Krytyka tak, ale w innej formie
Z Jakubem Zielińskim, doktorantem z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, rozmawia Paulina Jarosińska
Czy
ostatnie słowa krytyki sformułowane przez Marka Migalskiego wobec
Jarosława Kaczyńskiego i obecnej strategii PiS są według Pana
uzasadnione?
– Trudno ocenić, na ile kampania, którą prowadził
Jarosław Kaczyński, a której jednym z pomysłodawców był Marek Migalski,
była skuteczna, ponieważ sondaże przed kampanią nie były miarodajne, co
uwidoczniło się w różnicach między badaniami a wynikami pierwszej i
drugiej tury. Nie wiemy po prostu, jaki był punkt wyjścia. W niektórych
opiniach pojawia się argumentacja, że z powodu „spokojnej kampanii”,
czyli m.in. przez to, że nie podjęto tematu katastrofy smoleńskiej,
Jarosław Kaczyński nie zdobył dodatkowych kilku procent, które
pozwoliłyby mu wygrać wybory. Dlatego trudno teraz jednoznacznie ocenić,
czy łagodna strategia była korzystna dla kandydata PiS. Sądzę więc, że
te słowa krytyki nie do końca są uzasadnione. Należy jednak pamiętać, że
w każdej dużej partii istnieją różne frakcje, które będą się wzajemnie
ścierać i walczyć o wpływy. Przegrana kampania może być natomiast dobrą
okazją do przeprowadzania wewnętrznych rozgrywek.
Ostra forma wypowiedzi Migalskiego była właściwa?
–
Moment, który wybrał Migalski, był jednym z gorszych, ponieważ teraz –
dzięki pewnemu uspokojeniu sytuacji na Krakowskim Przedmieściu – PiS
mogłoby podjąć debatę na temat podatków czy sytuacji budżetowej. Po
wystąpieniu Migalskiego media zajmują się głównie nim, i to
automatycznie odsuwa w czasie możliwość podjęcia rzeczowej dyskusji na
tematy niewygodne z punktu widzenia władzy. Ten list daje mediom alibi,
pozwala im w dalszym ciągu uciekać od zadawania pytań np. o stan
gospodarki. Co do samej formy, to nie wiemy, czy Marek Migalski
wcześniej w rozmowie w cztery oczy starał się sugerować zmiany w
strategii partii lub czy w ogóle próbował rozmawiać z premierem
Kaczyńskim osobiście. Trudno zatem ocenić, czy ten list jest kolejną,
rozpaczliwą próbą dotarcia do premiera Kaczyńskiego. Równie dobrze mogło
to być pierwsze działanie Marka Migalskiego. Wydaje się jednak, że
zdawał on sobie sprawę z tego, że taką formą apelu nie wywoła u
Jarosława Kaczyńskiego żadnej konstruktywnej odpowiedzi. Możemy
wyobrazić sobie wystosowanie takiego listu do np. Donalda Tuska przez
któregoś z posłów PO. Skończyłoby się to zapewne odejściem z partii.
Myślę, że Migalski był świadomy tego, że takie rozwiązania nie przynoszą
konstruktywnych rezultatów.
Jaki mógł być zatem cel napisania tego listu?
–
Wielu komentatorów zwróciło już uwagę na to, że ten list to raczej
słowa skierowane do innych członków PiS, z którymi Migalski mógłby
ewentualnie tworzyć jakąś koalicję, albo do osób z innych środowisk
politycznych. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Jarosław Kaczyński pod
wpływem tak sformułowanej krytyki nagle zmienił swoją strategię.
Dziwiłbym się również, gdyby sam Migalski był przekonany, że taką formą
uda mu się osiągnąć deklarowany cel. To jest raczej sposób komunikacji z
innymi osobami w partii i poza nią.
Jarosław Kaczyński wrócił do dawnego, agresywnego języka?
–
Po łagodnej kampanii wyborczej dzisiejsze wypowiedzi Jarosława
Kaczyńskiego i innych polityków PiS rzeczywiście sprawiają wrażenie
ostrych, ale należy wyraźnie powiedzieć, że ten temat po prostu musiał
wrócić. Jednocześnie wydaje się, że wielu innych polityków – zarówno
polskich, jak i europejskich – będąc w podobnej sytuacji, używałoby
podobnego języka. W związku z powrotem do tematu tragedii smoleńskiej
zmiana retoryki jest w pewnym sensie czymś naturalnym.
Dziękuję za rozmowę.
