Polska pionkiem w imperialnej grze
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie
Jagiellońskim, kierownikiem Pracowni Dziejów Rosji i ZSRR w Instytucie Historii
Polskiej Akademii Nauk, publicystą, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Arcana",
rozmawia Mariusz Bober
Do kogo adresowany jest artykuł szefa komitetu doradczego przy rosyjskim
Ministerstwie Spraw Zagranicznych Siergieja Karaganowa, w którym proponuje
utworzenie Związku Europy i Rosji?
– Artykuł ten jest adresowany do najpoważniejszych partnerów Federacji
Rosyjskiej. Został on opublikowany w rządowej "Rossijskoj Gazietie" jako
podstawa dyskusji na najbliższym, dorocznym spotkaniu prezydenta Rosji z
wybranymi, zaproszonymi gośćmi z zagranicy. Jest ono okazją do zaprezentowania
głównych kierunków polityki zagranicznej Rosji w najbliższych latach. Zaś sam
Karaganow jest na pewno najpoważniejszym rzecznikiem takiej polityki w ostatnich
20 latach. To on pisał niegdyś przemówienia dla Jurija Andropowa [przywódcy ZSRS
w latach 1982-1984 – przyp. red.] i Konstatnina Czernienki [przywódcy ZSRS w
latach 1984-1985 – przyp. red]. Później natomiast został jednym z
najważniejszych doradców ds. polityki zagranicznej prezydentów – Borysa Jelcyna
i Władimira Putina.
Jego tekst należy więc odczytywać jako stanowisko władz rosyjskich, które w
aspekcie polityki zagranicznej Karaganow współtworzy?
– Jest on jednym z "mózgów" rosyjskiej polityki zagranicznej co najmniej
ostatniego 10-lecia.
Karaganow ubrał rosyjskie propozycje w szaty przyjaznej współpracy z
korzyścią dla Rosji i Europy…
– Na pewno nie jest to luźna propozycja zacieśnienia kontaktów. To projekt
"ubrany" w formę konkretnego związku Rosji z Europą opartego na konkretnych
aktach prawnych, które Karaganow wymienia.
Jak należy rozumieć jego koncepcje dotyczące "utworzenia wspólnego obszaru
strategicznego zakładającego ścisłą koordynację polityk zagranicznych" w
proponowanym związku?
– Karaganow podkreśla, że ma wizję polityki mocarstwowej Rosji, w której Moskwa
zachowuje tradycyjne narzędzia polityki zagranicznej. Jak twierdzi, Rosja
obroniła taką pozycję, natomiast nie ma jej żadne z państw Unii Europejskiej,
nawet Niemcy, Francja czy Włochy, ale dopiero wspólnie narzucając swoją wolę
pozostałym krajom Unii, mogą sobie zapewnić pozycję równorzędną wobec Rosji.
Chodzi mu więc formalnie o umowę UE z Rosją, ale przez Unię rozumie wspólnotę
poddaną kontroli "koncertu" XIX-wiecznych mocarstw europejskich. Zdaniem
Karaganowa, dzięki takiej kontroli można byłoby porozumieć się co do wspólnoty
interesów i wspólnego działania na arenie międzynarodowej. Rosyjski politolog
odrzuca faktycznie instytucje Unii Europejskiej i odmawia respektowania równych
praw w niej wszystkich krajów, zwłaszcza tych małych – do których zalicza
wszystkie kraje przyjęte po 2004 roku. Politolog namawia, by Unia zdominowana
przez Francję, Niemcy, ewentualnie także Włochy, narzuciła mniejszym członkom, w
tym Polsce, swoją wolę, i w imię odzyskania znaczenia na arenie globalnej
porozumiała się z Rosją.
Czyli oferta zbudowania związku jest tak naprawdę skierowana do Niemiec,
Francji i ewentualnie Włoch, a nie do Unii jako całości?
– Tak. Karaganow rozumie UE jako nowy twór imperialny, kierowany przez stare
ośrodki – stolice, które wcześniej realizowały taką politykę. W tej polityce nie
liczyłoby się zdanie Warszawy, Budapesztu, Pragi czy Brukseli, ponieważ ich
opinie nie mają dla Moskwy żadnego znaczenia. Dla Kremla słabi nie mają racji.
