Protokół sekcji zwłok prezydenta nie był nam potrzebny

Z Eleną Niedwajłową, dziennikarzem „Gazety Smoleńskiej” – organu
prasowego administracji obwodu smoleńskiego, rozmawia Piotr Falkowski

Co Pani wie o przebiegu katastrofy Tu-154M w Smoleńsku?

O ile mi wiadomo, nikt niczego takiego jak wybuch nie słyszał. Samolot
huczał, huczał i… przepadł. A świadkowie katastrofy? Są w Smoleńsku
ludzie, którzy mówią: „Ja tam byłem”. Każdy mówi: „Właśnie przejeżdżałem
obok i widziałem samolot”. Ale nie sądzę, żeby warto było w to wierzyć.

Gdzie Pani była 10 kwietnia rano?

Nie czekałam na Siewiernym. Tam nie było dziennikarzy. O ile mi
wiadomo, cała prasa oczekiwała w Katyniu. Delegację z Polski miały witać
tylko osoby oficjalne. My trafiliśmy na miejsce godzinę po katastrofie.

Co Pani zobaczyła po przybyciu na miejsce katastrofy?

Po pierwsze, gdy przyjechaliśmy, teren był już otoczony. Zawracano nas i
nie pozwalano fotografować. Była tam już milicja. Zebrało się dość dużo
dziennikarzy. Upłynęło pół godziny, zanim nasza obwodowa służba prasowa
nas wprowadziła. Nie pokazano nam, dziennikarzom, szczątków samolotu.
Nikogo nie wpuszczano bliżej, tam gdzie znajdowały się ciała ofiar i
wrak samolotu. Nawet telewizje, które tam były obecne, pierwszego dnia
widziały się jedynie z Siergiejem Szojgu [ministrem sytuacji
nadzwyczajnych Rosji – przyp. red.] i ich też tam do środka nie
wpuszczono.

Kiedy przyjechał minister Szojgu?
– Przyleciał około czwartej albo piątej po południu tego samego dnia.

Czy widziała Pani ciała ofiar?

Nikt z dziennikarzy nie widział ciał. Mamy zresztą taki kodeks
dziennikarski, że nawet jakby ktoś je widział, to zdjęcia do publikacji
by nie trafiły.

Na miejscu były służby ratownicze?
– Kiedy przyjechaliśmy, były już tam wszystkie służby ratownicze. Były na miejscu natychmiast, bo pełniły dyżur na lotnisku.

Poszukiwano kogoś, kto przeżył katastrofę?

O ile mi wiadomo, a rozmawialiśmy z przedstawicielami Ministerstwa
Obrony Cywilnej, Sytuacji Nadzwyczajnych i Usuwania Skutków Klęsk
Żywiołowych, nikogo żywego nie było. Gdy tylko oni przyjechali – a
ustaliliśmy to następnego dnia – nie było żywych.

Co się stało z ciałem prezydenta Polski?
– Tego, prawdę mówiąc, nie wiem, ponieważ przewożono go w zamkniętej trumnie i go nie widziałam.

Kto i gdzie przeprowadził sekcję zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego?

Sekcję? Identyfikacja odbywała się w Smoleńsku. A sekcja? Nam wówczas
nikt o prezydencie nic nie opowiadał. Tylko że go zidentyfikowano. A
jeżeli chodzi o sekcję, to dla wszystkich jasne było, z jakiego powodu
nie żyje… Dlatego protokół z sekcji nie był nam potrzebny.

Co się dzieje teraz w miejscu katastrofy?

Na miejsce wydarzenia, o ile mi wiadomo, jeszcze nikogo nie wpuszczają.
Dosłownie trzy dni temu przejeżdżaliśmy obok i widzieliśmy tam
zaimprowizowane miejsce pamięci. Stały portrety, wieńce, świece.
Dotychczas leżą tam kwiaty. Żywe kwiaty – to znaczy, że cały czas ktoś
je tam przynosi.

A jak mieszkańcy Smoleńska wspominają to straszne wydarzenie?

Od początku odnieśli się do tego z wrażliwością. Wielu mieszkańców
Smoleńska chodziło tam, przynosiło kwiaty, a i teraz po prostu bardziej
zwracają uwagę na jakiekolwiek wydarzenia w Polsce. Na przykład
dokładnie śledzili wybory w Polsce. Wielu jakby na nowo odkryło, że jest
taki kraj jak Polska i teraz uważnie śledzą życie w tym państwie. Każdy
polski gość, który przyjeżdża do nas, jest bardzo znaczący i ma dobrą
prasę. 9 maja był u nas Komorowski, wasz obecny prezydent.

Są plany upamiętnienia miejsca tragedii i jej ofiar?

Od razu była mowa, że w pobliżu tego miejsca zostanie stworzony
parking, żeby można było w ogóle się zatrzymać, bo tam jest tylko prosta
droga. I były też plany budowy kaplicy. Ale na razie żadnych doniesień
na ten temat nie ma.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj