Orędzie pełne sloganów

Z prof. Andrzejem Waśką, kulturoznawcą z Uniwersytetu Jagiellońskiego,
publicystą, rozmawia Bogusław Rąpała

Orędzie Bronisława Komorowskiego rzuciło nowe światło na jego wizję
prezydentury, przyniosło choćby zarys programu, jaki będzie realizował ośrodek
prezydencki?

– Szczerze powiedziawszy, niewiele się spodziewałem po tym orędziu, i te
oczekiwania całkowicie się sprawdziły. Było ono mdłe, statyczne i skrajnie
konwencjonalne. Napisane wprawdzie przez sprawnego rzemieślnika od retoryki
politycznej, ale pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Przypominało – mówiąc
złośliwie – prace licencjackie czy prezentacje maturalne, które kupuje się w
internecie – również są "bez zarzutu", tyle że nie mają żadnej wartości. To
wynika z pewnych cech osobowości Komorowskiego, który wyraźnie idzie w stronę
takiego modelu prezydentury, jaki zaprezentował Aleksander Kwaśniewski. Ten
model charakteryzują słowa podkreślające bezustanną potrzebę dialogu i
porozumienia. Ale nie ma w nich żadnej konkretnej wizji prezydentury. To taka
struktura retoryczna w stylu: dla każdego coś miłego. W przemówieniu
Komorowskiego widać było wyraźne dążenie do tego, żeby pozyskać sobie życzliwość
i sympatię wszystkich wokół. Ja potraktowałbym je raczej jako przedłużenie
kampanii wyborczej, a nie inaugurację prezydentury.

Zauważył Pan jakieś zapowiedzi, że Komorowski zajmie się sprawami bieżącymi,
ważnymi dla Polaków, jak chociażby rozwiązaniem konfliktu wokół krzyża przed
Pałacem Prezydenckim?

– To jeden z wielu przykładów świadczących o całkowitym braku wyrazu tego
przemówienia. Mamy sytuację bardzo głębokiego podziału w polskim społeczeństwie.
Podziału politycznego i moralnego. Istnieją dwie Polski. I wszyscy, na czele z
prezydentem, doskonale zdają sobie z tego sprawę. To, że uniknął on odniesienia
się do głębi tych podziałów, podejmując próbę zasypywania tej przepaści słowami,
czystą retoryką, było całkowicie nieprzekonujące. Zabrakło jakiegoś dalej
idącego gestu, który uwiarygodniłby chęć porozumienia społecznego. Były to
raczej slogany o porozumieniu, które słyszeliśmy i których wciąż słyszymy
mnóstwo, bo tak trzeba mówić, taka jest konwencja. I on się wpisuje w tę
konwencję. To jest jedna sprawa. A druga, której zabrakło w związku z tymi
konfliktami aksjologicznymi, których jednym z przejawów jest spór o krzyż, to
spojrzenie na historię Narodu. Było wprawdzie bardzo blade i mało wiarygodne
odwołanie do katastrofy smoleńskiej. Nowy prezydent powołał się również na
korzenie solidarnościowe, ale są to tylko słowa, jeśli weźmie się pod uwagę
ostatnie dwadzieścia lat działalności Bronisława Komorowskiego. Natomiast
zabrakło tutaj czegoś, co powinno znaleźć się w przemówieniu prezydenta, tzn.
powiązania przyszłości z przeszłością. Nie zauważyłem żadnego odniesienia do
przeszłości Narodu. Nie było żadnej próby pokazania, na czym polega ciągłość
tego historycznego losu, wobec którego on teraz staje jako głowa państwa.
Zabrakło właśnie tych dwóch rzeczy, które byłyby uwiarygodnieniem tej
koncyliacyjnej konstrukcji retorycznej.

Może Komorowski świadomie chce się poprzez to odciąć od zdarzeń z
przeszłości, które dla niego samego i jego partii są niewygodne, szczególnie po
katastrofie z 10 kwietnia.

– Dokładnie tak. Przedstawił za to mit złotego wieku, zgodnie z którym żyjemy w
najszczęśliwszej od dwustu lat epoce. Dwukrotnie powtórzył, że "nikt na nas nie
czyha". W tych słowach widzę jakiś taki charakterystyczny dla Komorowskiego
infantylizm stylistyczny. Kto na kogo kiedykolwiek "czyhał" w czasach
dyplomacji? Zapewne jest to jednak pewnego rodzaju prztyczek w stronę opozycji,
która mówi, że nasze bezpieczeństwo nie jest zagwarantowane i sami stale musimy
się o nie troszczyć. A Komorowski odpowiada na to, że żyjemy "wśród serdecznych
przyjaciół" i w ogóle nie mamy żadnych trosk, transformacja została zakończona,
a jedyne, co nam w tej chwili pozostaje, to wspólna debata nad naszym szczęściem
i zaspokajanie naszych potrzeb. To mit "końca historii" oraz mit złotego wieku
konsumpcji, która wydaje się jedynym konkretnym celem, jaki nowy prezydent
wskazuje Polakom. Jego strategia będzie chyba w tej chwili polegała na tym, żeby
się przynajmniej w wymiarze PR-owskim wtopić w tło, również jeśli chodzi o
sprawy międzynarodowe.

Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że polityka zagraniczna prezydenta
Komorowskiego będzie inna od tej prowadzonej przez śp. Lecha Kaczyńskiego.

