Bezkompromisowy w opowiedzeniu się za prawdą

Z prof. Janem Kłosem, kierownikiem Katedry Etyki Społecznej i Politycznej
Wydziału Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, autorem
publikacji na temat filozofii wiary kardynała Johna Henry’ego Newmana, rozmawia
Paulina Jarosińska

Jaka była droga Sługi Bożego ks. kard. Johna Henry’ego Newmana do Kościoła
Chrystusowego?

– Najpierw odniosę się do samego pojęcia konwersji. Otóż powszechnie pod tym
słowem rozumie się wejście na łono Kościoła osoby, która była wcześniej wrogo
nastawiona do spraw wiary albo nieprzychylna Kościołowi. Nawraca się grzesznik,
człowiek zagubiony. W każdym razie konwersja to radykalny krok, decyzja kogoś,
kto żył niezgodnie z zasadami wiary. W przypadku kardynała Newmana niektórzy
badacze, teologowie czy nawet hierarchowie Kościoła chętniej mówią o przejściu
angielskiego teologa do Kościoła. Przy czym przejście owo rozumie się jako
drogę, pewną ewolucję. Argumentem za takim rozumieniem pojęcia konwersji byłby
klimat kazań Newmana, które głosił jeszcze w okresie anglikańskim. Kiedy się
czyta te kazania, to mają one wymowę bardzo katolicką. Poza tym Newman
dostrzegał wartość w tym, co istotnie stanowiło charakterystyczny element
Kościoła rzymskokatolickiego. Był nim celibat. Warto o tym wspomnieć, gdy wiele
środowisk widzi w zniesieniu celibatu lekarstwo na niepokojące doniesienia o
niemoralnym zachowaniu ludzi Kościoła. Otóż Newman świadomie wybrał celibat, gdy
był księdzem anglikańskim, bo dostrzegł w nim wartość niezależną od konfesji,
wartość płynącą z samej Ewangelii.

Co zatem się złożyło na ostateczną decyzję Newmana o przejściu do Kościoła
katolickiego?

– Złożyły się na nią dwa elementy – nazwijmy je: obiektywny i subiektywny. Otóż
pierwszym są badania historyczne Kościoła, zwłaszcza IV wieku chrześcijaństwa.
Tutaj warto podkreślić, że Newman był myślicielem, który w XIX wieku szukał
integralnej wizji osoby, w której intelekt, moralność, uczucia stanowią całość.
Zdawał sobie sprawę, iż człowiek w poznaniu musi kierować się drogą wiary i
drogą rozumu, które się w nim łączą. Drogi te jednak rozeszły się i stały
niezależne od czasów nowożytnych. Newman pragnął ich ponownego połączenia.
Szukał zapoznanej jedności w badaniach historycznych początków Kościoła.
Drugi element nazwałem umownie subiektywnym, choć nie wydaje mi się to
szczęśliwy termin. Powiedzmy lepiej: osobowy (czy nawet osobisty) – to jego
wewnętrzne światło sumienia, którego był niestrudzonym badaczem, wręcz
męczennikiem. Sumienie rozumiał jako nieustanne wezwanie Boga wewnątrz człowieka
i na zewnątrz oraz stałą gotowość na Jego wezwanie. Proszę pamiętać, że nie było
to dla niego łatwe. Musiał wyzwolić się z pewnych stereotypów, w których
wzrastał. W ówczesnej Anglii katolicy byli chrześcijanami drugiej kategorii. Nie
mogli piastować wysokich stanowisk w państwie, nie byli zatrudniani na
uniwersytecie, żyli tak naprawdę na marginesie. Ponieważ głową ich Kościoła był
Papież, zwierzchnik obcego państwa (Watykanu), więc byli podejrzewani o złe
zamiary. Newman wiedział zatem, że przejście na katolicyzm będzie wiązało się z
ostracyzmem i pewną wręcz banicją. Od schizmy Henryka VIII życie państwowe i
religijne w Anglii dość specyficznie, choć niekoniecznie odpowiednio, nakładało
się. Pamiętajmy, że król Anglii jest zarazem głową Kościoła. Nie o taką jednak
integralność chodziło Newmanowi. Biskupi mieli żony, zajmowali państwowe
stanowiska, nie byli prawdziwymi duszpasterzami, bo musieli troszczyć się o
sprawy doczesne swoich rodzin. Z tego względu zresztą Newman zainicjował ruch na
rzecz odnowy Kościoła anglikańskiego zwany Ruchem Oksfordzkim. Ruch ten miał
również ogromne znaczenie w jego konwersji, bo przecież żeby postawić
anglikanizm na mocnym fundamencie wiary, musiał badać początki chrześcijaństwa.
I tym sposobem doszedł do prawdy, która stała się jednocześnie jego prawdą,
czyli pociągnęła za sobą ważne życiowo decyzje. Jego droga pewnie i dla niego
była zaskoczeniem. Pisał jednak o wewnętrznej konieczności, która nie pozwalała
mu zejść z raz obranej ścieżki.

