Anty-Solidarni 2010

* Konflikt przed Pałacem zaczął eskalować od momentu, kiedy prezydent
elekt Bronisław Komorowski w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" ogłosił zamiar
usunięcia krzyża
* Oprócz słownych zaczepek dochodzi do kopania zapalonych zniczy, przylepiania
gum do żucia na fotografii śp. pary prezydenckiej, prób defekacji na wyłożone
pod krzyżem listy i wiersze. Nocami jest to niemal nowy "świecki" rytuał. Wiem,
że część z tych incydentów została udokumentowana na nagraniach pałacowego
monitoringu
* Młodzi, agresywni, często podchmieleni ludzie, wulgarnie wyszydzają uczucia
obrońców krzyża i pamięć ofiar katastrofy

Z Wojciechem Boberskim, historykiem sztuki, warszawiakiem z Krakowskiego
Przedmieścia, rozmawia Paulina Jarosińska

Od kiedy obserwuje Pan to, co dzieje się pod krzyżem przed Pałacem
Prezydenckim?

– Jestem mieszkańcem Krakowskiego Przedmieścia, więc związane z tym miejscem
wydarzenia miałem możliwość obserwować z bliska i codziennie przez ponad 100
dni, począwszy od tamtego sobotniego poranka 10 kwietnia. Brałem udział w
wielkich narodowych rekolekcjach, w dniach żałoby i pogrzebów, a później
uczestniczyłem w spontanicznych lub organizowanych inicjatywach wysuwających
postulat obiektywnego wyjaśnienia przyczyn smoleńskiej katastrofy. Przez wiele
tygodni pamięć o tej wielkiej państwowej i narodowej tragedii była pielęgnowana
w atmosferze żałoby, zaś jej miejscem centralnym stał się prosty drewniany krzyż
wystawiony przed Pałacem Prezydenckim przez harcerzy ZHR. W każdą niedzielę po
godz. 17.00 zbierali się tutaj ludzie, składali kwiaty i palili znicze. W dniach
okrągłych miesięcznic zgromadzenia były liczniejsze. Majowa manifestacja zwołana
przez Ruch 10 Kwietnia zgromadziła kilka tysięcy osób. Zbierano wówczas podpisy
pod listem prof. Jacka Trznadla do premiera Tuska apelującym o powołanie
międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy (ponad 50 tys. głosów,
zebranych także w internecie, spotkało się dotychczas jedynie z obcesową
odpowiedzią ministra Tomasza Arabskiego). Wieczorem 18 czerwca, po Mszy św.
odprawionej w katedrze, drogę pod krzyż przed Pałacem przemierzyła rozświetlona
pochodniami długa procesja zorganizowana przez Związek Strzelecki.
Konflikt przed Pałacem zaczął eskalować od momentu, kiedy prezydent elekt
Bronisław Komorowski w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" ogłosił zamiar usunięcia
krzyża. Ponieważ pocztą pantoflową i przez fora internetowe rozeszła się
pogłoska o rychłym zrealizowaniu tego zamiaru, pod krzyżem rozpoczęła czuwanie
grupa jego obrońców. Od tego czasu każdej nocy pozostaje tutaj kilkanaście osób,
które pełnią wartę, porządkują wypalone znicze, modlą się i rozmawiają.
Niektórzy z tych ludzi niemal wrośli w to miejsce. Większość oburzona jest
faktem, że decyzja o usunięciu krzyża stała się jedną z pierwszych inicjatyw
nowo wybranego prezydenta. Od ubiegłego czwartku, po nagłośnieniu sprawy przez
media (przed Pałacem pojawiły się ekipy TVN24 i Polsat), "krzyż smoleński" stał
się przedmiotem ostrych ulicznych sporów, a miejsce przed nim zamieniło się w
żyjącą warszawską "agorę".