Posiadają ją tylko silni, a Europa będzie ich zdaniem taka, gdy największe
państwa narzucą swoją wolę pozostałym i uzgodnią ją z Rosją.
W ten sposób dzisiejsza Rosja wraca do imperialnej polityki carskiej rodem z
XIX wieku?
– Karaganow mówił o tym wprost podczas dyskusji, której zapis opublikowała dwa
lata temu "Gazeta Wyborcza". Szkoda, że dziś także ona nie przypomina tej
wypowiedzi. Rosyjski politolog mówił wtedy, że jego ideałem jest Europa z czasów
kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka [który prowadził bezwzględną walkę z
polskością na terenach zaboru pruskiego – przyp. red.]. Na uwagę podczas tej
dyskusji, że tamten okres nie był dobry dla Polaków, Litwinów czy Ukraińców,
Karaganow odparł, że jeśli zaczniemy mówić o interesach małych narodów, to
oczywiście zawsze ktoś cierpi. Jego zdaniem, dzięki współpracy wielkich mocarstw
panował wtedy spokój, rozwijała się gospodarka i dzięki tej stabilizacji Europa
jakoby dokonała wielkiego kroku naprzód. W ten sposób politolog powtarza również
opinię swojego premiera Władimira Putina, który często podkreślał, że najlepszy
w dziejach Europy był okres ścisłej współpracy Rosji i Niemiec. Często odwoływał
się w tym kontekście właśnie do XVIII-XIX w. – do czasów carycy Katarzyny i
króla Fryderyka, Bismarcka i Michaiła Gorczakowa. Tak należy odczytywać również
obecną wizję Karaganowa.
Można powiedzieć, że Rosja proponuje największym państwom UE kolejny rozbiór
Polski i innych krajów naszego regionu?
– Nie, dziś to nie odbywałoby się w formie zaborów, ale w postaci stref
interesów. Byłoby to zapewne podobne do podziału stref w byłych Austro-Węgrach,
gdzie nastąpił w 1867 r. podział przestrzeni odpowiedzialności za
administrowanie wzdłuż rzeki Litawy. Jednak rosyjski politolog podważa w
zaprezentowanym planie suwerenną pozycję mniejszych państw członkowskich UE, w
tym Polski. Rosja dzięki ogromnym sukcesom w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy
może przedstawić Europie propozycje podziału stref interesów wzdłuż linii
najkorzystniejszej dla siebie.
Jak miałaby ona przebiegać?
– Po stronie rosyjskiej miałyby znaleźć się wszystkie kraje byłego Związku
Sowieckiego (z Ukrainą, Gruzją, Białorusią włącznie). Jednak w wizji Karaganowa
nie ma miejsca na niezależne funkcjonowanie również takich krajów jak Polska,
Czechy czy Węgry. Faktycznie byłyby tylko 2 stolice Związku Europy i Rosji:
jedna w Moskwie, a druga w Berlinie, Paryżu lub gdzieś między nimi.
Czy to właśnie znaczyły słowa Karaganowa sprzed 2 lat: "Jeśli będziemy
bardziej demokratyczni i bogaci, to wy będziecie się nas bać jeszcze bardziej.
Rosja zawsze będzie zagrożeniem. Jeżeli przestaniemy być zagrożeniem, to
przestaniemy być Rosją, przestaniemy być silnymi, wolnymi, szczęśliwymi ludźmi"?
– Te słowa, wypowiedziane przez Karaganowa w rozmowie w "Gazecie Wyborczej" w
maju 2008 roku, miały wyleczyć jego rozmówców – Polaków, Litwinów, Gruzinów,
Ukraińców – ze złudzeń, że Rosja Putina mogłaby zrezygnować z imperialnych
ambicji i twardego, "realistycznego" postrzegania polityki jako przestrzeni, w
której silny pomiata słabym.
Jak na te plany powinien zareagować rząd Donalda Tuska, gdyby rzeczywiście
chciał realizować suwerenną polską politykę?