Wielu teologów i badaczy myśli Newmana widzi wpływ lektury Ojców Kościoła na
jego konwersję…

– XIX wiek w ogóle był dość specyficzny dla sytuacji Kościoła w Anglii, ponieważ
wówczas dokonało się wiele konwersji. Jest to czas zderzenia z modelem
oświeceniowym, czyli z modelem wyemancypowanego rozumu, rozumu poszukującego
prawdy, że tak powiem, na własną rękę. I staje się ono zaledwie jeszcze jedną
opcją wybraną spośród wielu innych. Badania historyczne Newmana wpisują się w
nurt intelektualny XIX wieku. Widział Kościół odnowiony, łączący tradycję z
rozwojem, przemawiający do ludzi językiem adekwatnym do swojej epoki, nie
zmieniając przy tym własnej doktryny. Takim językiem starał się Newman
przemawiać do swoich współczesnych. W XIX wieku, w warunkach rosnącej
sekularyzacji i relatywizacji, człowiek paradoksalnie szukał trwałego
fundamentu, na którym mógłby oprzeć swoje życie. Taką instytucją, która się nie
zmienia, mimo że zmienia się świat, był dla niego Kościół. Sam Newman pochodził
z rodziny bardzo religijnej, był wychowany w atmosferze ewangelikalizmu, jednego
z nurtów anglikanizmu. Ewangelikalizm w praktyce polegał na codziennej lekturze
Pisma Świętego i surowym przestrzeganiu zasad wiary.

Jak można określić duchowość angielskiego konwertyty?
– Mottem Newmana były słowa "cor ad cor loquitur", co znaczy "serce przemawia do
serca". Tak właśnie określiłbym duchowość księdza kardynała. Kluczowe dla niej
jest pojęcie przyświadczenia. Najprościej mówiąc, oznacza ono moment, w którym
wydajemy sądy, powiadamy, że coś jest takie a takie, czyli niejako opowiadamy
się, angażujemy, podejmujemy decyzje. Newman bardzo stanowczo podkreślał, że to
nie sam rozum wydaje sąd, lecz cały człowiek! Tu jest ta kwestia przemawiania
serca do serca. Skoro czegoś nie możesz pojąć, a w związku z tym nie przekonują
cię moje słowa, to gdzie jest twoje serce? Człowieka nie przekona sam intelekt.
Musi się otworzyć na Boga, który przemawia w jego wnętrzu, w jego sumieniu. I
wokół tego najgłębszego przekonania skupiała się cała duchowość Newmana.
Najważniejsze dla niego było obcowanie człowieka z Bogiem nie na zasadzie
partnera intelektualnych dysput, ale głębokiej rzeczywistości, w którą wnika.
Wiara jest rzeczywistością do przeżycia, a nie do wydedukowania. Pamiętajmy, że
Newmana nazywa się "niewidzialnym rzeczoznawcą" Soboru Watykańskiego II, również
w mojej ocenie z tego właśnie powodu. Takim świadkiem wewnętrznie przeżywanego
spotkania z Bogiem powinien być każdy człowiek, każdy jest powołany do
świętości, a nie tylko hierarcha. Newman już jako katolik bardzo popierał
większą aktywność świeckich w życiu Kościoła, a ponad pół wieku po jego śmierci
Sobór Watykański również podkreślił wielką rolę świeckich.

Jakie jest znaczenie ks. kard. Newmana zarówno dla Kościoła katolickiego, jak
i anglikańskiego?

– Na pogrzebie ks. kard. Newmana, jak podawała wówczas prasa, zebrało się około
20 tys. osób. Anglikanie pisali, że odeszła osoba, która mogłaby być uznana za
świętą zarówno w Kościele katolickim, jak i anglikańskim. To chyba najlepiej
odzwierciedla, jak ogromną rolę odegrał ks. kard. Newman w swoich czasach. To
była wyjątkowa osobowość, bo on tak naprawdę spajał, łączył ze sobą dwa odmienne
światy. Apelował: zacznijmy być świadkami! Angażował się aktywnie w dylematy
swojej epoki, bo był przekonany, że katolik powinien stać się osobą
zaangażowaną. Tym, który świat przemienia, który świat uduchawia. Żadna
przestrzeń nie jest obojętna, wszystko może stać się okazją do dania świadectwa.
Zależało mu na całościowej formacji osoby – to znaczy na kształtowaniu
intelektualnym i moralnym. Wiele z obserwacji Newmana, a był on świetnym
obserwatorem, jest bardzo współczesnych. Widać w jego myśli niezwykłą
aktualność. Poza tym trzeba też podkreślić, że spuścizna jego myśli jest
przeogromna. Mam tu na uwadze kazania, powieści, poematy, wiersze, modlitwy,
rozważania. Newman przez swoją działaloność chciał wlać trochę otuchy wierzącym,
aby pamiętali, że rozum nie stoi w sprzeczności z wiarą.

