Jak mieć, by bardziej być

Dzisiejsza Liturgia Słowa to nie potępienie bogactwa, ponieważ ono
samo w sobie nie jest złe. Zła jest chciwość, nienasycenie,
marginalizowanie w życiu wartości duchowych i podporządkowanie ich
materii. Złe jest życie, które zamienia się w wyścig szczurów, gonitwę
donikąd.

Zarzuca się niekiedy myśli katolickiej, że wędruje
na skróty: bogaci – na potępienie wieczne, bo odebrali już swoją
nagrodę; biedni – do nieba, bo nacierpieli się już wystarczająco na
ziemskim łez padole. Konfrontuje się ją także z myślą protestancką, w
której bogactwo to znak Bożego błogosławieństwa i wynik współpracy
człowieka ze Stwórcą. A już w ogóle w odmęty absurdu wpadają ci, którzy
próbują interpretować Ewangelię wedle zasad logiki zemsty: dobrze im tak
(bogaczom), po śmierci dostaną za swoje…
Wędrowanie na skróty po
kartach Biblii rzadko dobrze się kończy, a powierzchowne tłumaczenie
Dobrej Nowiny już nieraz było powodem wielkich nieporozumień. Biblijnego
bogactwa bowiem na pewno nie mierzy się miarą spichlerzy. Jasno mówi
dziś o tym Liturgia Słowa: głupcem jest ten, kto w nich pokłada swoją
nadzieję, „a nie jest bogaty przed Bogiem”.
Jakie bogactwo można
zgromadzić przed Bogiem? Zwyczajne dobro, które nie potrzebuje światła
jupiterow, gotowość do służby bliźniemu, życie, które nie było szukaniem
siebie, a spalaniem się dla innych – oto prawdziwe majętności. I nie ma
tu już znaczenia fakt, ile komuś udało się zgromadzić na koncie i jak
wielkie były spichlerze. Jeśli ich zasobność była efektem pomnożonego
talentu i służyła innym ludziom, budowaniu miłości, wzrostowi duchowemu,
a nie egoizmowi i destrukcji, to wszystko to było potrzebne i jak
najbardziej po Bożej myśli. Można mieć wiele i wciąż być ewangelicznie
ubogim w duchu; można nie mieć nic, a swoje życie wypełnić po brzegi
chciwością i nienasyceniem. Przed Bogiem nie liczy się ilość posiadanych
bogactw, ale jakość życia.
Żyjemy w takim kontekście
kulturowo-społecznym, który nie afirmuje ubóstwa, skromności życia.
Działa on jak samonapędzający się mechanizm, wedle którego zasad trzeba
się stale piąć wzwyż, więcej mieć, budować swoje znaczenie i potęgę.
Praktyka życia jest niestety taka, że kiedy człowiekowi coś zaczyna się
udawać, często traci wewnętrzny duchowy instynkt samozachowawczy. Na nic
przestrogi i napomnienia. Bóg zostaje odesłany do lamusa, a Jego prawa –
ośmieszone i podeptane. I tak zaczyna się staczanie po równi pochyłej –
ku samozagładzie.
Nieprzypadkowo pierwsze czytanie dzisiejszej
Liturgii Słowa zostało wybrane z Księgi Koheleta. Ukazuje ono
sprzeczności dążeń, jakie tkwią w człowieku, a z którymi on sam nie jest
w stanie się uporać. Prowadzą go one ku pozorom szczęścia, a nie ku
jego pełni. Jest to wołanie o kogoś, kto tej potrzebie zaradzi i wypełni
wewnętrzną pustkę. Wypełniło się ono w Jezusie Chrystusie. Święty Paweł
dopowiada: trzeba zwlec z siebie starego człowieka, pełnego
sprzeczności i zadufanego w sobie, zadać śmierć rozpuście i
przyziemności. Po co? Aby dać się ukrzyżować z Chrystusem i razem z Nim
zmartwychwstać. Stać się nowym stworzeniem – nowym człowiekiem, dla
którego nie będzie już miało znaczenia to, ile się ma, ale w jaki sposób
posiada się to, co się ma, i kim się jest przed Bogiem.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj