prawdopodobny. Nie jest to
dobra wiadomość dla Platformy, ponieważ odbędzie się to na jej koszt. Zresztą
już co najmniej od tygodnia cały Ruch wymierzony intencjonalnie w "mohery" i "kaczystów"
szkodzi przede wszystkim wizerunkowi partii rządzącej. Sam fakt, że rozłam –
którego Platforma i sprzyjające jej media oczekiwały w PiS – następuje w obozie
zwycięzców, daje sporo do myślenia. Elektorat PO, straszony brakiem alternatywy
wobec PiS, przez długi czas po 2007 r. tłumił narastające rozczarowanie rządami
ekipy Tuska. Jeśli Palikot ograniczy swoje ekscesy i zwróci się w stronę
centrum, część lewicowo-liberalnych metropolii może dostrzec w nim taką
alternatywę.
Prof. Andrzej Waśko
Prof. dr hab. Andrzej Waśko jest historykiem literatury, publicystą,
pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły
Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie.
