Czy spór o krzyż to powtórka z historii?
Z krzyżem komuniści nie wygrali –
więcej, z krzyżem nikt nie wygrał, więc dobra rada dla władz:
przestańcie włazić w buty komunistów.
Konflikt o obecność
krzyża na Krakowskim Przedmieściu przypomniał mi mało znany epizod z lat
80.
Jakoś chyba w 1983 roku szef sowieckiego KGB gen. Władimir
Kriuczkow wizytował Polskę, robiąc rajd z gen. Czesławem Kiszczakiem po
kraju i sprawdzając, jak się należy domyślać, skuteczność wprowadzenia
stanu wojennego. Generałowie zauważyli, że jedną z pozostałości ruchu
„Solidarność” jest obecność krzyża w miejscach publicznych. Postulat
obecności krzyża w przestrzeni – w szpitalach, zakładach pracy, szkołach
– był niewątpliwie znaczącą zdobyczą katolickiej większości Narodu,
która pod sztandarem „Solidarności” upomniała się o prawo do znaku wiary
w miejscach, gdzie żyją i pracują Polacy. Nieznane są szczegóły ustaleń
szefa KGB z jego namiestnikiem w Priwislanskim Kraju Czesławem
Kiszczakiem, ale wiemy, że zaraz po tej wizycie przystąpiono do
eliminacji krzyża z tych miejsc, w których należało przywrócić
„normalność”.
Niewątpliwie najważniejszą z punktu widzenia
komunistów sprawą było usunięcie krzyży ze szkół. Zgubny wpływ
chrześcijaństwa na postawy młodzieży, krzyż jako przeszkoda w formowaniu
„nowego człowieka” – towarzysze zdawali sobie z tego sprawę i
postanowili się z tym uporać. Wszystko wskazuje na to, że wtedy właśnie
rozpoczął się kolejny etap wojny z Narodem, na której froncie za
kilkanaście miesięcy zginie dzisiejszy błogosławiony ks. Jerzy
Popiełuszko.
Niezłomni z Miętnego
Niezwykle
poruszający przebieg miała historia Miętnego – niby znana, ale nieobecna
w pamięci zbiorowej. W zespole szkół rolniczych pod Garwolinem,
miejscu, gdzie miały się formować nowe kadry dla PGR, uczniowie ogłosili
protest w obronie krzyży. W miejscu zdjętych krzyży natychmiast
pojawiły się nowe, a gdy i te następne zniknęły, młodzież zaczęła
domagać się przywrócenia ich do klas. Wtedy dyrekcja zarządziła apel, na
którym ogłoszono, że „emblematy ideologiczne” nie mają prawa bytu w
świeckiej szkole i należy się podporządkować regulaminowi. Sześciuset
stojących karnie uczniów zaczęło w tym momencie tupać i buczeć, a gdy
wściekły dyrektor, chcąc zapanować nad sytuacją, próbował rozpoznać
najaktywniejszych, wtedy młodzi jak na komendę odwrócili się do niego
tyłem i zaczęli śpiewać: „My chcemy Boga (…) w książce, w szkole”.
Ten
apel trwał kilka godzin – uczniowie odmówili powrotu do klas, żądając
przywrócenia krzyży. Samoorganizacja uczniów – solidarność i mądrość
protestujących – sprawiła, że władze szkoły nie miały możliwości
wyłuskania i spacyfikowania liderów. Protest trwał. Konflikt rozszerzał
się, angażując po jednej stronie kuratorium, władze województwa
siedleckiego, Komitet Centralny PZPR i MSW (już od pierwszych tygodni
raporty trafiały bezpośrednio na biurko Kiszczaka), z drugiej strony
uczniów wspierał ks. bp Jan Mazur, próbując negocjować z władzami, a gdy
to nie przyniosło rezultatu, ogłosił protest głodowy.
