Dobrze mi tu
Ze Szczepanem Twardochem, pisarzem, rodowitym Ślązakiem, rozmawia
Małgorzata Rutkowska
Przedstawia się Pan: "Jestem prowincjuszem"…
– Bycie człowiekiem prowincji to dla mnie swego rodzaju splendid isolation,
która zapewnia dystans do spraw społecznych. A jednocześnie to, że mieszkam w
miejscu, w którym żyli 200 lat temu moi przodkowie, chodzę po tej samej ziemi,
daje mi to bardzo mocne poczucie zakorzenienia. Mam poczucie bycia u siebie, w
swoim kawałku świata – co bardzo wielu Polakom nie jest dzisiaj dane.
Ten kawałek świata to Śląsk?
– Jestem Ślązakiem, bo urodziłem się w śląskiej rodzinie i wychowałem na Śląsku.
Nie był to jakiś proces odkrywania tożsamości, po prostu żyję w tym świecie,
oddycham nim.
Nie musiał Pan odkrywać swoich korzeni?
– Nie, ponieważ one były dla mnie oczywiste od zawsze, tak mnie wychowano.
Mam wrażenie, że Śląsk jest wciąż "innym światem", trochę tajemniczym przez
swoje losy, doświadczenia ludzi tam mieszkających. Ślązak to właściwie kto?
– Na pewno funkcjonuje stereotyp Ślązaka, który może mi się podobać lub nie, z
drugiej strony jest też jakiś rodzaj śląskiego charakteru etnicznego. Ślązacy są
zupełnie odmienni od Polaków z innych regionów, pod każdym względem różnią się
od nich.
Można powiedzieć, że Śląsk ma wiele twarzy?
– Tak jak każde miejsce, każda wspólnota. Ludziom Śląsk kojarzy się z
postindustrialnymi widokami zniszczonego Bytomia, który przed wojną był
najpiękniejszym miastem tego regionu, ale został zdewastowany, bo przez 50 lat
prowadzono w nim, czy też pod nim, gospodarkę tak, jakby Śląsk był kolonią. Ale
ja mieszkam na tzw. zielonym Śląsku, 20 km na południe od granic śląskiej
konurbacji, wśród lasów, w obrębie cysterskich założeń krajobrazowych sprzed 700
lat, i to są krajobrazy zupełnie ze Śląskiem niekojarzone. Tak, na pewno Śląsk
ma bardzo wiele twarzy.
A jak się dziś żyje na Śląsku?
– Mnie żyje się bardzo dobrze, ale na pewno to nie jest powszechne
doświadczenie, bo Śląsk przeżył bardzo ciężko – z różnych powodów –
transformację ustrojową.
Upadek kopalń, przemysłu ciężkiego pociągnął za sobą bezrobocie, co zachwiało
bytem wielu rodzin. Kobiety na Śląsku zajmowały się domem, mężczyźni zapewniali
utrzymanie.
– To niewątpliwie dotknęło Ślązaków, bo rodzina śląska jest znacznie bardziej
patriarchalna niż standardowy model rodziny polskiej. Polskość jest
matriarchalna, bardzo skupiona na kobiecie, przekazywana dalej przez kobiety. Na
Śląsku tego nie było. Pozycja mężczyzny jest w jednoznaczny sposób związana z
jego pracą, z funkcją żywiciela rodziny. Kiedy na początku lat 90. system
gospodarczy zaczął się zawalać, na Śląsku doprowadziło to do rodzinnych
kryzysów. Ale z drugiej strony w tej chwili w województwie śląskim jest
najwyższa średnia pensja w Polsce.
To wynik tradycyjnej przedsiębiorczości, zaradności Ślązaków?
– Nie, Ślązacy nie są ani przedsiębiorczy, ani zaradni. Etos ciężkiej pracy to
coś innego niż przedsiębiorczość albo zaradność. Mówię znów stereotypowo, ale
każde poznanie wymaga jakichś uogólnień. Stereotypowo postrzegany śląski
charakter etniczny zdecydowanie przedkłada ciężką pracę nad przedsiębiorczość.
Utożsamianie Ślązaka z górnikiem to też stereotyp? Pan mu zaprzecza,
pokazując, że żywy jest też inteligencki etos…
– Nie ma czegoś takiego jak etos śląskiej inteligencji. Ślązacy awansujący w
społeczeństwie zwykle wyrzekali się swojej tożsamości, najpierw na rzecz
niemieckości, potem zaś na rzecz polskości, i ku mojemu niezadowoleniu dziś
śląskość jest utożsamiana z plebejskością. Jeszcze przed wojną na polskim
Śląsku, a po wojnie na całym, niemieckie elity zostały zastąpione przez
importowane elity polskie, które, moim zdaniem, do śląskości miały stosunek
paskudny. Uważały śląskość za zdegenerowaną polskość i kiedy myślały o
przywracaniu Polsce Ślązaków, rozumiały to jako korygowanie ich tożsamości
etnicznej, ich sposobu mówienia. Ja akurat w ogóle nie mam ochoty być
przywracany. Myślę, że Polska powinna martwić się o przywrócenie samej siebie
Śląskowi. W bardzo wielu przedwojennych pismach jest mowa o języku śląskim jako
o zepsutej polszczyźnie, której używanie należy wyplenić. Jeszcze po wojnie, w
czasach, kiedy moi rodzice chodzili do szkoły, za mówienie po śląsku w jakiś
sposób szykanowano. To doświadczenie mnie w jakiś sposób uformowało. Większość
Ślązaków, szczególnie ze starszego pokolenia, ma system naturalnego przełączania
kodów językowych.
Mówienie po śląsku było czymś wstydliwym?
– Nie wiem, nigdy się tego nie wstydziłem, ale być może te szkolne opresje mogły
w kimś z pokolenia moich rodziców taki wstyd wywołać. Teraz na szczęście mamy do
czynienia z pewnym renesansem śląszczyzny, co mnie bardzo cieszy, bo tamta
sytuacja była haniebna. Języka śląskiego nauczyłem się od moich dziadków,
ponieważ rodzice od początku mówili do mnie po polsku, by oszczędzić mi
przykrości, których sami doświadczyli, za co zresztą jestem im wdzięczny, bo w
zasadzie od zawsze jestem dwujęzyczny.
Czy będzie Pan uczył swojego syna dialektu śląskiego?
– Mam nadzieję, że mój syn jakoś rośnie zanurzony w śląszczyźnie i "bydźe
godoł". Śląski raczej nie jest zagrożony wymarciem w ciągu jednego pokolenia,
ale posługiwanie się śląszczyzną w naturalny sposób staje się rzadsze. Niestety,
wydaje mi się, że śląski jako dialekt zaniknie, tak jak zanikają wszelkie języki
wernakularne [domowe, rodzime – przyp. red.], bez utrwalonej normy literackiej.
Dlatego bardzo kibicuję wszelkim działaniom na rzecz kodyfikacji śląszczyzny i
uzgodnienia zapisu ortograficznego.
Oprócz języka co określa jeszcze istotę bycia Ślązakiem?
– Poczucie przynależności do etnicznej wspólnoty, które na Śląsku może mieć
bardzo wiele odcieni. Są ludzie, którzy się uważają za Ślązaków i za Polaków, są
ludzie, którzy uważają się za Ślązaków, a jednocześnie są przywiązani do
niemieckości. Są też tacy, którzy się uważają za Ślązaków bezprzymiotnikowo – są
Ślązakami i tyle. Sam siebie właśnie tak określam, nie rozstrzygając, czy
Ślązacy są narodem czy nie, bo to wymagałoby w ogóle zdefiniowania pojęcia
"narodu", co wbrew pozorom wcale nie jest takie proste. Twierdzę, że nie jestem
ani Niemcem, ani Polakiem, jestem Ślązakiem i tyle, bez przymiotników.
Jednocześnie uważam się za lojalnego i zaangażowanego w sprawy publiczne
obywatela Rzeczypospolitej. Co w obliczu różnych urzędników warszawskich lub
katowickich, próbujących nakazać mi, za kogo się mogę uważać, bywa dosyć trudne.
Swoją drogą, tych odcieni śląskości jest bardzo dużo, a na nie dodatkowo rzutuje
pewna śląska ksenofobia, polegająca nie na bezpośredniej niechęci do obcych, ale
na dość zazdrosnym strzeżeniu śląskiej tożsamości. To, że ktoś się urodził na
Śląsku, w oczach Ślązaka nie czyni go jeszcze Ślązakiem.
Ci, którzy masowo migrowali za pracą w kopalniach i zostali na Śląsku, nie są
uważani za Ślązaków?
– Nie. Muszą parę pokoleń tu pomieszkać. Teraz te konflikty między hanysami a
gorolami – przy czym dla Ślązaka "gorol" nie oznacza górala, ale po prostu
obcego – nie przyjmują formy tak ostrej, jak jeszcze 30, 40 lat temu. Na
osiedlach, np. w Katowicach, gdzie zamieszkiwali emigrujący na Śląsk za pracą
ludzie z innych części Polski, do mieszanych małżeństw dochodziło częściej
dopiero w latach 70. Ta wzajemna niechęć jakoś jest wciąż obecna. Nie wiem, czy
są jeszcze, ale kiedyś były w Katowicach, w Bytomiu czy Chorzowie miejsca, w
których można było dostać, za przeproszeniem, w pysk za mówienie na ulicy po
polsku, albo vice versa – po śląsku, bo to działało w obie strony. Z drugiej
strony był też wyraz niewątpliwej, poważnej i celowej dyskryminacji Ślązaków –
władze PRL uważały ich za element niepewny. Z zasady np. całe kadry śląskiego
aparatu bezpieczeństwa rekrutowały się z Zagłębia. Ślązacy ani w MO, ani w SB
nie robili kariery, ale nie z powodu ich wyjątkowych zalet etycznych, tylko
dlatego, że ich po prostu nie dopuszczano. Tak samo jak nie awansowano Ślązaków
na stanowiska kierownicze w przemyśle, w kopalniach itd. Powszechnie uznawany za
Ślązaka Edward Gierek nie miał nic wspólnego ze Śląskiem.
