Co to za umowa, której w praktyce nie ma?

Wszelkie ustalenia dotyczące jakiejkolwiek dziedziny, jeżeli w ogóle mają
mieć jakiekolwiek znaczenie w praktyce, muszą być z Rosjanami sporządzone na
piśmie. O jakichkolwiek jednostronnych aktach ze strony przywódców rosyjskich, a
już na pewno o dżentelmeńskich porozumieniach, zapomnijmy. Nie bądźmy naiwni.

Profesor Krystyna Pawłowicz poddała krytyce (którą z pokorą przyjmuję) m.in.
moje stanowisko zawarte w artykule "Umowy nie było, ale czy nie mogło być?",
opublikowanym w "Naszym Dzienniku" 8 września br. Pani Profesor na łamach
"Rzeczpospolitej" (21 września) dowodzi, że rozmowa premiera Donalda Tuska z
prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem w dniu katastrofy smoleńskiej miała
charakter wiążącej ustnej umowy międzynarodowej albo przynajmniej charakter
"aktu jednostronnego państwa" lub "porozumienia dżentelmeńskiego" (gentleman’s
agreements). Rodzi się w tym miejscu pytanie – wobec tego, co to właściwie było?
Czy mogły to być jednocześnie wszystkie trzy formy aktu prawnego na płaszczyźnie
publicznego prawa międzynarodowego? A jeśli tak, to jakie tak naprawdę ma to
znaczenie?

Praktyczna wartość umów

W artykule z 8 września br. napisałem m.in., że słowna deklaracja prezydenta
Federacji Rosyjskiej Dmitrija Miedwiediewa o wspólnym prowadzeniu śledztwa w
sprawie katastrofy smoleńskiej przez polskich i rosyjskich prokuratorów nie ma
charakteru umowy międzynarodowej, nawet jeśli deklaracja ta została przyjęta
przez stronę polską. Wskazałem również, że wiążące umowy międzynarodowe mają
wyłącznie formę pisemną, i taką właśnie umowę powinien niezwłocznie po
katastrofie przygotować polski rząd, czego niestety zaniechał. Stanowisko to
podtrzymuję pomimo krytyki (częściowo zasadnej) ze strony Pani Profesor. Z kilku
powodów.
Po pierwsze, nie ma najmniejszej wątpliwości, że realne znaczenie w praktyce
stosunków między dwoma państwami, a zwłaszcza stosunków z takim państwem jak
Rosja, mają wyłącznie umowy sporządzone w formie pisemnej. Jedynie w takich
umowach mogą być uwzględnione najistotniejsze postanowienia dotyczące szczegółów
– w tym wypadku szczegółów współpracy polskich i rosyjskich prokuratorów w
wyjaśnianiu przyczyn katastrofy smoleńskiej. Tylko postanowienia takich umów
mogą być w rzeczywistości egzekwowane i mogą stanowić realną podstawę
konkretnych decyzji i działań.
Po drugie, jeśliby dokładnie przeanalizować stanowisko Pani Profesor w tej
sprawie, to wynikałoby z niego, że w praktyce każda oficjalna rozmowa dwóch
przywódców państwowych, dotykająca konkretnych spraw i problemów, miałaby
charakter ustnej umowy międzynarodowej. A przecież tak nie jest. W praktyce
stosunków międzynarodowych tego rodzaju ustne ustalenia pomiędzy najważniejszymi
ośrodkami władzy są jedynie punktem wyjścia do sporządzenia właściwych umów,
które dopiero po ich podpisaniu (ratyfikacji) stają się realną podstawą do
podejmowania działań i ewentualnie wysuwania roszczeń pod adresem tej strony
umowy, która nie przestrzega jej treści.
Po trzecie w końcu, co zaznaczyłem już na wstępie, również Pani Profesor nie do
końca jest przekonana, jak właściwie zakwalifikować ustne ustalenia prezydenta
Miedwiediewa i premiera Tuska z 10 kwietnia br. To niezdecydowanie widać w
tekście: "wydaje się, iż w omawianym przypadku można bronić tezy, iż
telefoniczna rozmowa premiera Polski z rosyjskim prezydentem miała (…) cechy
zarówno ustnej umowy, jak też jednostronnego aktu Rosji, przyrzeczenia złożonego
premierowi polskiemu. Gdyby się uprzeć, to można by się tu doszukiwać cech
dżentelmeńskiego porozumienia". Co to zatem w końcu było?
Dalej Pani Profesor, znów z pewną dozą niepewności, pisze: "jeśli zaś uznamy, iż
premier zawarł w uproszczony sposób np. ustną umowę ze stroną rosyjską (…)".
No właśnie, "jeśli uznamy". To sformułowanie znakomicie charakteryzuje
praktyczną wartość umów ustnych. Są one po prostu bardzo względne.
Faktem jest, że w nauce prawa międzynarodowego wyróżnia się wszystkie te formy
prawne, wskazywane przez Profesor Pawłowicz, jako źródła prawa międzynarodowego.
Faktem jest również, że pominąłem rozważania na ten temat w moim tekście z 8
września w "Naszym Dzienniku". Ale nie zrobiłem tego, jak jednoznacznie sugeruje
Pani Profesor, ze względu na "płochliwą, samoograniczającą się, skrajnie
dogmatyczną prawną postawę", tylko ze względu na realizm prawniczy (nazwijmy to
w ten sposób), który podpowiada, że czysto akademickie dyskusje na temat
możliwych teoretycznie źródeł publicznego prawa międzynarodowego nie mają po
prostu sensu w tym miejscu. Nie trzeba bowiem być wnikliwym obserwatorem
politycznej i prawnej rzeczywistości, aby stwierdzić, że z kim jak z kim, ale
właśnie z Rosjanami wszelkie ustalenia dotyczące jakiejkolwiek dziedziny, jeżeli
w ogóle mają mieć jakiekolwiek znaczenie w praktyce, to muszą być sporządzone na
piśmie. O jakichkolwiek jednostronnych aktach ze strony przywódców rosyjskich, a
już na pewno o dżentelmeńskich porozumieniach, zapomnijmy, nie bądźmy naiwni.
W tym miejscu wypada raz jeszcze posłużyć się cytatem z wywodu Pani Profesor:
"jeśli zaś uznamy, iż premier zawarł w uproszczony sposób np. ustną umowę ze
stroną rosyjską w sprawie prowadzenia wspólnego śledztwa (…)". Trzeba jednak
zaraz zadać pytanie: i co z tego wynika, że uznamy? Otóż nic, nie można
wyciągnąć żadnych konsekwencji z nieprzestrzegania przez Rosjan czy też przez
rząd polski postanowień tej umowy. Co to zatem za umowa, która w praktyce nic
nie daje? Umowa jest, a jakby jej nie było, ergo umowy nie ma w ogóle.

Zaniedbania rządu PO – PSL

Na tym jednak pragnę zakończyć polemikę z argumentacją Pani Profesor Pawłowicz,
bo w gruncie rzeczy konkluzje na płaszczyźnie politycznej są wspólne dla Pani
Profesor i mojego stanowiska: śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej zostało
od początku źle ukształtowane, a stało się to, przynajmniej w dużej części, z
winy polskiego rządu. Różnimy się tylko w podejściu do sprawy: Pani Profesor,
podzielając stanowisko mecenasa Stefana Hambury, zdaje się twierdzić, że polski
rząd powinien egzekwować postanowienia zawarte w telefonicznej rozmowie Tuska i
Miedwiediewa w dniu katastrofy (co ja uważam za nierealne); ja zaś twierdzę, że
rząd premiera Tuska powinien kuć żelazo póki gorące i natychmiast, w ciągu kilku
dni od katastrofy, przedstawić Rosjanom do podpisu gotową umowę, która
bazowałaby na publicznych solennych deklaracjach rosyjskiego prezydenta
składanych w rozmowie z polskim premierem.
Nie twierdzę oczywiście, że Rosjanie taką umowę na pewno by podpisali, ale
uważam, że w tamtych dniach, w atmosferze ogólnego szoku, w sytuacji gdy sprawa
katastrofy smoleńskiej i śledztwa w tej sprawie była na pierwszych stronach
światowych gazet, Rosjanie mieliby duży kłopot z wytłumaczeniem się, dlaczego
nie chcą podpisać umowy, którą sami uroczyście postulowali. Dzisiaj mamy już,
niestety, musztardę po obiedzie, a umowa ustna, którą zdaniem Pani Profesor
Pawłowicz Tusk zawarł z Miedwiediewem 10 kwietnia, nie ma żadnego znaczenia w
praktyce, skoro nie możemy doprosić się nawet tak banalnej rzeczy, jak
przykrycie zwykłą plandeką wraku Tu-154M, czyli zasadniczego dowodu rzeczowego w
śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej – nie wspomnę już o przekazaniu
czarnych skrzynek i innych podstawowych materiałów.
Całe to śledztwo to wielki skandal – dziś wszyscy widzą to bardzo wyraźnie,
również ci politycy i dziennikarze opiniotwórczych mediów, którzy przez ostatnie
miesiące, prezentując typowy dla dzisiejszych elit salonowych rosyjski
serwilizm, podkreślali wspaniałą postawę i współpracę Rosjan oraz ich wolę
dogłębnego wyjaśnienia sprawy. Dziś widać to, co wielu z nas wiedziało od
początku, że Rosjanie mają z góry ustalony wynik śledztwa: przyczyny katastrofy
leżą wyłącznie po stronie polskiej, i to najlepiej dokładnie po tej stronie
polskiej, która zginęła w katastrofie. Fakt, że taką tezę mogą z łatwością
przeforsować w swoich dokumentach śledczych, wynika natomiast z niczego innego
jak tylko ze skandalicznych zaniedbań rządu PO – PSL w tej sprawie.
Wśród tych zaniedbań ja na pierwszy plan wysuwam właśnie brak chęci
wykorzystania doskonałej okazji, jaką była deklaracja Miedwiediewa o wspólnym
prowadzeniu śledztwa, i niesporządzenie stosownej umowy w tej sprawie. To
skandal, który sprawił, że prawdopodobnie już nigdy nie poznamy pełnej prawdy o
katastrofie smoleńskiej.

Odpowiedzialność polityczna za katastrofę smoleńską

Czy nie jest jednak przypadkiem tak, że rządowi Donalda Tuska właśnie na tym
zależało? Takie pytanie stawia dziś wielu z nas. Jako konstytucjonalista mogę w
tym miejscu tylko jeszcze raz powtórzyć, że zgodnie z przepisem art. 146 ust. 4
Konstytucji RP jedną z zasadniczych funkcji Rady Ministrów jest zapewnienie
zewnętrznego i wewnętrznego bezpieczeństwa państwa, w tym – rzecz jasna –
bezpieczeństwa najwyższych jego przedstawicieli. Fakt, że z tego obowiązku rząd
Tuska się nie wywiązał, jest w przypadku katastrofy smoleńskiej nader oczywisty,
podobnie jak nader oczywista jest w związku z tym odpowiedzialność – co najmniej
polityczna – rządzących. Nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystkie te
skandaliczne decyzje i zaniedbania w sprawie śledztwa, ale i w sprawie uczczenia
pamięci ofiar katastrofy, wynikają z woli ucieczki rządzących od tej
odpowiedzialności, o czym pisałem już zresztą na łamach "Naszego Dziennika".

Dr Przemysław Czarnek

Autor jest konstytucjonalistą, pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego Jana Pawła II.

drukuj