Wołyńskie krzyże wokół Huty Stepańskiej
Lipiec i sierpień stają się w kalendarzu rocznic polskiej martyrologii
miesiącami coraz bardziej kojarzonymi z ludobójstwem dokonanym przez
nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej na Kresach. Powoli, mimo licznych
oporów, powstają coraz to nowe upamiętnienia polskich miejsc tych tragicznych
wydarzeń na Ukrainie. Przykład krzyży stawianych w okolicach Huty Stepańskiej
przez Janusza Horoszkiewicza wskazuje na to, że możliwe jest kultywowanie
pamięci Polaków – ofiar ukraińskiego nacjonalizmu nawet w regionach, gdzie silne
są wpływy środowisk banderowskich.
Nad ranem 18 lipca 1943 r., po trzydniowym oblężeniu Huty Stepańskiej, kilka
tysięcy Polaków w konwoju rozciągniętym na blisko trzy kilometry, osłanianym
przez słabo uzbrojoną, lecz doskonale zorganizowaną samoobronę, przebiło się
przez pierścień rezunów UPA i doszło do stacji kolejowych na linii Kowel –
Sarny. Wyrwanie się z matni kosztowało życie ok. 600 zabitych. W 67. rocznicę
tych wydarzeń w miejscu spalonych polskich wsi, zniszczonych cmentarzy i
kościołów duchowni katoliccy z ks. bp. Marcjanem Trofimiakiem, metropolitą
łuckim, i prawosławni, w obecności blisko 90 pielgrzymów z Polski i przy udziale
miejscowej ludności ukraińskiej oraz władz samorządowych, poświęcili pięć krzyży
upamiętniających polską społeczność zgładzoną lub wypędzoną z ziemi przodków.
– Wybudowaliśmy zalążek naszej huciańskiej drogi krzyżowej, żebyśmy mieli do
czego przyjeżdżać i gdzie się modlić – mówi Janusz Horoszkiewicz, potomek
zasłużonego wołyńskiego rodu, główny inicjator upamiętnień.
Obrona Huty
Organizowana od lutego 1943 r. samoobrona Huty Stepańskiej przed krwiożerczymi
bandami UPA była stosunkowo silna. Koncentrowała się w dwóch największych
polskich wsiach w tym rejonie – Hucie Stepańskiej i Wyrce, obejmując swoim
zasięgiem kilkadziesiąt pomniejszych okolicznych osad i kolonii. Dysponowała 80
sztukami broni palnej, w tym 6 erkaemami, a także przeszkolonymi oddziałami ok.
500 mężczyzn uzbrojonych w taką "białą" broń, jak kosy, widły, siekiery czy
szable. Ostatnim jej dowódcą prowadzącym bohaterską obronę i akcję wyrwania się
ze śmiertelnego kotła był cichociemny por. Władysław Kochański "Bomba", później
awansowany na kapitana.
Atak wielokrotnie przeważających sił OUN-UPA rozpoczął się w nocy z 16 na 17
lipca 1943 roku. Poprzedzony został podpaleniem wszystkich mniejszych polskich
wiosek położonych wokół Huty i Wyrki. Według relacji świadków, łuna z
monstrualnego pożaru tysięcy zabudowań zajmowała połowę firmamentu, a
towarzyszył jej zatrważający, huczący pomruk.
Noc tę dobrze pamięta 85-letnia dziś Władysława Piotrowska, była mieszkanka
Wyrki.
– Budzimy się na dźwięk dzwonów, a tu cała Wyrka w płomieniach, bo Ukraińcy
strzelali zapalającymi pociskami. Ujadanie psów, ryczenie krów, kwik świń. I nie
wiadomo, gdzie uciekać. Jednak gospodarze byli na to przygotowani, szybko
zaprzęgli konie do wozów i nocą tabor pomału ruszył w kierunku Huty Stepańskiej,
gdzie fortecą stała się murowana, piętrowa szkoła z karabinami maszynowymi na
piętrze. Tylko broni nie było dużo – wspomina pani Władysława.