Uczniowie mimo
inwigilacji podjęli udaną próbę kontaktu z ks. Jerzym Popiełuszką,
łącząc w jedno swój protest i symbol wierności, jakim były Msze św. za
Ojczyznę. Po stu dniach protestu, 7 marca 1984 r., uczniowie zdecydowali
się na strajk okupacyjny szkoły. Po godz. 22.00 wkroczył prokurator z
dyrekcją, zapowiadając represje prawne wobec pełnoletnich, a wyrzucenie
ze szkoły tych, którzy nie ukończyli 18. roku życia. Uczniowie po
odmówieniu modlitwy rozpoczęli nocą kilkukilometrowy marsz z krzyżami do
kościoła w Garwolinie. Pielgrzymkę uczniów wyprzedziła kawalkada
milicyjnych bud, przed rogatkami miasta młodzież rozpędzono po
okolicznych polach. Protestujący wrócili do szkoły, zabarykadowali się i
czekali do rana. Następnego dnia, po kolejnej pacyfikacji szkoły, przy
dźwiękach bijących dzwonów młodzież skutecznie dotarła do kościoła.
Szkołę zlikwidowano, a warunkiem przystąpienia do nauki było podpisanie
deklaracji lojalności. Ponad 85 proc. uczniów i ich rodziców odmówiło
podpisania, skazując się na tułaczkę, szukanie innych szkół, rezygnację z
matury. W ubiegłym roku jedna z protestujących dopiero po 25 latach, ze
swoim synem, zdawała maturę w tej samej szkole.
Tajemnicą
pozostanie to, dlaczego chłopskie dzieci spod Garwolina, Łaskarzewa,
Stoczka Łukowskiego, Maciejowic, nie podpisując niczego, co podtykał im
komunistyczny funkcjonariusz, okazały się w starciu z komuną
dzielniejsze niż dziś znany reżyser, wybitny reportażysta, profesorowie,
nieliczni – ale jednak – księża…
Solidarni i dumni
Analogie
z opisywanym czasem są aż nazbyt wyraźne.
Krzyż pod Pałacem nie
pojawił się sam z siebie. Swój status zyskał nie tylko dlatego, że tak
właśnie na śmierć prezydenta zareagowali harcerze i tylu wspaniałych
ludzi. Obecność krzyża uświęciła historyczny moment w naszych dziejach.
Zbiorowość ludzka czuwająca przez tydzień we dnie i w nocy nadała tym
dwóm zbitym deskom jakiegoś dodatkowego niesamowitego znaczenia. W tym
kontekście krzyż nie jest już tylko krzyżem harcerskim, staje się sprawą
wspólnoty. Nikt nie ma prawa mienić się jego dysponentem.
Zgromadzenie
pod Pałacem Prezydenckim po katastrofie było kolejnym narodowym
poruszeniem. Przywoływanie pierwszej wizyty Jana Pawła II z 1979 roku,
odniesienia naszych rozmówców do „Solidarności”, do Sierpnia ’80
sprawiły, że w sposób naturalny należało nasz dokument zatytułować
„Solidarni 2010”. „My przez te załzawione oczy widzimy, ilu nas jest”.
„Myśmy się policzyli”. Przecież te same uczucia towarzyszyły Polakom w
dniach papieskiej pierwszej pielgrzymki i potem pod bramą stoczni.
Widziałem
na Krakowskim Przedmieściu Polskę dumną. Wzgardzona, wyszydzona,
wyśmiana, a teraz przywracająca godność nie tylko prezydentowi, ale
sobie i nam wszystkim. Oddająca hołd nie tylko tym, którzy zginęli.
Potokiem świateł, setkami tysięcy zniczy, dziesiątkami tysięcy
narodowych flag, niezliczoną liczbą wystanych godzin żałobnicy zdawali
się mówić: „Jesteśmy patriotami”, „Nie chcemy żyć w kłamstwie”,
„Pragniemy szacunku dla instytucji państwa”, „Troszczymy się o kraj”. To
brzmiało jak wołanie z dawnych lat: „Tu jest Polska”.
Ten fenomen
narodowego przebudzenia lapidarnie ilustruje zwrot, który zarejestrowała
kamera Ewy Stankiewicz: „Oni zamknęli oczy, żebyśmy my mogli je
otworzyć”.
Ale analogie są również z drugiej strony.
Medialny
lincz, którego dokonano na autorce Ewie Stankiewicz i na piszącym te
słowa, a także próba zdyskredytowania osób wypowiadających się do naszej
kamery, przypominają jad i nienawiść, z jaką prasa komunistyczna
odnosiła się do „Solidarności”. Nazajutrz po emisji filmu pytanie Moniki
Olejnik do Włodzimierza Cimoszewicza: „Czy widział pan ten seans
nienawiści?”, było dokładnym powtórzeniem zwrotu, jakim Jerzy Urban
określał Msze św. za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki.
Insynuacje,
że krzyż pod Pałacem Prezydenckim zostaje użyty jako symbol partyjnej
wojny, jakże są podobne do określenia politruków z Miętnego, że krzyż to
emblemat ideologiczny.
Chodnik jak całun
Przypominam
sobie też, jak w stanie wojennym wściekle walczono z krzyżem z kwiatów i
zniczy na placu Zwycięstwa. Milicyjne armatki wodne rozpędzały
zgromadzonych, a w nocy ZOMO uprzątało pozostałości. Rankiem tych,
którzy przybywali na czuwanie, witał na płytach placu ślad, jak na
całunie turyńskim. Wtopiony wosk i sok z kwiatów zostawił zarys krzyża,
więc wiadomo było, gdzie należy ułożyć ten nowy, choć zapewne znów tylko
na dziś. Komuniści tego nie mogli znieść. Pod pretekstem zmiany
nawierzchni ogrodzili plac na długie miesiące, rzeczywiście usuwając
poplamione płyty. Od tego czasu ludzie zaczęli układać krzyż pod
kościołem Wizytek.
Spójrzmy, co dziś zrobiły władze. W pierwszej
kolejności zadbały o to, aby zlikwidować ślady wosku z płyt na chodniku
przed Pałacem. Słyszymy też, że krzyż należy przenieść do któregoś z
kościołów na Krakowskim Przedmieściu.
Z krzyżem komuniści nie
wygrali – więcej, z krzyżem nikt nie wygrał, więc dobra rada dla władz:
przestańcie włazić w buty komunistów. Jesteście w tym naprawdę
rozbrajająco śmieszni. A ponieważ się boicie, a człowiek przerażony jest
skłonny do szaleństw, prawdopodobieństwo popełnienia niezręczności
gwałtownie wzrasta. Mało tego, jest jeszcze jeden kłopot. Jesteście
nieudacznikami. Wszystko prócz propagandy wam się sypie. Skorzystajcie
więc z dobrej rady. Ogłoście, że powstanie w tym miejscu monument ze
znakiem krzyża, upamiętniający wszystkie ofiary z przywołaniem ich
funkcji. Od prezydenta do stewardesy. Od generała do drugiego pilota. Od
Anny Walentynowicz do funkcjonariusza BOR. Powiecie, że to niewłaściwe
miejsce? Mamy tylu wspaniałych architektów, artystów, rzeźbiarzy.
Ogłoście konkurs, w którego komisji znajdą się przedstawiciele rodzin
ofiar. Formę można zaplanować tak, by współgrała z architekturą miejsca.
Nie takie wyzwania dziś podejmuje się na świecie.
Czy was na to
stać? Nie wiem. Bardzo chciałbym wierzyć, że do niechęci, jaką żywi do
was prawie połowa społeczeństwa, nie dodacie na własne życzenie szczerej
pogardy, na jaką zasłużycie, usuwając krzyż i nie zastępując go czymś
równie godnym.
Uczcie się z historii. W Miętnem dzieci krzyż
obroniły. Jest w szkole do dziś. Jest też na placu Piłsudskiego. Stoi
dzięki determinacji grupy osób w miejscu, gdzie Jan Paweł II przywoływał
Ducha Świętego, by odnowił oblicze tej ziemi.
„(…) Z głębi tego
tysiąclecia, wraz z wami wszystkimi – wołam (…)”.
Tak mówił –
sprawdźcie i zastanówcie się.
Jan Pospieszalski
Autor jest publicystą, prowadzi w
TVP program „Warto rozmawiać”. Współautor filmu dokumentalnego
„Solidarni 2010”.