– Charakterystyczne jest to, że Bronisław Komorowski wymienił Grupę Wyszehradzką
i Trójkąt Weimarski jako parametry swojej polityki zagranicznej. Po pierwsze,
oznacza to powrót do polityki zagranicznej w wydaniu Unii Demokratycznej, nad
którą unosi się duch ministra Bronisława Geremka oraz ministra Krzysztofa
Skubiszewskiego. Można więc oczekiwać powrotu do polityki międzynarodowej z
tamtych czasów, co w obecnej sytuacji oznacza bierność i oczywiście całkowite
odejście od linii jego poprzednika. W orędziu nie było żadnego konkretnego
odniesienia do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, żadnego budowania współpracy z
krajami bałtyckimi, Ukrainą czy innymi partnerami w Europie Środkowej i na
Wschodzie. Nie zostały wymienione również Czechy, które pojawiły się tylko jako
element Grupy Wyszehradzkiej, która – jak wiadomo – nie funkcjonuje.

I że Polska sama rezygnuje z roli lidera Europy Środkowej, z przeciwstawiania
się imperialnym zakusom Rosji w tym regionie.

– Oczywiście. Rezygnuje z roli lidera, natomiast wraca do roli klienta możnych
tego świata. Prezydent najpierw pojedzie do Brukseli, to jest zrozumiałe, ale
zaraz potem do Paryża, czyli do stolicy państwa, z którym nasze stosunki w
ostatnich dwudziestu latach wyglądają bardzo nieciekawie, zwłaszcza jeśli weźmie
się pod uwagę dobrą historię relacji polsko-francuskich w przeszłości. Nie wiem,
o czym prezydent Komorowski chciałby rozmawiać z prezydentem Sarkozym. Może
znajdą jakieś wspólne tematy, np. moda albo polowanie? A zaraz potem oczywiście
Berlin. Ale z orędzia nie sposób wyczytać, czy pojedzie tam z jakimiś nowymi
propozycjami, czy tylko po to, żeby się przedstawić.

Jakie będą priorytety prezydentury Bronisława Komorowskiego?
– Jedną stronę medalu tworzą słowa prezydenta, a drugą – działania. Jeśli chodzi
o to drugie, to marszałek Komorowski, jako pełniący obowiązki głowy państwa,
wykonał już wiele bardzo zdecydowanych i jednoznacznych posunięć i można się
spodziewać, że będzie to kontynuacja tej polityki, którą widzieliśmy w przypadku
Instytutu Pamięci Narodowej, Narodowego Banku Polskiego, spraw medialnych.
Będzie podejmował szybkie decyzje w interesie swojego środowiska, umacniające
polityczny monopol PO i reprezentowane przez nią układy oligarchiczne. Temu będą
oczywiście towarzyszyć takie zasłony dymne ze słów, jak to orędzie.

Raczej ciężko będzie Komorowskiemu stać się prezydentem wszystkich Polaków?
– Nic na to nie wskazuje. Sprawa podziału politycznego w Polsce nie została
poruszona w sposób wiarygodny. Została dotknięta tylko na płaszczyźnie
retorycznej, a intencją tego było spełnienie oczekiwań tych, którzy zasadniczo
mało interesują się polityką i oczekują od prezydenta, żeby mówił miło, gładko i
przyjemnie. A jeśli chodzi o kwestie przekonywania do siebie tej części, która
oddała głos na Jarosława Kaczyńskiego, to na razie nie dał żadnych powodów, aby
można było stwierdzić, że do tego naprawdę dąży.

A czy słowa mówiące o tym, że nie można pozwolić na to, żeby "łączyły nas
tylko chwile dramatyczne, a dzielił czas codzienny", można odczytać jako chęć
jednoczenia Narodu?

– Czas codzienny nas w jakiś zasadniczy sposób nie dzieli. Nie ma patriotyzmu
dnia codziennego i patriotyzmu wielkich chwil. To są właśnie takie sztance
literackie, które zostały zastosowane tu w sposób mechaniczny jako wytrychy
słowne. Jeśli więc chodzi o krzyż i o pomnik, to z całą pewnością ta sprawa
będzie w dalszym ciągu budziła wiele emocji. Widać, że musimy w Polsce bronić
krzyży, stawiać je i pod nimi się gromadzić. Ten symbol ma ogromne znaczenie i
od naszej postawy wobec niego będzie zależała w dużym stopniu nasza przyszłość.
Prezydent Komorowski musi się z tym liczyć i nie będzie mógł sobie pozwolić na
żadne szybkie i radykalne kroki wymierzone w pamięć o jego poprzedniku. Ale w
swoim orędziu nie poświęcił jego polityce właściwie chyba ani jednego zdania,
nie stworzył tła dla swojej misji, zabrakło bilansu otwarcia. Powinien mieć na
tyle sprecyzowaną wizję polityczną, żeby się do tego odnieść. Nie zrobił tego.
Sądząc po tym, co powiedział, szuka w tej chwili akceptacji i spokoju od strony
społecznej. Myślę, że przestraszył się ostatnich wydarzeń na Krakowskim
Przedmieściu, dlatego będzie się starał unikać prowokowania tego typu
dramatycznych momentów. Ale z drugiej strony nie będzie też inicjował żadnych
znaczących działań mających na celu upamiętnienie ofiar katastrofy czy też
przywracających ten temat do dyskusji publicznej. Wybierze więc prawdopodobnie
drogę pośrednią, rozwiązania kompromisowe, które będzie konsultował ze swoim
środowiskiem i z tymi siłami społecznymi, które wsparły go w drugiej turze
wyborów. Być może będzie szukał wyjścia z tej sytuacji, na zasadzie wmurowania
gdzieś małej tablicy lub wybudowania jakiegoś dyskretnego pomniczka w mało
widocznym miejscu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj