Błogosławione owoce obdarowywania
W Księdze Rodzaju czytamy, że kiedy Bóg stworzył człowieka, pobłogosławił go
płodnością (por. Rdz 1, 28). Tak, nie mylę się – płodność jest
błogosławieństwem, dzieci także. Współczesna kultura mówi jednak co innego:
płodność jest przekleństwem, a dziecko stanowi zagrożenie. Potomstwo tak, ale
tylko w ściśle określonej liczbie i ściśle określonym czasie. I tylko zdrowe, i
najlepiej określonej płci. Ta lista żądań wskazuje na jedno: zatarcie się prawdy
o tym, że dziecko jest zawsze darem.
Co oznacza pełne oddanie
Korzeni takiego podejścia trzeba szukać we wzajemnej relacji rodziców, i to
jeszcze na długo przed tym zanim zostali rodzicami. W adhortacji apostolskiej "Familiaris
consortio" Jan Paweł II pisał: "płciowość, poprzez którą mężczyzna i kobieta
oddają się sobie wzajemnie we właściwych i wyłącznych aktach małżeńskich, nie
jest bynajmniej zjawiskiem czysto biologicznym, lecz dotyczy samej wewnętrznej
istoty osoby ludzkiej jako takiej. Urzeczywistnia się ona w sposób prawdziwie
ludzki tylko wtedy, gdy stanowi integralną część miłości, którą mężczyzna i
kobieta wiążą się z sobą aż do śmierci. Całkowity dar z ciała byłby zakłamaniem,
jeśli nie byłby znakiem i owocem pełnego oddania osobowego, w którym jest obecna
cała osoba, również w swym wymiarze doczesnym. Jeżeli człowiek zastrzega coś dla
siebie lub rezerwuje sobie możliwość zmiany decyzji w przyszłości, już przez to
samo nie oddaje się całkowicie" (FC 11).
W małżeństwie szkołą odkrywania siebie i drugiego człowieka jako całkowitego
daru z siebie jest współżycie płciowe. Ale można ponieść porażkę także w tej
sferze i dzieje się tak wtedy, kiedy współżycie podejmowane jest jedynie z
powodów czysto fizjologicznych. I nie ma tu znaczenia, czy chodzi o przyjemność
wynikającą z rozładowania erotycznego napięcia, czy też ściśle wyliczone w
czasie współżycie mające na celu wyłącznie poczęcie dziecka – jedno i drugie
jest zakłamane. Dlaczego? Ponieważ w obu przypadkach mowa naszego ciała kłamie.
Wzajemne oddanie się małżonków jest gestem mówiącym: "Daję ci całą/całego
siebie", a w powyższych dwóch przypadkach dar jest jedynie fizyczny. Tymczasem
człowiek jest osobą, zatem oprócz ciała ma jeszcze psychikę i ducha. Jeśli w
którejkolwiek z przestrzeni istnienia stawiamy barierę wobec drugiej osoby,
zakłamujemy całkowitość daru. Nie oddajemy się w pełni, a więc nasze ciało
kłamie.
Możemy przeczyć prawdzie współżycia również przez to, że ubezpłodnimy nasze
ciało – wyłączymy poza nawias przestrzeń płodności należącą w naturalny sposób
do naszego człowieczeństwa, a tym samym nawet przestrzeń Bożego
błogosławieństwa, dzięki której małżonkowie uczestniczą w akcie stwórczym.
Inna wersja kłamstwa dotyczy psychiki. To czynienie zastrzeżeń, że współżyjemy
tylko dla przyjemności, że to taka forma sportu. W takim współżyciu zanika
intymność i po pewnym czasie ulega ono wyczerpaniu, staje się monotonne. "Nowe
techniki współżycia", dodatkowe elementy pożycia małżeńskiego działają tylko na
krótką metę. Tu też znajdują się te pary, które podejmują współżycie przed
ślubem – ich ciała wyrażają pełnię oddania, jednak w psychice wciąż obecna jest
blokada wynikająca z bezsłownego założenia, że to jeszcze nie na serio i nie do
końca, bo przecież nic między nami nie zostało potwierdzone. Sfera, która ma być
najbardziej intymnym światem pary, obszarem całkowitego odsłonięcia się przed
sobą, staje się przestrzenią kłamstwa, a więc nakładania masek.
Wreszcie jest jeszcze sfera ducha. Tu odwołam się do cytowanej wcześniej
adhortacji: "Rodzina ludzka, rozdarta przez grzech, została na nowo zjednoczona
zbawczą mocą śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. (…) Chrystus odnawia
pierwotny zamysł, który Stworzyciel wpisał w serce mężczyzny i kobiety, a w
Sakramencie Małżeństwa daje 'serce nowe’ tak, że małżonkowie nie tylko mogą
przezwyciężyć 'zatwardziałość serc’, ale równocześnie i nade wszystko dzielić
pełną i ostateczną miłość Chrystusa, nowe i wieczne Przymierze, które stało się
ciałem" (FC 15.18). Wiele par, nawet tych, które zawarły sakramentalne
małżeństwo, w codzienności nie zaprasza do swojego życia Chrystusa. Wiara i więź
z Bogiem pozostają na marginesie ich życia rodzinnego. Jest to dobrowolne
odrzucenie olbrzymiej łaski. Matka Teresa z Kalkuty powtarzała często, że tylko
rodzina, która się wspólnie modli, pozostaje w jedności. To wynika z prawdy o
naszej słabości wynikającej ze zranienia grzechem pierwszych rodziców. To
Chrystus odkupił ten grzech i tylko dzięki łączności z Nim jesteśmy w stanie tę
słabość przekraczać. A kiedy doprowadzi nas ona do upadku czy porażki, Chrystus
daje nam siłę i motywację do przebaczenia, i to przebaczenia z głębi serca.
Wspólna modlitwa to stawanie wobec Ukrzyżowanego i uświadamianie sobie, jak
wiele On nam przebaczył. Możemy wtedy zaczerpnąć ze źródła Jego miłości, aby
umocnić tę, która została naruszona pomiędzy nami. Doświadczamy tego, że On się
nam całkowicie daje, bez stawiania jakichkolwiek barier.
Jak przekłada się to na wychowanie?
Jeśli rodzice nie postrzegają siebie nawzajem jako daru, a przede wszystkim nie
ofiarują się sobie nawzajem w pełni, tracą poczucie tego, że także dziecko jest
darem. Osłabienie ich wzajemnej więzi przekłada się na brak relacji z dzieckiem
lub powstanie więzi zbyt silnej, a zatem toksycznej. Tu znów powołam się na
błogosławioną z Kalkuty. Kiedy mówiła bądź pisała o aborcji i antykoncepcji,
powracała wciąż do kluczowego zdania: "Dziecko jest powołane do większych rzeczy
– do tego, by kochało i było kochane". To jest podstawowe powołanie każdego z
nas od momentu poczęcia – kochać i być kochanym. W swojej programowej encyklice
"Redemptor hominis" Jan Paweł II rozwija to tak: "Człowiek nie może żyć bez
miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest
pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z
Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie
znajdzie w niej żywego uczestnictwa".
Rodzice są osobami, które mają prowadzić do tego spotkania, przyjmując miłość
ofiarowywaną im przez dziecko i odpowiadając na nią własnym zaangażowaniem. I tu
duże znaczenie będzie miało to, na ile sami odkryli w sobie nawzajem coś więcej
niż tylko ciało i czy ich wzajemne fizyczne połączenie było wyrazem także
pełnego oddania psychicznego i duchowego. Jest to ważne, gdyż przekazywanie
życia u człowieka nie kończy się na samym fakcie fizycznego spłodzenia i
urodzenia. Bóg, zapraszając pierwszych rodziców poprzez błogosławieństwo
płodności do udziału w stwarzaniu świata, zawierzył im także pomnażanie w
świecie dóbr duchowych. Dokonuje się ono przez wychowanie. Ojciec i matka mają
przekazać swoim dzieciom nie tylko fizyczność, ale także dobra kulturowe i
duchowe. Mają prowadzić swoje potomstwo do pełni człowieczeństwa, co wyraża się
w równomiernym rozwoju wszystkich sfer bycia osobą: fizycznej, psychicznej i
duchowej.
I tu okazuje się, jak ważne jest, czy sami tę pełnię osiągnęli. Jeśli w ich
życiu zabrakło spotkania i dotknięcia Miłości, o których czytamy w podanym
przeze mnie wyżej cytacie z pism papieskich, nie będą mieli czego przekazać.
Jeśli ich rodzicielstwo opierało się jedynie na popędzie: potrzebie rozładowania
napięcia seksualnego ze strony mężczyzny i instynkcie macierzyńskim ze strony
kobiety, powstanie wyraźna luka, zarówno w przeżywaniu przez tych małżonków
rodzicielstwa, jak i w dorastaniu ich dzieci. Zagubiony wymiar wzajemnego,
bezwarunkowego obdarowania sobą w miarę upływu czasu zacznie coraz wyraźniej
dawać o sobie znać, ponieważ świadomość daru daje nam zdolność do ofiary. Brak
tej zdolności wpływa niszcząco na życie rodzinne: "Komunia rodzinna może być
zachowana i doskonalona jedynie w wielkim duchu ofiary. Wymaga bowiem
szlachetnej gotowości każdego i wszystkich do zrozumienia, tolerancji,
przebaczenia i pojednania. Każda rodzina zdaje sobie sprawę, jak napięcia i
konflikty, egoizm, niezgoda gwałtownie uderzają w tę komunię, a niekiedy
śmiertelnie ją ranią" (FC 21).
Tam, gdzie nie ma wzajemnego obdarowania sobą, zaczyna się walka i rywalizacja o
to, kto będzie rządził i kto więcej "urwie" z rodzinnego kapitału miłości. Na
tym tle rodzą się konflikty, a często niestety także niezdolność do
przebaczenia. I kiedy ona się pojawia, wspólnota rodzinna ulega powolnej erozji.
Wróćmy do początku
A na początku są Adam i Ewa; ojciec i matka, oraz ich wzajemne odniesienie do
siebie, zwłaszcza to, które ma wyrażać najgłębsze wzajemne oddanie. Nie da się
bezkarnie podzielić człowieka na części – w jakąkolwiek aktywność wchodzimy,
czynimy to jako osoby. I szczególnie ważne jest, aby uświadomić sobie tę prawdę,
kiedy nasze działanie odnosi się do innych osób: współmałżonka, dzieci, bliższej
i dalszej rodziny. Lęk przed całkowitym oddaniem siebie drugiemu często jest
objawem braku w miłości, a jeśli małżonkowie nie zaczną się mierzyć z tym
brakiem, zanim w ich życiu pojawią się dzieci, wcześniej czy później odbije się
on na ich wzajemnej relacji, a co za tym idzie – także na relacji z dziećmi.
Warto przyznać się przed samym sobą, przed współmałżonkiem, a przede wszystkim
przed Bogiem do swojej słabości. I prosić Ojca, aby uzupełnił ten brak swoją
nieskończoną miłością. Wszelkie inne sposoby radzenia sobie z problemem
wcześniej czy później sprowadzą na manowce.
Elżbieta Wiater