Wyjątkowym faktem biograficznym było nadanie Newmanowi godności
kardynalskiej. Stanowiło to docenienie jego niewątpliwych zasług.

– Ten fakt biograficzny bardzo cieszy. W Kościele działa Duch Święty, więc to na
pewno nie było przypadkowe. Newman doświadczył, jak powiedziałem, wiele trudów w
związku ze swoją konwersją. Każda epoka ma swoich męczenników i męczeństwa mają
różne wymiary. Można powiedzieć, że doświadczenia ks. kard. Newmana były trudami
porównywalnymi z pewnego rodzaju męczeństwem. Przecież jego decyzja nie podobała
się anglikanom, a jego działalność w Kościele katolickim też spotykała się z
powątpiewaniem. Chyba najtrudniej było mu się uporać z oskarżeniem o zdradę ze
strony wierzących anglikanów. Bo przecież jeszcze nie tak dawno ostrzegał przed
papistami (jak pogardliwie nazywano osoby wyznania rzymskokatolickiego), a teraz
sam do nich przystępuje. Później, już jako katolik, nie był osobą popularną w
niektórych środowiskach, a nawet zdarzały się donosy, że chce zwrócić świeckich
przeciwko hierarchii kościelnej. Oto, jak opacznie rozumiano jego wezwanie do
większej aktywności świeckich. Tym bardziej cieszy decyzja Leona XIII świadcząca
o tym, iż "Duch wieje, kędy chce"… Sytuacja ks. kard. Newmana w Kościele
rzymskim przypomina sytuację dopiero co nawróconego św. Pawła. Wszakże z tą
istotną różnicą, że Szaweł (zanim stał się Pawłem) prześladował wyznawców
Chrystusa. Newman zaś był Jego gorliwym wyznawcą od początku, tylko przyszło mu
urodzić się w innym Kościele. W momencie decyzji o konwersji stał się kimś obcym
nawet dla własnej rodziny.

Jak Pan profesor ocenia aktualność osoby ks. kard. Newmana dzisiaj? Kim jest
on dla nas?

– John Henry Newman jest świadkiem – swojej epoki, ale przede wszystkim
świadkiem, który wewnętrznie odpowiada na głos Boga we własnym sumieniu. Wzniósł
się ponad meandry własnych czasów, ponad dyskurs intelektualny specyficzny dla
rzeczywistości, w której przyszło mu żyć. Uczy nas, że często spieramy się o
słowa, ale nie widzimy tego, co się za nimi kryje. W przypadku wiary jest to
wielki błąd. Dla Newmana kluczowa jest wewnętrzna przemiana człowieka. Poza tym
uczy nas on również bezkompromisowości. Wskazuje, jak zrezygnować z tego, co po
ludzku jest intratne i się opłaca, jak postępować wbrew innym. Dla Boga godzić
się nawet na ból zadawany bliskim. Czyż nie tutaj odnajdujemy owo tajemnicze (i
napawające trwogą) wezwanie Chrystusa do gotowości, by mieć w nienawiści
bliskich ze względu na Niego? Przejście na katolicyzm wiązało się z radykalną
zmianą życia i osamotnieniem. A przecież Newman pozostał pogodnym człowiekiem,
który wiedział, w imię czego zrezygnował z tego, co stanowiło sens jego życia, i
ruszył w nieznane. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak łatwo przychodzi nam zmieniać
poglądy zależnie od okoliczności, kiedy właściwie zmieniają się one często z
błahych powodów, kiedy nie ma żadnego punktu oparcia dla konkretnych decyzji
człowieka, taka bezkompromisowa postawa jednoznacznego opowiedzenia się za
Prawdą budzi podziw i może być świadectwem. Ksiądz kardynał John Henry Newman
jest dzisiaj dla nas świadkiem wielkiego zawierzenia i pójścia za pewnym głosem
sumienia, głosem Pana Boga.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj