Najbardziej zachwycają mnie oczy dziecka
Z Marią Okońską, założycielką Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, odznaczoną
Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Urodziła się Pani w roku Cudu nad Wisłą. Jeszcze przed narodzinami córki
Ludwik Okoński zgłosił się jako ochotnik na wojnę polsko-bolszewicką i oddał
życie w obronie Ojczyzny. Jak ten fakt zaważył na Pani życiu?
– Bohaterska postawa mojego ojca i jego ofiara miały w moim życiu decydujące
znaczenie. Fakt ten rozbudził we mnie ogromną miłość do Ojczyzny i tęsknotę za
tatusiem. Ciągle wierzyłam, że jeszcze wróci, że żyje. Myślałam, że może jest w
niewoli. Z frontu bowiem przyszła wiadomość, że zaginął, ale nie zginął. Jego
ciała nie znaleziono, zatem ciągle czekałam na jego powrót. Na każdy dzwonek do
drzwi drżało mi serce. A może to tatuś wraca? To było najsilniejsze przeżycie
mojego dzieciństwa i wczesnej młodości.
Wychowywali Panią mama i wujostwo. Jakie wartości starali się Pani przekazać?
– Przede wszystkim głęboką wiarę, rodzinność, wrażliwość na ludzką biedę i
uczciwość. Wujek był prezesem Sodalicji Panów, do której należała sama śmietanka
inteligencji warszawskiej. Ciocia i wujek byli ludźmi codziennej Komunii Świętej
i bezgranicznie kochali Matkę Bożą. Moja kochana Mama i wujostwo stworzyli mi
prawdziwy dom rodzinny, w którym liczyła się miłość, dobroć, wzajemny szacunek i
prawość, a także wrażliwość na innych. Nasz dom był otwarty dla biednych, którzy
wypełniali nasze podwórko przy ul. Grochowskiej 342. A była to często biedota
nie tylko materialna, lecz także moralna. Ciocia wszystkich przygarniała do
serca, karmiła, podnosiła na duchu.
W swoich wspomnieniach z lat 1920-1948 pisze Pani znamienne słowa:
"Najsilniejszym nurtem mojej duszy i całego mego życia od dzieciństwa było
pragnienie należenia do Boga i zrobienia w życiu czegoś wielkiego dla Niego i
dla Ojczyzny". To pragnienie pojawiło się pod wpływem jakiegoś bodźca?
– Od samego początku mojego świadomego życia miałam to pragnienie. Przyszło ono
samo. Pomogła mi w tym książka Poli Gojawiczyńskiej "Dziewczęta z Nowolipek".
Pamiętam, jak czytając ją, płakałam nad losem bezkarnie poniewieranych
dziewcząt. Moja dusza wprost krzyczała: Trzeba ratować polskie dziewczęta dla
Boga i dla Polski. Pragnienie to spotęgowało się we mnie – decydując o całym
moim życiu – gdy w 1939 roku, po maturze pojechałam do Bukowiny Tatrzańskiej na
obóz maturzystek i studentek prowadzony przez zmartwychwstankę, siostrę Emanuelę
Romanównę.
To wtedy ks. Wiktor Rostkowski powiedział, że jest przekonany, iż Bóg ma
jakieś wielkie, szczególne wobec Pani zamiary?
– Nigdy nie wybierałam się do zakonu. Po prostu chciałam służyć polskim
dziewczętom, działając w świecie. Tak rozumiałam moje powołanie i zadanie
życiowe.
Od wybuchu II wojny światowej prowadziła Pani pracę konspiracyjną, krzewiąc
ideał duchowości wśród rówieśniczek. "Przyszło zrozumienie, że walczyć o wolność
Polski i budować nową Polskę to znaczy wychowywać siebie i innych" – czy już
wtedy narodziła się idea "Miasta Dziewcząt"?
– Tak, to było w czasie okupacji, w 1942 roku. Idea ta przyszła do mnie nagle,
jak grom z jasnego nieba. Odrodzić Polskę to odrodzić polską kobietę, bo to ona
stanowi o tym, jaka będzie rodzina, jak będą wychowane dzieci, jaki będzie
poziom moralny Narodu. Odrodzona kobieta uratuje Ojczyznę dla Chrystusa i dla
wypełnienia naszej dziejowej misji. Byłam o tym głęboko przekona.