– Wydaje mi się, że obecne władze już wybrały inną politykę. Jej symbolem jest
10 kwietnia, a konkretnie decyzja premiera Donalda Tuska, by oddać śledztwo w
sprawie wyjaśnienia największej tragedii w historii Polski po II wojnie
światowej w ręce Władimira Putina i podporządkowanej mu rosyjskiej prokuratury
generalnej. Przypomnę, że to właśnie ta prokuratura całkowicie skompromitowała
się w oczach całego cywilizowanego świata podczas śledztw prowadzonych w sprawie
zabójstwa Aleksandra Litwinienki, Anny Politkowskiej czy potraktowania Michaiła
Chodorkowskiego. Sposób prowadzenia tamtych postępowań dobitnie pokazał, że
rosyjska prokuratura jest tylko narzędziem w ręku autorytarnej władzy. Wskazują
na to wszystkie najpoważniejsze gazety europejskie! Pisano o tym nie tak dawno w
gazetach polskich – ale teraz jakoś przestano… Decyzja Tuska pokazała, że
takiej Rosji podporządkował się jego rząd. Premier Tusk i prezydent Bronisław
Komorowski stwarzają wrażenie, że chcą reanimować Trójkąt Weimarski, że Polska
chce w jakiś sposób dołączyć do grona stolic, które będą współtworzyć nowy
związek Europy i Rosji, czyli do Paryża czy Berlina. Ale w istocie obecne władze
potrafią uprawiać tylko politykę PR – propagandy, wspieranej przez największe
media w Polsce. Jest ona jednak skuteczna wyłącznie wobec polskich odbiorców
mediów. Taka polityka – po 10 kwietnia – nie robi jednak żadnego wrażenia na
Europie Zachodniej. Ani tym bardziej na Moskwie.
Decyzje podjęte wówczas przez rząd PO – PSL pokazały dobitnie państwom
zachodnim, że władze w Polsce poddały się wpływom rosyjskim.
– Tak, one pokazały, że Polska realnie podporządkowuje się Rosji, i to Rosji
reprezentowanej przez Putina i Jurija Czajkę [rosyjski prokurator generalny
nadzorujący śledztwa m.in. w sprawie zabójstwa Anny Politkowskiej i Aleksandra
Litwinienki, które oczywiście niczego nie wyjaśniły – przyp. red.]. W Berlinie
czy Paryżu odebrano to w ten sposób: "Polska nawet nie chce, byśmy pomagali jej
w tej sprawie, i całe szczęście. Bo mamy to z głowy. Zajmie się tym Rosja".
Polityka obecnego polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i działania takie
jak np. zaproszenie szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa do pouczenia
polskiego korpusu dyplomatycznego nie przekonują Moskwy, że Polska jest
równoprawnym partnerem, z którym należy liczyć się w realizacji rosyjskich
planów strategicznych. O pozycji poważnej, z którą Moskwa musiałaby się liczyć,
świadczyłaby konsekwentna wola polskich władz, aby najlepiej wykorzystać
możliwości eksploatacji złóż gazu niekonwencjonalnego w naszym kraju, aby zadbać
o kontynuację aktywnej polityki wschodniej i o zabezpieczenie elementarnych
interesów energetycznych Polski, zagrożonych przez politykę Moskwy wobec Polski.
W jaki sposób?
– Przypominam, że gazoport w Świnoujściu został zagrożony przez budowę Gazociągu
Północnego, a rząd Donalda Tuska nie reaguje adekwatnie na to zagrożenie. Nie
mamy wciąż żadnego potwierdzenia, że wielkie gazowce będą mogły wpływać do
gazoportu, ponieważ zbyt płytkie umieszczenie rosyjsko-niemieckiego rurociągu
może to uniemożliwić.
Rząd i polskie firmy zaangażowane w projekt zapewniają, że dla gazowców nie
będzie to stanowić problemu…
– Ale ja mówię o stanie realnym, a sprawa sprowadziła się do tego, że musimy
zabiegać o zgodę Rosji i Niemiec na zagłębienie rurociągu [w dnie, na trasie
podejściowej do gazoportu – przyp. red.]. Czyli o otwarciu lub zamknięciu tej
części przestrzeni Morza Bałtyckiego dla Polski będzie decydowała dobra lub zła
wola Władimira Putina i jego niemieckich kolegów. Drugim przykładem jest sprawa
mostu energetycznego z Litwą. Ten ważny projekt, który mógłby wzmocnić więzi
polsko-litewskie i bezpieczeństwo energetyczne całego regionu Europy
Północno-Wschodniej, Rosja skutecznie torpeduje. Zaprasza bowiem obecne władze w
Warszawie do współpracy przy budowie elektrowni atomowej w obwodzie
kaliningradzkim. A przecież taki projekt wyklucza realizację polsko-litewskiego
mostu energetycznego. Cel tej rosyjskiej propozycji jest jasny. Entuzjastyczne
podejście obecnego rządu do tej propozycji oznacza dalsze uzależnianie Polski od
rydwanu imperialnej polityki rosyjskiej. Paradoksem jest również, że to Unia
Europejska broni obecnie Polski przed niekorzystną umową gazową, jaką premier
Waldemar Pawlak podpisał z Gazpromem.
Czy w takim razie Polska powoli traci suwerenność?
– Zastanawiam się, czy powoli, czy raczej szybko. Na pewno jednak ten proces
postępuje. To nie jest tylko efekt rządów Platformy Obywatelskiej, ale także
zmiany sytuacji geopolitycznej na świecie dokonującej się w sposób od nas
niezależny. Jednak to obecny rząd odpowiada za podejmowanie decyzji o tym, czy w
takiej sytuacji w ogóle chcemy zabiegać o utrzymanie wolnej przestrzeni
politycznej i ekonomicznej dla Polski, czy też uznajemy, że tę przestrzeń będzie
wyznaczał dyktat silniejszych od nas sąsiadów. Rząd polski w ciągu ostatnich
kilkunastu miesięcy wybierał konsekwentnie to drugie. W dodatku "sprzedaje" to
polskiej opinii publicznej jako wybór "racjonalny".
Dlatego rosyjscy decydenci poklepują po plecach przedstawicieli polskiego
rządu?
– Warto przypomnieć komentarze Karaganowa po ostatnich wyborach parlamentarnych
w Polsce, w których wygrała PO. Otóż mówił on wtedy, że "w Polsce wygrał zdrowy
rozsądek". To znaczy, że uznał on, iż nasz kraj przestanie się opierać
rosyjskiej polityce imperialnej i podporządkowuje się planom Rosji. Karaganow
powiedział wtedy bez ogródek: "Polska miała ogromny problem w postaci rządu PiS
i cieszę się, że polski naród pozbył się tego problemu". Zaś w maju 2008 r.
stwierdził nie mniej stanowczo, że "Polacy są chorzy na kompleks katyński" i
muszą się z niego wyleczyć. Stwierdził wtedy również, że "co do Katynia, to
przyznaliśmy, że zabił Stalin. Putin nieoficjalnie przeprosił, chociaż nie
bardzo rozumiem, dlaczego. (…) Oficjalnie tego nie będzie". Oznacza to, że
Rosja nigdy nie uzna formalnie ludobójstwa katyńskiego. I rzeczywiście – tak
pozostaje do dziś. Moskwa nie uznaje naszego kraju za partnera, także pod
rządami Tuska i Sikorskiego.
Możemy liczyć na to, że ofertę Moskwy odrzucą kraje Unii Europejskiej?
– Problem polega na tym, że propozycję Karaganowa trzeba potraktować poważnie
również dlatego, że znajduje ona poważnych odbiorców także po stronie
zachodniej. Przypomnę tu choćby list bardzo ważnych postaci życia publicznego,
przedstawicieli świata gospodarki i publicystów niemieckich sprzed kilku
miesięcy, wzywający do przyjęcia Rosji do NATO. Chcę przypomnieć także pochwałę
Karaganowa pod adresem tegorocznego szczytu Rosja – Unia Europejska w Rostowie
nad Donem, podczas którego mówiono o "partnerstwie dla modernizacji". Jak z
satysfakcją stwierdził moskiewski politolog na tym spotkaniu, "Unia przestała
pouczać Rosję". Oznacza to, że kraje UE już nawet nie udają, że chcą, by Rosja
przyjmowała europejskie standardy w dziedzinie praw człowieka, wolności mediów
itd. Największe państwa europejskie wymieniane przez Karaganowa chcą współpracy
z Rosją bez względu na to, że kraj ten nie przestrzega europejskich wartości, z
prawami człowieka na czele. Warto powtórzyć, że Moskwa uzależniła od siebie
potężne lobby gospodarczo-polityczne w najważniejszych krajach Starego
Kontynentu za pomocą swoich dwóch gigantycznych projektów energetycznych –
Gazociągu Północnego i Gazociągu Południowego [ang. Nord Stream i South Stream –
przyp. red.]. W ten pierwszy projekt Moskwa wciągnęła największe koncerny
niemieckie, a w drugi – włoskie i francuskie, a także mniejsze firmy z Bułgarii,
Węgier, Grecji, Austrii, Słowenii i innych państw. W ten sposób stworzyła
gospodarcze mechanizmy, poprzez które może wpływać na akceptację przez Unię
Europejską politycznego projektu, jakim jest Związek Europy i Rosji.
Państwa europejskie będą więc skłonne przyjąć tę propozycję?
– Myślę, że jeśli nie odbuduje się inna wspólnota, gotowa bronić tych wartości,
wokół których Europa organizowała się po II wojnie światowej, oparta na
współpracy transatlantyckiej, obronie praw mniejszych narodów do suwerenności,
wówczas projekt Karaganowa, który jest faktycznie projektem putinowskiej
polityki zagranicznej, będzie miał poważne szanse realizacji. Tym bardziej że
natrafia obecnie na korzystną dla tego celu sytuację w postaci polityki obecnego
prezydenta USA, który dystansuje się od swoich poprzedników i gotów jest do
zawierania globalnych porozumień ponad głowami Europy z wybranymi partnerami –
Rosją, Chinami czy Indiami, pozostawiając Europę, a w szczególności jej region
środkowo-wschodni, wyłącznie grze największych sąsiadów. Znajdujemy się zatem w
bardzo trudnym momencie, w którym Rosja może zrealizować swój plan. Jest jednak
także druga możliwość odczytania tekstu Karaganowa.
Jaka?
– Możliwe, iż ten tekst nie ma charakteru propozycji tak poważnej, jak sugeruje
pomysł związku rosyjsko-"staroeuropejskiego". Cel tej propozycji może być
bardziej doraźny, choć nie mniej ważny. Streszczałby się on w tych słowach
Karaganowa: "Kluczową umową współtworzącą związek Rosji i Europy powinien być
traktat energetyczny" – ustalający jednakowe zasady dostępu do złóż itd.
Przypomnę, że Rosja zainwestowała gigantyczne pieniądze i wiele pracy w
realizację strategicznego programu uzależnienia Europy od swoich dostaw gazu
poprzez oba rurociągi, którymi łącznie mogłaby dostarczać do Europy docelowo ok.
120 mld m sześc. gazu rocznie (pokrywa to całość zapotrzebowania na ten surowiec
Francji, Niemiec i krajów Beneluksu). Ale oba projekty mogą zostać zagrożone,
jeśli np. w Polsce złoża gazu niekonwencjonalnego okazałyby się realną
alternatywą dla uzależnienia Europy od rosyjskich dostaw gazu i ropy. A przecież
sprawa ta rozstrzygnie się w stosunkowo krótkim czasie – ok. 5 lat. Gdyby
potwierdziła się możliwość eksploatacji tych złóż na skalę, o której pisały
największe czasopisma gospodarcze, wówczas z całą pewnością ich eksploatacją
zainteresowałyby się największe firmy zachodnie, w tym amerykańskie, które
posiadają w tym obszarze największe doświadczenie. W ślad za ewentualnym
poważnym zaangażowaniem amerykańskich firm w eksploatację dużych złóż gazu w
Polsce na pewno poszłoby ponowne zainteresowanie Waszyngtonu naszym regionem. To
z kolei niewątpliwie mogłoby pokrzyżować plany takiego związku Europy i Rosji, o
jakim pisze Karaganow, a mówiąc wprost – rosyjskiej dominacji nad Europą, w
szczególności nad Europą Środkowo-Wschodnią, za pomocą strategii osaczania
energetycznego.
Stworzenie związku Europy i Rosji mogłoby negatywnie rzutować na wydobywanie
gazu łupkowego w Polsce?
– Zawarcie przez UE umowy z Rosją mogłoby się okazać na tyle wiążące, że
wykluczyłoby zainteresowanie poważną eksploatacją alternatywnych złóż energii,
np. w Polsce. Dzięki temu rosyjska dominacja energetyczna, a także geopolityczna
– nad Europą Środkowo-Wschodnią pozostałaby niezagrożona.
Ta imperialna wizja dawałaby Rosji rolę hegemona w Europie.
– Już kilka lat temu czytałem opracowanie, w którym japoński teoretyk
geopolityki Yamashita Norihisa wyliczył, że obecne procesy geopolityczne
przebiegają w taki sposób, iż ok. 2020 r. zostanie przywrócona struktura
dominacji imperialnej na obszarze Eurazji, w ramach której zostanie wyznaczona
nowa strefa wpływów między ("starą") Europą a Rosją. Przewidywania sprawdzają
się na naszych oczach – i to nawet szybciej, niż zakładał japoński naukowiec.
Próby realizacji planu, który miałby doprowadzić do powstania podmiotu
rywalizującego z USA o wpływy na świecie, powinny zaniepokoić Waszyngton.
– W tej chwili Ameryka traktuje Chiny jako głównego partnera i rywala zarazem,
zmaga się także z własnymi problemami gospodarczymi, a w polityce zagranicznej
minimalizuje swoje zadania (wciąż priorytetem pozostaje w nich sprawa poparcia
dla Izraela i kwestia Bliskiego Wschodu – z Iranem jako głównym problemem). Na
Rosję Obama patrzy z tej perspektywy wciąż jak na partnera, nie na rywala.
Europę lekceważy.
Jakie kroki powinny podjąć w tej sytuacji polskie władze?
– Próbować przeciwdziałać realizacji tych planów, choć niektórzy przekonują, że
to proces nieuchronny. Ale nie ma żadnej nieuchronności! Trzeba przypominać o
takich wartościach jak niepodległość, suwerenność, tradycja narodowa, a także
wartość wspólnoty europejskiej opartej na chrześcijaństwie, które były
przywoływane w Europie jeszcze po 1945 roku. One wcale nie muszą przegrać! Mogą
wręcz ożywić się w obliczu nowego zagrożenia, nowego cynizmu, jaki zalewa nas
poprzez takie propozycje jak plan Karaganowa. Trzeba też szukać partnerów do
obrony przed tymi zakusami, a także materialnych środków do oporu, np. poprzez
próby przyciągania na nowo zainteresowania z USA naszym regionem. Dla Rosji
imperialnej najkorzystniejszym rozwiązaniem jest całkowite odseparowanie Ameryki
od Europy. Na tym zresztą założeniu opiera się projekt Karaganowa. Tymczasem w
naszym interesie jest, aby funkcjonowała nie tylko wspólnota europejska, ależ
też szersza, zachodnia, oparta na współpracy transatlantyckiej. Dopiero na bazie
tej wspólnoty można byłoby myśleć w dłuższej perspektywie o wciąganiu do takiej
współpracy Rosji. Na tym właśnie polega misja, do której powinniśmy nawiązać,
zachęcać do niej: aby Rosję przyciągać długofalowo do współpracy z Zachodem, ale
nie rezygnując z wartości, które w naszej cywilizacji powinny obowiązywać. Nie
porzucajmy naszej misji wobec Europy Wschodniej, tej misji, jaką
odziedziczyliśmy po I Rzeczypospolitej. Walczmy o to, by Europa pozostała
Europą, by nie wypłukiwać jej cywilizacyjnej treści ze wschodniej części
kontynentu. Do takiej Europy warto zapraszać Rosję. Alternatywą jest zaproszenie
Putina, przedstawione piórem Karaganowa.
Dziękuję za rozmowę.