Najbardziej zindustrializowana część Polski jest jednocześnie ostoją
tradycyjnego katolicyzmu. Pełne kościoły, dziesiątki tysięcy mężczyzn na
pielgrzymkach w Piekarach…
– Równie dobrze można uznać to za wyraz katolicyzmu posoborowego, który
przyjmuje formę publicznej masowości. Niezwykle sobie cenię tradycję pielgrzymek
piekarskich, to piękna rzecz. I bardzo jestem wdzięczny mojemu ojcu, że mnie tam
jako kilkunastoletniego chłopca pierwszy raz zaprowadził.
Silne poczucie tożsamości jest na Śląsku antidotum na trucizny
postnowoczesności?
– Nie, nie jest.
To co sprawia, że Śląsk jest wyspą konserwatyzmu: silnej rodziny, mocnego
Kościoła?
– Jest to niewątpliwie wyspa konserwatyzmu w sensie społecznym, natomiast
niekoniecznie przekłada się to na dobre wyniki partii uznawanych za prawicowe,
konserwatywne. Ślązacy np. niechętnie głosują na Prawo i Sprawiedliwość.
Dlaczego?
– Myślę, że zniechęca Ślązaków to, że szczególnie lokalni działacze tej partii
starają się zwalczać wszelkie próby wzmocnienia śląskiej tożsamości etnicznej,
uważając je za zagrożenie dla polskości Śląska. Z drugiej strony, jeżeli w PO
coraz silniej będzie słychać głos Palikota, to nie sądzę, żeby Platforma mogła
liczyć na głosy tradycyjnych Ślązaków, bo Śląsk na partie antyklerykalne nigdy
nie głosował. SLD nie miał na Śląsku dobrego wyniku i żadna partia
antyklerykalna na taki wynik liczyć nie może.
Co jeszcze przesądza o preferencjach wyborczych Ślązaków?
– Ciekawe byłoby przeanalizowanie wyników wyborów przez rzutowanie ich na mapy
społeczne, które uwzględniałyby, po pierwsze, etniczny charakter poszczególnych
miejscowości. Zupełnie inny jest przekrój społeczny i etniczny np.
Świętochłowic, a inny Gliwic, pod którymi zresztą mieszkam. Gdybym chodził do
liceum w Świętochłowicach, to prawdopodobnie połowa uczniów w klasie, albo nawet
więcej, byłaby w jakimś stopniu Ślązakami. W mojej klasie w liceum w Gliwicach
Ślązaków było najwyżej czterech, łącznie ze mną. Wynikało to z tego, że Gliwice
były w dużej mierze miastem niemieckim, gdzie mieszkało bardzo dużo
przedstawicieli niemieckiej administracji i na ulicach raczej mówiło się po
niemiecku. Po wojnie Gliwice zostały zasiedlone przez Polaków wypędzonych ze
Wschodu, pierwsze kadry Politechniki Śląskiej pochodziły z Politechniki
Lwowskiej. Dlatego zupełnie inaczej wygląda centrum, a inaczej podmiejskie
dzielnice Gliwic, np. Ostropa czy Żarniki, gdzie od pokoleń mieszkają te same
rodziny. Wydaje mi się, że również przynależność do Polski czy do Niemiec przed
wojną ma wpływ na wyniki wyborcze. Sprawa jest skomplikowana.
Bycie Ślązakiem to powód do dumy?
– Trudno mówić o jakimś rodzaju dumy, bo to, że jestem Ślązakiem, to nie moja
zasługa. Dlatego wolę mówić o wdzięczności. Jestem wdzięczny Panu Bogu, że dane
jest mi żyć z tym poczuciem zakorzeniania, że jestem stąd. Bardzo lubię
podróżować, zwiedziłem kawał świata, ale wiem, że tu, na Śląsku, jest moje
miejsce na ziemi i mam nadzieję, mówiąc górnolotnie, że moje kości spoczną tu
razem z kośćmi moich przodków.
Pana najważniejsze miejsce na Śląsku?
– Trudno wskazać jedno. Mówię zawsze o patriotyzmie krajobrazu – jestem
przywiązany do tego świata, który się zaczyna na południe od wielkiej śląskiej
konurbacji. Niechętnie mieszkałbym np. w Katowicach, bo nie przepadam za życiem
w mieście. Dobrze mi tu, gdzie jestem.
Dziękuję za rozmowę.
Szczepan Twardoch (ur. 1979) – pisarz i publicysta, z wykształcenia socjolog.
Autor m.in. powieści: "Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów", "Zimne
wybrzeża", "Przemienienie", a także zbiorów opowiadań. Miłośnik podróży i broni
białej.
