Kogo przyszły prezydent obciąży

Po blisko trzech latach rządów Donalda Tuska czeka nas dotkliwe
zaciskanie pasa. O tym, jak rozłożą się koszty redukcji deficytu i
spłaty gigantycznych długów na poszczególne grupy społeczne, zdecyduje
wybierany prezydent – podpisując lub wetując ustawy. Zwycięzcy pierwszej
tury wyborów prezydenckich powinni podczas zapowiedzianej debaty
szczegółowo poinformować wyborców o swoich zamiarach.

Rząd
koalicji PO – PSL przez niemal trzy lata władzy zadłużył Polskę na 200
mld zł, a do końca roku zadłuży o dalsze 100 mld; zobowiązał się też
wobec Komisji Europejskiej, że od 2011 r. zacznie radykalnie obniżać
deficyt finansów publicznych, który ostatnio sięgał 7 proc. PKB.
Zmniejszenie
deficytu to przy naszym słabym wzroście gospodarczym nic innego jak
wzrost obciążeń podatkowych i zmniejszenie wydatków na sferę finansowaną
z budżetu państwa oraz budżetów samorządów i funduszy publicznych. Już w
przyszłorocznym budżecie deficyt, zgodnie z planem przekazanym Komisji
Europejskiej, ma zostać zredukowany z 7,2 do 6 proc. PKB, a to oznacza,
że oszczędności i cięcia sięgną 20 mld złotych. Ale to nic w porównaniu z
2012 r., kiedy to rząd zamierza zredukować wydatki publiczne o,
bagatela, 50 mld złotych (o kolejne 3 proc. PKB). Ekonomiści kręcą
głową, słysząc te plany, i zgłaszają poważne wątpliwości, czy
społeczeństwo to wytrzyma. Analogiczne cięcia w Grecji spowodowały, że
obywatele wyszli na ulice. Podobnie przyjęli plany oszczędnościowe
Hiszpanie, Francuzi, a ostatnio – Włosi. Bo co konkretnie kryje się pod
pojęciem „wzrostu podatków i redukcji wydatków”? Ekonomiści wskazują, że
możliwe pociągnięcia oszczędnościowe to wzrost stawek VAT na wszystkie
artykuły do maksymalnego poziomu 22 proc., wzrost akcyzy na paliwo,
alkohol, papierosy, energię, brak waloryzacji progów podatkowych,
podwyższenie składki rentowej (którą obniżył o 7 punktów procentowych
rząd Jarosława Kaczyńskiego), wzrost składki zdrowotnej, podwyższenie
różnorakich opłat. Wydatki publiczne koalicja zamierza ciąć przy pomocy
swego rodzaju „siekiery”, jaką jest „kotwica wydatkowa”. Jednak wiadomo
już, że to nie wystarczy, ponieważ mechanizm „kotwicy” pozwoli na
oszczędności rzędu 0,5 proc. PKB, a muszą być one znacznie głębsze. Aby
je przeprowadzić, rząd musi dokonać zmian w ustawach, które kształtują
finansowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego.

Sejm
to za mało

I tak dochodzimy do sprawy najważniejszej: każda
ustawa wymaga podpisu prezydenta. Jego podpis lub weto albo też
skierowanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego będzie kształtować
naszą rzeczywistość gospodarczą i życie każdego obywatela.
Prezydent
może zgodzić się na redukcję wydatków na pomoc społeczną lub nie. Może
podpisać ustawę zwiększającą VAT na leki i żywność lub ją zawetować.
Może zgodzić się na podwyższenie wieku emerytalnego, redukcję zasiłków
chorobowych, brak realnej waloryzacji płac, rent i emerytur lub to
zakwestionować. Może poprzeć lub nie prywatyzację szpitali, instytutów
naukowych, szkolnictwa. To przyszły prezydent będzie w znacznej mierze
decydował o tym, jak rozłożą się koszty redukcji deficytu na
poszczególne grupy społeczne: na pracowników i pracodawców,
najzamożniejszych obywateli i najniżej uposażonych, na rodziny i osoby
samotne itd.

Kto za to zapłaci

Przed drugą turą
wyborów prezydenckich obaj kandydaci wystąpią dwukrotnie w debacie przed
kamerami. Warto ich zapytać, kto – według nich – i w jakim stopniu
powinien to państwo utrzymywać. Czy rozkład ciężarów podatkowych
pomiędzy słabo opłacanym pracownikiem a najwyżej uposażoną kadrą
menadżerską jest poprawny? Czy rodziny, które wychowują przyszłych
obywateli – podatników, nie zasługują na silniejsze wsparcie? Czy
pracodawcy, którzy wykorzystują pracę najemną, nie powinni także łożyć
na kulejącą służbę zdrowia? Czy urzędnicy, za których decyzje Skarb
Państwa płaci miliardowe odszkodowania przed trybunałami arbitrażowymi,
nie powinni za to odpowiadać, a przynajmniej zostać usunięci poza sferę
publiczną? Takich pytań w naszym źle rządzonym państwie można by stawiać
bez liku.
Warto też, aby wyborcy poznali poglądy kandydatów na temat
modelu państwa. Dotychczasowy model rozwoju, który odrzuca wspólne
solidarne współdziałanie obywateli na rzecz dobra wspólnego,
sprowadzając się do postępującej prywatyzacji wszystkich dziedzin życia i
stopniowego ograniczania środków w dyspozycji sektora publicznego, z
chwilą wybuchu wielkiego kryzysu światowego stanął pod znakiem
zapytania.

Prywatne nie zawsze efektywne

Dziś
rządy państw Europy Zachodniej zmuszone są nacjonalizować niewydajne
prywatne molochy bankowe, wspomagać pieniędzmi podatników prywatny
przemysł samochodowy, wprowadzać programy wsparcia dla prywatnych
pracodawców, aby utrzymać zatrudnienie… Kryzys obalił stereotyp, iż
to, co prywatne, działa zawsze efektywniej od publicznego. Przeciwnie –
to właśnie prywatny sektor finansowy przez swoje nadużycia doprowadził
do globalnego załamania gospodarczego. Dlatego coraz więcej ekonomistów
przyznaje, że szereg dziedzin, tradycyjnie utrzymywanych przez całą
wspólnotę narodową – takich jak publiczna służba zdrowia, oświata,
nauka, armia, publiczne drogi, lasy, strategiczne dziedziny
infrastruktury gospodarczej – może i powinno takimi pozostać.

Małgorzata
Goss

drukuj