Z ustaleń Janusza Horoszkiewicza wynika, że bandy UPA pierwszy, jak się okazało,
pozorowany atak na Hutę Stepańską przypuściły w nocy z 16 na 17 lipca od strony
mostu na rzece Gołubicy. Chodziło o wyciągnięcie obrońców ze stanowisk w innych
częściach wsi, gdzie miało nastąpić główne uderzenie. Jednak por. Kochański
przejrzał podstęp i gdy chwilę później nastąpiło główne uderzenie od strony
uzdrowiska w Słonych Błotach, polska samoobrona ku zaskoczeniu banderowców
odparła ten atak, zadając przeciwnikowi ciężkie straty.
Cały następny dzień upłynął pod znakiem falowych ataków Ukraińców wdzierających
się nieomal do samego centrum Huty Stepańskiej, odpieranych jednak przez polską
obronę. Gdy zapadł zmrok, por. Kochański uznał, że głównie z powodu wyczerpania
się amunicji dalsza obrona skazana jest na porażkę, i zdecydował o ewakuacji
wielotysięcznej ludności w stronę linii kolejowej Sarny – Kowel, co wymagało
przebicia się przez ukraińskie okrążenie. W nocy uformowano kolumnę wozów z
żywnością, częścią dobytku i tymi, którzy nie mogli iść o własnych siłach.
Liczyła około trzech kilometrów.
Niestety, o świcie grupa ok. 100 osób uznała, że gdy się podzielą, mają większe
szanse na ocalenie życia. Wyszli ze wsi, nie czekając na pozostałych. Zakończyło
się to fatalnie, gdyż tabor ten został zaatakowany przez bardzo silny oddział
UPA. W grupie tej była rodzina Piotrowskich.
– Słychać było atakujących Ukraińców, którzy krzyczeli: "Hurra, riezat Lachów,
Mazurów". Wywiązała się walka, w której zginął mój ojciec, Bronisław Piotrowski.
Dostał postrzał kulą rozrywającą – opowiada Władysława Piotrowska, uratowana
mieszkanka Wyrki. – Konwój został przecięty jak gdyby na połowę, kto żyw zaczął
w popłochu uciekać – wspomina Roman Piotrowski. – Nasza furmanka, na której była
mama i młodsza siostra, wywróciła się, i tak już pozostała, a każde z nas
uciekało, tak jak stało. Nie było nawet czasu niczego pochwycić, gdyż kogo
Ukraińcy dopadli, tego zarzynali.
Połowie zaatakowanego taboru udało się jednak wycofać i razem ze wszystkimi pod
osłoną karabinów samoobrony w porannych mgłach przekroczyć linie ukraińskie i
dojść do stacji kolejowej chronionej przez Niemców.
Polowali na nas jak na zwierzęta
Stojący nieco na uboczu wsi Omelanka rodzinny dom Horoszkiewiczów przetrwał o
trzy dni dłużej niż inne zabudowania, które Ukraińcy spalili 16 lipca. Rodzina
noce spędzała w lesie, a do domu wracała w dzień.
– Zaatakowało nas 11 Ukraińców, gdy mama doiła krowę. Dopadliby nas, gdyby już z
daleka nie zaczęli strzelać zapalającymi pociskami. Dzięki temu zdążyliśmy
wszyscy uciec do lasu – opowiada świadek tych wydarzeń, 9-letni wówczas Szczepan
Horoszkiewicz. – Widzieliśmy, że gdy budynki już się paliły, powyrywali
sztachety i chodzili dookoła domu, wybijając szyby i drąc się: "Wychodi polacka
morda". W lesie siedzieliśmy wraz z innymi do czasu zorganizowania konwoju przez
Niemców.
Stanisław Zabłocki miał 14 lat, gdy po zaatakowaniu przez Ukraińców Huty
Stepańskiej jego rodzina wraz z rodzinami Pilskich, Janickich, Popławskich i
Zabłockich uciekła nie do centrum wsi, lecz do lasu nad Horyniem. Stopniowo
dołączali do nich kolejni uciekinierzy, tak że w końcu ukrywająca się grupa
liczyła ok. 100 osób.
– Przez dwa miesiące banderowcy polowali na nas jak na zwierzęta – mówi
mężczyzna. – Gdy kiedyś schwycili kobietę w ciąży, powiesili ją za ręce na
drzewie, rozcięli brzuch i tak zostawili.
Ukraińcy kilka razy strzelali do pana Stanisława, ale szczęśliwie nie trafili. –
O mały włos nie zabił mnie banderowiec, który po dogonieniu uderzył mnie
siekierą w głowę – mówi pan Zabłocki, pokazując wyraźne wklęśnięcie na czole
ponad brwiami po prawej stronie. – Zalałem się krwią, straciłem przytomność, ale
– jak widać – przeżyłem – wyznaje.
Z jego najbliższej rodziny – a było ich w domu czworo dzieci i rodzice – wszyscy
się uratowali.
Zginęła tylko ciocia. – Raz napadli nas w lesie – opowiada – zaczęli strzelać,
wszyscy się rozpierzchli, a ona przycupnęła pod krzaczkiem, myśląc, że jej nie
zauważą. Ukrainiec zaszedł ją od tyłu i strzelił w plecy. Pocisk był rozrywający
i ciocia nie miała żadnych szans na przeżycie.
Na noclegi ukrywający się w lesie wybierali wyższy teren, tam gdzie nie było
bagna i wody. Nie zawsze się to udawało.
– Raz położyłem się w bardzo puszystym mchu. Zaraz usnąłem, a obudziłem się na
pół w wodzie, która podeszła do góry pod moim ciężarem – wspomina Zabłocki. – Po
takiej nocy na bagnach po obudzeniu się ludzie jak oczadziali rozchodzili się po
lesie i potem po oprzytomnieniu czasem pół dnia się nawoływali i szukali.
Po dwóch miesiącach ukrywania się spotkali oddział partyzancki złożony z Rosjan,
Ukraińców, Polaków i Żydów. Chcieli się przyłączyć, ale odpędzano ich strzałami
w powietrze. W końcu jednak partyzanci pozwolili im iść za sobą i tak
doprowadzili do Rafałówki, gdzie pracujący u Niemców Polacy byli chronieni od
ataków banderowców. Potem wyjechali do Kowla. Tam w czasie tzw. wyzwolenia matkę
pana Stanisława zastrzelił jakiś czerwonoarmista.
Exodus
Rodzinę Horoszkiewiczów, tak jak wiele innych polskich rodzin, z lasu
wyprowadzili Niemcy w zamian za krowy i świnie rekwirowane dla wojska.
– Nie było innego wyjścia – mówi Szczepan Horoszkiewicz. – Huta już nie
istniała, została cała spalona. Tak samo Wyrka.
Jak pamięta pan Szczepan, Polaków konwojowały trzy niemieckie samochody
ciężarowe z wojskiem i trzy motocykle "pięćsetki" z pełnym uzbrojeniem.
– Jak dziś pamiętam tych pozabijanych ludzi w Wyrce – opowiada z przejęciem pan
Szczepan. – Najpierw natknęliśmy się na rozkrzyżowanego mężczyznę leżącego
pośrodku drogi. Mój ojciec z jeszcze jednym mężczyzną ściągnęli go na pobocze,
bo nie było czasu na pochowanie ciała. Nieco dalej, na łące po lewej stronie,
Ukraińcy posadzili zabitego mężczyznę na zdechłej krowie. Żeby się nie
przewrócił, podparty był patykami. Po lewej stronie podobny widok – zabity
mężczyzna podparty kijami siedział na świni. Po dwudziestu metrach kolejna
straszna scena. Przy drodze zobaczyliśmy nabrzmiałe, brązowe ciało kobiety (to
był gorący lipiec), na której leżało dziecko. Ono z kolei było bardzo jasne,
blade, zupełnie jakby spało. Kolumna szła, wszyscy byli w strachu, nikt do nich
nie podszedł.
Szczepan Horoszkiewicz nie może też zapomnieć widoku spalonego do połowy budynku
ze zwisającymi z okna zwłokami częściowo zwęglonego mężczyzny. Gdy wychodzili z
Wyrki, przy mostku na rzeczce leżały kolejne ciała zabitych ludzi. Pan
Horoszkiewicz nie wie, co się stało z ciałami, które widzieli po drodze.