Jak wyglądają te konflikty?
– Najpierw w mediach elektronicznych i w prasie rozgorzały spory obrońców krzyża
i zwolenników jego usunięcia, ukazywane zazwyczaj jako przykład walki polskiego
katolickiego "ciemnogrodu" (oczywiście "podburzonego" przez polityków PiS) ze
zwolennikami świeckiego, nowoczesnego państwa. Teraz, jak wspomniałem, te
polemiki przeniosły się również na ulicę. W grupach zorganizowanych lub
towarzyskich przybywają tutaj liczni przeciwnicy "obecności chrześcijańskiego
symbolu w przestrzeni publicznej". Przywołują artykuły Konstytucji, wygłaszają
polityczne komentarze, oparte zazwyczaj na lekturze "Gazety Wyborczej" lub na
haniebnych wypowiedziach posła Palikota. Młodzi, agresywni, często podchmieleni
ludzie, wulgarnie wyszydzają uczucia obrońców i pamięć ofiar katastrofy.
Niewybredne słowa są skandowane zarówno pod adresem braci Kaczyńskich, jak i
ludzi zebranych wokół krzyża. Oprócz słownych zaczepek dochodzi niestety również
do pozawerbalnych prowokacji, do kopania zapalonych zniczy, przylepiania gum do
żucia na fotografii śp. pary prezydenckiej, do prób defekacji na wyłożone pod
krzyżem listy i wiersze. Nocami (od ok. godz. 22.00) to jest niemal nowy
"świecki" rytuał. Wiem, że część z tych incydentów została udokumentowana na
nagraniach pałacowego monitoringu, ale stojąc przed Pałacem, często żałuję, że
sam nie jestem filmowcem, bo mógłbym wówczas bez trudu dokręcić okrutną puentę
do filmu pani Ewy Stankiewicz ukazującą tę "drugą Polskę", której podobno
zabrakło w "Solidarnych 2010". Zaledwie trzy miesiące po tragedii i żałobie, to
samo miejsce a teraz inni, "postępowi" Polacy.
Tymczasem przekazy medialne nadal podgrzewają atmosferę. "Gazeta Wyborcza"
nazywa obrońców krzyża "antysemitami", minister Julia Pitera w TOK FM
rozpowszechnia rewelacje, że za całym konfliktem "stoją jacyś byli milicjanci,
funkcjonariusze jakichś służb, ludzie, którzy mieli konkretne usytuowanie w
okresie PRL po stronie władzy, i to tej tajnej". Nie próżnują także działacze
partyjnych młodzieżówek, którzy po drugiej stronie ulicy zaczęli zbierać podpisy
pod petycją wzywającą do usunięcia krzyża i przywrócenia "konstytucyjnego
świeckiego ładu".
Przez długi czas obie strony sporu milczały o właściwym sensie ustawienia
krzyża, który od początku był harcerskim apelem o to, aby jedno z
najważniejszych wydarzeń współczesnej historii Polski zostało upamiętnione "w
tym miejscu" godnym monumentem. Myślę, że nie ma w Warszawie bardziej stosownej
i symbolicznej lokalizacji na takie upamiętnienie. Jestem głęboko przekonany, że
ten cały spór nie jest w istocie żadną walką o religijne symbole, lecz o
narodową pamięć o tragedii 10 kwietnia, którą gremia obecnie rządzące Polską
starają się zacierać z wielkim zapałem. Podejrzewam, że zamiar zastąpienia
krzyża pomnikiem spotka się niebawem z uzasadnionymi argumentami konserwatora
zabytków i warszawskich estetów, a "pamięć i prawda" zacznie wojować z
"pięknem". Warto jednak zwrócić uwagę, że na osi pomnika księcia Józefa
Poniatowskiego jest dostatecznie dużo miejsca, zaś odpowiednia forma
horyzontalna (np. okazała płyta) w niczym nie zakłóci estetycznej równowagi i
nie naruszy historycznie ukształtowanej przestrzeni.

Czy została zorganizowana jakaś stała warta?
– Usiłowaliśmy namówić harcerzy z ZHR, aby zaciągnęli nocne mundurowe warty
przynajmniej na weekend, kiedy Warszawę przemierzali uczestnicy Europride. Nie
udało się jednak do tego doprowadzić, bo druhowie przebywali wówczas na obozach
albo na polach Grunwaldu. Od wtorku (20.07) stałe warty wystawia Komitet
Katyński pana Andrzeja Melaka i choć ma to na razie dość skromny wymiar czasowy,
podbudowuje na duchu tę grupę nocnych obrońców, która z niepokojem obserwuje
teraz nie tylko ruchy służb pałacowych, ale także działania przechodzących ulicą
agresywnych wandali. Siły obrońców krzyża smoleńskiego być może wzrosną, bo
przyjazd do Warszawy zapowiedziały delegacje górników.
W sprawie tego niepotrzebnego frontu wojny polsko-polskiej zaczynają zabierać
głos liczne środowiska. W piątek ZHR w jednoznacznej formie przypomniał swój
apel o budowę monumentu i zaproponował, aby po jego ukończeniu krzyż smoleński
został uroczyście przeniesiony do sanktuarium Golgoty Wschodu, które powstaje w
pobliskiej bazylice Świętego Krzyża. Niebawem zostanie także opublikowany list
otwarty do prezydenta elekta sygnowany przez Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010
(prezes Zuzanna Kurtyka), Komitet Katyński (prezes Andrzej Melak) oraz Fundację
Republikańską (prezes Przemysław Wipler). Zawiera on propozycję wygaszenia
konfliktu i odwołując się do poczucia obywatelskiej odpowiedzialności oraz hasła
"zgoda buduje", wzywa do godnego upamiętnienia tragedii 10 kwietnia na miejscu
krzyża przed Pałacem.

Co Pana, jako świadka skandalicznych incydentów wokół krzyża, najbardziej
niepokoi, jeśli chodzi o wyjaśnianie okoliczności katastrofy smoleńskiej?

– Najbardziej niepokoi mnie sposób komunikowania się polskiego rządu z polskim
społeczeństwem. Od początku postępowanie premiera i jego podwładnych dotkliwie
mnie upokarza i zniesmacza, zarówno jeśli chodzi o treści, które są mi
przekazywane, jak i o formę, w jakiej to jest czynione za pośrednictwem
"rządowych" mediów. Nie miałem specjalnych złudzeń w sprawie metod postępowania
Rosjan w sytuacjach "kryzysowych", lecz przecież miałem prawo oczekiwać, że
polskie władze nie będą grały w podobnym stylu, niejako w tej samej drużynie. To
jest chyba zasadniczo sprawa lojalności wobec własnego Narodu, którego ponad
połowa czuje się dzisiaj wyalienowana, a pozostali jeszcze bezkrytycznie wierzą
w to, w co mają wierzyć według scenariuszy rządowych propagandzistów. "Sukcesy"
takich socjotechnicznych manipulacji są doskonale widoczne pod smoleńskim
krzyżem. Podchodzą do nas ludzie całkowicie przekonani, że to pijany prezydent
Lech Kaczyński wymusił lądowanie i doprowadził do katastrofy, a dotychczasowe
śledztwo przebiega wzorowo. Ja mam coraz więcej wątpliwości.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj