Armia Klicha nie obroni Polski
Z prof. KUL dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, byłym
ministrem i wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Marta Ziarnik
Jak ocenia Pan wyposażenie naszych Sił Powietrznych?
– Mamy w Polsce 48 nowoczesnych samolotów F-16. Będą jednak one zdolne do
wykonywania zadań bojowych, zdaje się, dopiero w 2018 roku. Ponadto na
uzbrojeniu znajduje się jeszcze 31 myśliwców Mig-29 (będą wycofane do 2025 roku)
i 44 stare szturmowce Su-22, przewidziane na złom za sześć lat. Wkrótce w ogóle
nie będzie jednak odrzutowych samolotów szkoleniowych, ponieważ iskry (54
maszyny) znikną z Dęblina w przyszłym roku. Stosunkowo liczne jest natomiast
lotnictwo transportowe: 11 nowych samolotów CASA (plus 1 zamówiony), 3 używane
amerykańskie C-130 Hercules (łącznie będzie ich 5) i 17 samolotów bryza
(zamówiono dodatkowo 12). Będziemy mieli malejącą z czasem liczbę samolotów
bojowych, żadnych do szkolenia pilotów i pokaźną flotę do transportowania
żołnierzy.
Na szkolenia dla pilotów i paliwo brakuje pieniędzy…
– W tej kwestii w 2009 roku pojawił się meldunek generała Anatola Czabana,
ówczesnego szefa Szkolenia Sił Powietrznych. Pisał on, że w 2008 roku nie udało
się zrealizować żadnego z zadań szkoleniowych w Siłach Powietrznych, a na rok
2009 w lotnictwie brakowało ponad 50 proc. paliwa. Sądzę, że wystarczającym
komentarzem w tej kwestii jest odejście ze służby p.o. szefa lotnictwa – gen.
Krzysztofa Załęskiego, który według nieoficjalnych doniesień uznał, że nie ma
wpływu na system szkolenia pilotów i planowanie lotów.
Obserwujemy, że nie lepiej jest w pozostałych rodzajach sił zbrojnych, o czym
świadczą chociażby odejścia ze służby kolejnych generałów.
– To prawda. Dymisji było sporo. Pamiętamy spektakularne odejście dowódcy Wojsk
Lądowych – gen. Waldemara Skrzypczaka. Wymowna jest także niedawna dymisja gen.
Wiesława Michnowicza, który od lipca ubiegłego roku stał na czele Zarządu
Szkolenia P-7 Sztabu Generalnego WP. Dymisję złożył na dwa lata przed końcem
swojej kadencji. Generał Michnowicz odpowiadał za szkolenie polskiej armii.
Zrezygnował ze stanowiska, bo nie było pieniędzy na to, za co odpowiadał jako
szef P-7. Mówienie w tej sytuacji o profesjonalizacji armii jest ponurym żartem.
Jako wiceminister obrony narodowej prowadził Pan przetarg na zakup samolotów
F-16. Jednak w pewnym momencie został Pan usunięty ze stanowiska.
– Nie dane mi było dokonać wyboru samolotu, ponieważ w lipcu 2001 roku media
fałszywie oskarżyły mnie o łapownictwo. To zaś uruchomiło prokuraturę. Po kilku
latach zostałem uniewinniony, ale przedtem premier Jerzy Buzek – na wniosek
ministra Bronisława Komorowskiego – usunął mnie z MON. Nie mogłem więc zakończyć
przetargu, tak jak planowałem, a 14 września tego samego roku samolot F-16
wybrała komisja kierowana przez wiceministra Janusza Zemkego z SLD.
Z jakich powodów wybrano wówczas właśnie F-16? I dlaczego nie skorzystaliśmy
z innych opcji zakupu, np. szwedzkich gripenów?
– Jak już mówiliśmy, w 2001 roku byłem przewodniczącym komisji ds. zakupu
samolotu wielozadaniowego, ale to wcale nie oznacza, że musiał być kupiony
właśnie F-16. Mieliśmy trzy oferty. Poza tym amerykańskim samolotem był jeszcze
szwedzko-brytyjski JAS-39 Gripen i francuski Dassault Mirage 2000. Były one
porównywalne, jeśli chodzi o właściwości bojowe. O wyborze konkretnego samolotu
miały więc zdecydować cena i tzw. offset, czyli korzyści, jakie miała odnieść
polska gospodarka w związku z tym zakupem. Nie wiem jednak, jakie były
szczegółowe przesłanki tej decyzji.
Amerykański produkt nie był najtańszy, dlatego Stany Zjednoczone w zamian za
wielomiliardowy zakup zobowiązywały się w ramach offsetu do inwestycji i
transferu technologii…
– W Polsce funkcjonuje nieprawdziwy obraz offsetu. Oczekiwano przecież, że
Amerykanie po zakupie F-16 wydadzą w Polsce miliardy dolarów na inwestycje.
Tymczasem wymieniane kwoty są zwykle wynikiem różnych przeliczników i mnożników,
zaliczania inwestycji już dokonanych, czyli tzw. preoffsetu, itp. Przyjęte 6 mld
offsetowych dolarów nie pokrywa się z kwotą 6 mld realnych dolarów. W
rzeczywistości będzie ich o połowę mniej i mają się pojawić w ciągu 10 lat. Do
tego mamy kłopoty z właściwym rozliczaniem kwot offsetowych.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan zakup właśnie F-16?
– Współczesny samolot bojowy to bardzo droga broń. Trzeba dobrze zastanowić się
przy podejmowaniu decyzji. Polska kupiła F-16, który jest samolotem tzw. IV
generacji. Obecnie w lotnictwie następuje jednak zmiana generacyjna uzbrojenia.
Kłopot mamy taki, że w innych armiach zaczną wkrótce wchodzić na uzbrojenie
samoloty V generacji (F-35). Polska z racji braków finansowych nie ma pieniędzy
na zakup najnowszych aparatów, a więc za kilka lat ponownie będziemy mieli
przestarzałe samoloty. Chyba nie potrzeba w tym miejscu dodatkowego komentarza.
Inny problem stanowią przyszłe remonty tych samolotów, ponieważ Amerykanie
nie zgodzili się, aby F-16 remontowały inne kraje, które za tą samą usługę
żądają kilka razy mniej pieniędzy.
– W 2007 roku pojawiły się doniesienia prasowe o sfinalizowaniu rozmów z
Amerykanami w sprawie uruchomienia w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w
Bydgoszczy centrum serwisowego samolotów F-16. Okazuje się, iż wielokrotnie
powtarzane oczekiwanie wykorzystania WZL-2 do wsparcia eksploatacji F-16 w
Siłach Powietrznych RP, sygnalizowane co najmniej od 2004 roku, pozostaje tylko
możliwością. Zapowiadanego centrum ciągle nie ma. Nie mogę też zrozumieć,
dlaczego nie możemy obsługiwać naszych "efów" tak, jak chcemy.
Prezydent Bronisław Komorowski podczas wizyty w Łasku w ubiegłą sobotę
powiedział, że F-16 będą u nas używane w 2016 roku i pozostaną w eksploatacji do
przynajmniej roku 2030.
– Samoloty Mig-29 będą na uzbrojeniu do 2025 roku, a F-16, według prezydenta
Komorowskiego, tylko pięć lat dłużej. Rodzi się więc wątpliwość, po co w 2002
roku kupiono nowe samoloty. Dla tych pięciu lat? Jakimi samolotami będą latali
nasi piloci po roku 2030? Dziesięć lat temu przekonywałem, aby Polska włączyła
się do amerykańskiego programu JSF samolotu V generacji, jak to zrobiły inne
państwa NATO. Zamierzałem pożyczyć dwie-trzy eskadry używanych F-16, przeszkolić
pilotów i zbudować infrastrukturę pod amerykański sprzęt. Polska po kilku latach
kupiłaby samoloty V generacji i to byłby już F-35. Dzięki takiemu działaniu
mielibyśmy czas na przygotowanie ludzi i logistyki i – co równie ważne –
mielibyśmy najnowocześniejsze samoloty. Niestety, premier Jerzy Buzek odrzucił
moje propozycje, wskazując, że odłożenie zakupu w czasie pozbawi rząd AWS
korzyści offsetowych.
Statki powietrzne są na uzbrojeniu nie tylko Sił Powietrznych.
– Swoje lotnictwo mają Wojska Lądowe i Marynarka Wojenna. W działaniach lądowych
ważną bojową rolę odgrywają śmigłowce, które w przypadku Sił Powietrznych pełnią
funkcje pomocnicze. Polskie siły zbrojne posiadają około 240 śmigłowców. Tylko
część z nich jest względnie nowa (PZL W-3 Sokół, PZL SW-4). Większość pochodzi z
lat 1975-1989. Stąd ich niska sprawność, wynosząca zaledwie 47 proc. stanu (dane
z 2008 roku). Do tego wojska lądowe nie mają nowoczesnego śmigłowca
uderzeniowego. W tej kategorii mamy tylko 35 ponad 20-letnich Mi-24. Sztab
Generalny WP wskazywał na konieczność zakupu 150-156 śmigłowców. MON
deklarowało, że ma środki na 51 maszyn. W październiku ubiegłego roku minister
Bogdan Klich zapowiedział, że w latach 2013-2018 kupi 26 śmigłowców. Nie było
wśród nich śmigłowców uderzeniowych. Teraz, gdy rząd zamierza obniżyć procent
PKB na obronę, wątpię, aby nawet ten okrojony projekt śmigłowcowy został
zrealizowany.
A w jakim stanie znajduje się lotnictwo Marynarki Wojennej?
– Lotnictwo morskie posiada 11 samolotów i 17 śmigłowców przeznaczonych do
wykonywania zadań rozpoznawczych i ratowniczych. Ma też 15 śmigłowców do
zwalczania okrętów podwodnych (jedenaście z nich to Mi-14 z połowy lat 70.
ubiegłego wieku). Po wycofaniu myśliwców Mig-21 marynarka nie ma ani jednego
samolotu bojowego. Nie wiem więc, jakie samoloty mają wykonywać zadania bojowe
nad Bałtykiem.
Jakie znaczenie ma silne lotnictwo dla bezpieczeństwa Polski?
– Zagrożenia militarne bezpieczeństwa państwa mogą pojawić się na lądzie, morzu
i w powietrzu. Przyjmujemy, że w obecnym położeniu geopolitycznym Polsce nie
grozi napaść na lądzie. Ponadto w razie takiej napaści agresor musi wcześniej
dokonać mobilizacji sił i skoncentrować jednostki w rejonach wyjściowych do
ataku. Takie działania przy obecnych środkach rozpoznania trudno jest ukryć.
Teoretycznie powinniśmy mieć czas, aby przygotować obronę kraju. Inaczej jest w
przypadku ataku z powietrza lub morza. Samolotów, rakiet oraz okrętów można użyć
z zaskoczenia. Polska, chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo, musi więc dbać o
obronę swojej przestrzeni powietrznej i morskiej. Tymczasem Siły Powietrzne mogą
takie zadania wypełnić w stopniu ograniczonym, natomiast stan obrony
przeciwlotniczej kraju i Marynarki Wojennej jest katastrofalny.
Minister Bogdan Klich w czasie uroczystości objęcia zwierzchnictwa nad siłami
zbrojnymi przez prezydenta Komorowskiego powiedział, że przekazuje dobre wojsko.
Prezydent nie jest w tym względzie szczególnie wymagający, jako minister obrony
zapewniał, że "polski pilot poleci na wrotach od stodoły".
– Oceniając lotnictwo, widać, że obrona polskiego nieba nie jest według MON
zadaniem najważniejszym. Szef ministerstwa obrony chełpi się, że w krótkim
czasie stworzył "profesjonalną" armię zawodową. Ta armia, według norm
taktycznych, będzie w stanie obronić 1 procent powierzchni kraju. Tragicznym
obrazem stanu bezpieczeństwa kraju jest organizacja i wykonanie lotu do
Smoleńska 10 kwietnia br. Państwo polskie nie potrafiło zadbać o bezpieczeństwo
prezydenta RP i najwyższych dowódców wojskowych. Nie wydaje mi się, aby to
wszystko upoważniało kogokolwiek do odczuwania dumy.
Dziękuję za rozmowę.