Niemcy zaprowadzili grupę Polaków do wsi Rafałówka, skąd w większości zostali
wywiezieni na roboty do Niemiec.
– Gdy miałem 10 lat, już pracowałem w niemieckiej fabryce włókienniczej. Byliśmy
tam z całą rodziną dwa lata. Gdy Amerykanie nas wyzwalali, spytali, po której
stronie chcemy zostać, bo wkraczali Ruscy. Matka nie chciała iść na stronę
amerykańską, bo czekała na ojca i mojego starszego brata, których Niemcy na
tydzień przed kapitulacją wzięli do kopania okopów.
Tu zostało moje serce
V Pielgrzymka do Huty Stepańskiej i Wyrki przywiodła na wołyńskie bezdroża w
okolice Sarn blisko 90 pielgrzymów niemal z całej Polski. Przybyły wiekowe osoby
pamiętające ludobójcze rzezie ludności polskiej, dzieci i wnuki obrońców Huty
Stepańskiej. Przy 30-stopniowym upale w trudzie i znoju pokonywali pieszo i na
furmankach nieraz spore odległości dzielące kolejne krzyże upamiętniające
męczeństwo polskich Kresowian.
Wielu z nich było tu już wcześniej, indywidualnie lub w ramach poprzednich
pielgrzymek, lecz część osób przybyła po raz pierwszy i przyznawała, że tu, na
Wołyniu, zostawiła swoje serce.
Robert Gmoch należy do drugiego pokolenia Wołyniaków urodzonych już po
wypędzeniu z rodzinnych stron. Jest prawnukiem pierwszego komendanta samoobrony
Huty Stepańskiej Hieronima Konwerskiego.
O wołyńskiej ziemi najwięcej dowiedział się od swoich nieżyjących już przodków:
prababci Stanisławy Konwerskiej z domu Naumowicz i babci Leokadii Żmurek z domu
Konwerskiej. Interesuje się historią, szczególnie problematyką wołyńską.
– Od małego dziecka babcia i prababcia opowiadały mi o życiu na Wołyniu – mówi
pan Robert. – W ich opowieściach było to z jednej strony życie barwne i wesołe,
a z drugiej – naznaczone ciężką pracą, codziennymi zmartwieniami i utrapieniami.
Ukraińskie ludobójstwo polskiej ludności na Wołyniu odcisnęło traumatyczne
piętno także na jego rodzinie.
– Moja prababcia podczas ucieczki z domu została ciężko ranna, a na jej oczach
zamordowano jej dwie córki – Janinę i Wandę. Trzecia, czyli moja babcia
Leokadia, przeżyła cudem, schowana w zbożu.
To pierwsza podróż Roberta Gmocha na Wołyń. Odbywa ją wraz z mamą, którą musiał
długo namawiać na wyjazd.
– Na miejscu, choć ściskało mi serce na myśl o tragicznych losach mojej rodziny,
poczułem się paradoksalnie szczęśliwy, że dotykam fizycznie tej ziemi – mówi
wyraźnie wzruszony. – Może zabrzmi to trochę patetycznie, ale zostawiłem tam
swoje serce, po prostu pokochałem tę ziemię. Zamierzam nadal badać jej historię
i regularnie ją odwiedzać.
Krzyże Janusza Horoszkiewicza
– Od dziecka słyszałem w domu od taty nazwy: Huta, Omelanka, Wyrka – tłumaczy
swoje zainteresowanie rodzinnymi stronami Janusz Horoszkiewicz. – Duszą byłem tu
od dziecka, ale pierwszy raz przyjechałem dopiero w 2007 roku. Miałem być
chwilkę, ale przy wjeździe do Huty, na którymś z wertepów pękła mi w samochodzie
miska olejowa. Teraz wiem, że to był znak, bym tu został…
W wielu miejscowościach wokół Huty Stepańskiej, a także w samej wsi, teraz
czysto ukraińskiej o nowej nazwie Huta, z inicjatywy Janusza Horoszkiewicza stoi
już 14 krzyży przypominających o polskich mieszkańcach tej ziemi i ich
martyrologii. Za tę działalność pan Janusz został odznaczony przez śp. ministra
Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa, złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej.
Pierwszym upamiętnieniem Janusza Horoszkiewicza był krzyż postawiony w 2008 r.
na starym cmentarzu w Hucie Stepańskiej, poświęcony zmarłym i poległym z jego
własnej rodziny.
– Naszą pierwszą ofiarą był wujek Stanisław Horoszkiewicz. W 1942 r. odniósł
ranę przy wysadzaniu pociągu. Leczony w szpitalu został zatrzymany przez
ukraińskich policjantów i w okrutny sposób zamordowany.
Za swój największy sukces pan Janusz uważa postawienie krzyża na nowym cmentarzu
w Hucie.
– Banderowcy do samego końca zaprzeczali istnieniu ofiar w Hucie, tymczasem w
ziemi tej spoczywa 250 jej mieszkańców zabitych w 1943 r. – podkreśla.
Duże problemy, głównie z odprawą celną, miał Horoszkiewicz przy sprowadzaniu
obelisku postawionego na miejscu kościoła parafialnego pw. Najświętszego Serca
Pana Jezusa w Hucie Stepańskiej. Następny był historyczny krzyż z napisem "Jezu,
ratuj" postawiony na drodze z Huty do Borku.
– To jeden z trzech krzyży, które były umieszczone wokół Huty Stepańskiej jako
dziękczynienie po tym, jak w czerwcu 1943 r. Niemcy chcieli spacyfikować wieś i
cudem udało się ją uratować – wyjaśnia.
Następnie wraz ze swoim ojcem Szczepanem Horoszkiewiczem naprawił krzyż w
rodzinnej Omelance, postawił krzyże w byłej wsi Romaszkowo, a także w Borku.
17 i 18 lipca br. z inicjatywy Janusza Horoszkiewicza odbyło się poświęcenie
kolejnych pięciu krzyży upamiętniających wsie Siedliska i Wyrka, cmentarz w
Wyrce, miejsce po zburzonym w lipcu 1943 r. kościele parafialnym pw.
Podwyższenia Krzyża Świętego w Wyrce, a także masakrę kolumny uciekinierów z
Huty Stepańskiej dokonaną przez UPA na mostku na rzeczce za Wyrką.
– To jest szukanie korzeni, miejsca, skąd wyszliśmy – opowiada Janusz
Horoszkiewicz pytany o motywy swojego zaangażowania w upamiętnienie tego
miejsca. – Nasza tradycja huciańska sięga okresu bitwy pod Grunwaldem, ponieważ
król Władysław Jagiełło osiedlił tu – w nagrodę za udział w bitwie – szlachtę
wołoską. Inne wsie, jak np. Rudnia, która kiedyś była szlachecka, z upływem
czasu przeszły na prawosławie, widząc w tym interes i sposób na spokojne życie.
Natomiast my zawsze trwaliśmy przy katolicyzmie, polskich królach, nie
przeszliśmy na prawosławie ani nie ulegliśmy też reformacji, która miała tu
znaczne wpływy. Czasem było bardzo trudno przetrwać, jednak zachowaliśmy polski
język, wiarę, polską tożsamość narodową i teraz jako jedność wracamy.
Wybudowaliśmy zalążek naszej huciańskiej drogi krzyżowej, żebyśmy mieli do czego
przyjeżdżać, gdzie się modlić – dodaje.
– Gdy w Borku stawialiśmy z synem krzyż – poprzedni był już bardzo stary –
przyszła Ukrainka, uklękła i pocałowała go, a ja na ten widok się popłakałem –
mówi Szczepan Horoszkiewicz, ojciec pana Janusza. – Krzyże stawiamy – kontynuuje
– bo starsi ludzie odchodzą, a młodzi zupełnie nie wiedzą o naszej historii. My
chcemy, żeby po Polakach, którzy tu żyli i zginęli, pozostał jakiś ślad. Przykro
to mówić, ale to wszystko, co po Polakach tu pozostanie. Na szczęście Ukraińcy
naszych krzyży nie niszczą…
Adam Kruczek