Czym miało być "Miasto Dziewcząt"?
– Ośrodkiem wychowawczym dla polskiej młodzieży żeńskiej z różnych środowisk:
wiejskiego, robotniczego, inteligenckiego, a nawet arystokratycznego, bo jeszcze
wtedy taka grupa społeczna istniała. Młode kobiety przybywające do "Miasta
Dziewcząt" miały być tam wychowywane w duchu Chrystusowym, aby później wrócić do
swoich miast czy wsi i być "apostołkami swojego środowiska".
A jak powstała "Ósemka"?
– Aby zrealizować wielką ideę "Miasta Dziewcząt", potrzeba było ludzi gotowych
oddać się tej sprawie bezgranicznie, nie wyłączając także własnego życia.
Zwróciłam się do wybranych dziewcząt z moich konspiracyjnych grup katolickich,
które prowadziłam w czasie okupacji, z pytaniem: "Czy oddałabyś życie pewnej
Bożej idei, wyrzekając się małżeństwa i własnej rodziny?". Gdy usłyszałam słowo
"tak", mówiłam o "Mieście Dziewcząt". Trudna była decyzja, do kogo mam się
zwrócić z tą Bożą propozycją. Prowadziłam wtedy kilkadziesiąt grup, w których
było około 500 dziewcząt. Osiem z tych, do których się zwróciłam, odpowiedziało
zdecydowanie "tak". W ten sposób powstała grupa konspiracyjna zwana "Ósemką".
1942 był dla Pani z pewnością rokiem szczególnym, wtedy bowiem poznała Pani
profesora seminarium włocławskiego, księdza Stefana Wyszyńskiego. Jak
zapamiętała Pani pierwsze spotkanie z późniejszym Prymasem Polski?
– To długa historia. Nie było wtedy komunikacji, a dotarcie do Lasek pod
Warszawą było wielką wyprawą. Aby tam dotrzeć, musiałam pokonać wiele trudności.
Kiedy zobaczyłam księdza profesora Wyszyńskiego przy ołtarzu w kaplicy w
Laskach, byłam zawiedziona, że jest taki młody. Nie wiem, dlaczego wyobrażałam
sobie, że będzie o wiele starszy. A jednocześnie, gdy spojrzałam na tego
kapłana, miałam najgłębsze przekonanie, że "ten człowiek wstrząśnie
chrześcijaństwem, a szczególnie Polską". Poznałam księdza profesora Stefana
Wyszyńskiego, szukając znawcy katolickiej nauki społecznej. Było mi to potrzebne
w działalności "Miasta Dziewcząt".
Od razu stał się dla Pani drugim ojcem?
– Moją największą tęsknotą w dzieciństwie – jak już mówiłam – była tęsknota za
ojcem. To pragnienie pozostawało we mnie bardzo silne. Rzeczywiście, od
pierwszego spotkania z księdzem profesorem Wyszyńskim zrozumiałam, że ten
człowiek będzie moim Ojcem. Więcej, został Ojcem "Ósemki".
Podczas Powstania Warszawskiego, w czasie największych bombardowań całe życie
oddała Pani Matce Bożej za ocalenie księdza Stefana Wyszyńskiego…
– Już kiedy szłam do powstania, 31 lipca 1944 roku, wszystko oddałyśmy Bogu za
naszego Ojca, księdza profesora Wyszyńskiego. Ale szczególny akt ofiarowania
życia złożyłyśmy 8 września 1944 r., w święto Narodzenia Najświętszej Maryi
Panny. Gotowe byłyśmy zginąć, byleby nasz Ojciec przeżył, bo miał wielkie
posłannictwo w Kościele i w Polsce. I właśnie tego dnia w nasz siedmiopiętrowy
dom w centrum Warszawy, w którym tej nocy znajdowałyśmy się, uderzył pocisk,
tzw. gruba berta, niszcząc kamienicę. Ocalała tylko dwupiętrowa dobudówka, a w
niej Maria Wantowska, Janka Michalska i ja. Był to absolutny cud i znak dla nas,
że Ojciec ma żyć, a my możemy zginąć. Bóg jednak zażądał od nas życia, a nie
naszej śmierci, i przeżyłyśmy powstanie.
Po wojnie, w komunistycznej Polsce, trudno było propagować wśród młodzieży
idee chrześcijańskie. Nie zraziły Pani prześladowania UB, aresztowanie?
– Nie, nigdy nie myślałam o tym i nie było we mnie lęku, podobnie jak podczas
okupacji niemieckiej. Byłam zbyt pochłonięta pracą apostolską, aby rozważać, co
może mi grozić. W 1949 r. aresztowano mnie w Lublinie – w Wielkim Tygodniu, w
czasie gdy na KUL odbywało się ogólnopolskie spotkanie około 100 dziewcząt z
całej Polski z zakładanych przeze mnie "ognisk". Otrzymałam wezwanie na pocztę
do telefonu na godz. 20.00. Czułam, że będę aresztowana. Ładnie się ubrałam i
poszłam. Zostałam zatrzymana. W czasie całego okresu uwięzienia starałam się
mówić o Chrystusie moim towarzyszkom uwięzienia, panom przesłuchującym mnie,
strażnikom, wszystkim… Był to bardzo szczęśliwy czas w moim życiu.
W jaki sposób udawało się Pani pociągnąć za sobą tak wiele dziewcząt? Czy bez
opieki duchowej Prymasa Tysiąclecia byłoby to możliwe?
– Jeszcze nie znałam księdza Stefana Wyszyńskiego, gdy w konspiracyjnych
grupach, które prowadziłam, było kilkaset dziewcząt. Mówiłam im, czym jest
miłość, ludzkie szczęście, sens życia. Mówiłam o Bogu, Matce Najświętszej i roli
kobiety w przyszłej, wolnej Polsce. Te dziewczęta przyprowadzały swoje
koleżanki. Także ja starałam się docierać do różnych środowisk. Była na przykład
podczas okupacji akcja organizowania kolonii letnich dla dzieci. Kierował nią
pan Tazbir, ojciec mojej koleżanki z liceum. Wychowawczyniami były tzw.
higienistki. Docierałam do tych grup, aby na prośbę pana Tazbira wizytować je.
Szczególną uwagę poświęcałam wychowawczyniom. Zapraszałam je na spotkania. Tak
naprawdę to chyba sam Pan Bóg je przyciągał. Miałam wtedy, też dzięki Jego
łasce, ogromny żar apostolski i pasję głoszenia Chrystusa!
Na pewno wielkim ciosem było dla Pani uwięzienie Księdza Prymasa przez
komunistów w 1953 roku. Wraz z Marią Wantowską i Janiną Michalską odwiedzały go
Panie w Komańczy. Jak znosił ten trudny dla niego – i polskiego duchowieństwa –
czas?
– Ojciec był bohaterski. Pomimo zewnętrznej niewoli był wewnętrznie wolny.
Największą męką była dla niego tęsknota za diecezjami i pracą kapłańską,
apostolską. Pewnego dnia podczas spaceru przechodziliśmy obok pola, na którym
rolnik orał ziemię. Ojciec popatrzył z ogromnym smutkiem i powiedział: "Widzisz,
on orze ziemię, a potem wrzuci ziarno, a ja mam duszę pełną Bożego Słowa i nie
mogę go rzucić w glebę ludzkich serc. To jest ból, który rozrywa mi duszę. Zdaje
mi się, że umieram". Pobiegłam wtedy do kaplicy i błagałam Matkę Bożą: "Otwórz
usta Ojca, a zamknij moje. Jeśli trzeba, ja zamilknę, byleby Ojciec mógł
przemawiać i rodzić słowo". To była największa ofiara mojego życia. Mówienie do
ludzi o Bogu było moją pasją. Matka Boża ofiarę przyjęła. Ojciec wyszedł na
wolność i przemawiał po 500 razy, a nawet więcej w ciągu roku. Jest 67 tomów
maszynopisu samych kazań autoryzowanych, a ja "milczę" do dzisiaj.
Powierzono Pani szczególną misję przekazania Prymasowi prośby o napisanie
nowych Ślubów Jasnogórskich na 300. rocznicę tych złożonych przez króla Jana
Kazimierza. Po ich opracowaniu w łączności z Jasną Górą składał je 26 sierpnia
1956 roku jedynie w Pani obecności. Co wówczas Pani czuła?
– Byłam szczęśliwa i pewna, że Ojciec mocą tych ślubów wyjdzie na wolność, a
Matka Boża uratuje wiarę Polaków. Ojciec został uwolniony 28 października 1956
roku.
Jak wyglądała współpraca między Księdzem Prymasem po jego uwolnieniu a
"Ósemką" funkcjonującą już jako Instytut Świecki Pomocnic Maryi Jasnogórskiej,
Matki Kościoła, przekształcony później w Instytut Prymasa Wyszyńskiego?
– Ojciec prowadził Instytut duchowo, głosił rekolekcje, konferencje i homilie
podczas comiesięcznych dni skupienia, a my modliłyśmy się dniami i nocami, aby
już nigdy nie został aresztowany, aby miał siłę pokonać wszystkie trudności i
wytrzymać ciosy ciągłych prześladowań. Na Jasnej Górze działał Instytut
Prymasowski Ślubów Narodu, który przygotowywał i kolportował materiały
duszpasterskie do prowadzenia Wielkiej Nowenny i Roku Milenijnego 1966.
Zajmowałyśmy się nagrywaniem kazań, spisywaniem ich z taśmy, opracowaniem
redakcyjnym, przepisywaniem na maszynach przez kalkę, aby rozdawać je kapłanom i
wiernym. Instytut uczestniczył w pracach Komisji Maryjnej Episkopatu Polski.
Jest Pani autorką wielu tysięcy zdjęć Prymasa Tysiąclecia. Czy fotografowanie
jest Pani pasją?
– To przedziwna historia. Fotografia nie była moją pasją. Nie miałam pojęcia,
jak się robi zdjęcia. Pierwszy aparat dostałam od brata Cypriana,
franciszkanina, gdy jechałam do Ojca do Komańczy. W ciągu 10 minut, na peronie,
przed odjazdem pociągu brat pokazał mi, jak się fotografuje. Pierwsze zdjęcie
zrobiłam Ojcu w Komańczy, później wykonałam ich około 10 tysięcy. Prawie
wyłącznie były to fotografie Księdza Prymasa w różnych sytuacjach: przy stole,
na spacerze, z dziećmi, z gośćmi, którzy przychodzili do niego. Można by
powiedzieć, że byłam jego "prywatnym fotografem".
Instytut Prymasa Wyszyńskiego od lat upowszechnia jego dzieło, wydając liczne
książki, teksty. Co jest szczególnie ważne w spuściźnie po Prymasie Tysiąclecia?
– Niełatwo jest ogarnąć bogactwo dziedzictwa, które zostawił Ksiądz Prymas
Wyszyński. Według mnie, najważniejsze jest jego wielkie zawierzenie Bogu. Nawet
w czasie więzienia, wobec największych przeciwności się nie ugiął. Zaufał Bogu
bez granic. A czynił to z pomocą Maryi. Wszystko postawił na Maryję i ten
program nam zostawił. Bronił godności człowieka, upominał się o prawa dla
pracujących. Bronił życia człowieka od poczęcia. Przestrzegał Naród przed
niebezpieczeństwem, jakie niesie zmniejszający się przyrost naturalny. Naród bez
dzieci umiera. Przez całe życie Ksiądz Prymas był dla mnie wzorem umiłowania
Ojczyzny, którą kochał bardziej niż siebie.
Często podkreśla Pani, że wciąż zachwyca Panią życie. Co najbardziej?
– Wszystko! Miłość Boga rozsiana w całym wszechświecie, w każdym Bożym
stworzeniu.
Co szczególnie Pani ceni, lubi?
– Najbardziej zachwycają mnie oczy dziecka.
A jak widzi Pani współczesną Polskę? Co jest powodem do radości, a co smuci?
– Cieszy mnie, że jest tylu wspaniałych ludzi w Polsce. Tyle pięknej młodzieży.
Tyle heroicznych matek i ojców. Raduje mnie to, że Jasna Góra jest nieustannie
oblężona przez pielgrzymów. To jest nasza ostoja. Od dawna mam takie
przekonanie, że nie byłoby już Polski, gdyby nie Jasna Góra. Smuci mnie zaś, że
tak wielu odchodzi od Boga, traci wiarę.
W 2005 roku była Pani członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha
Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Co ceniła Pani w śp. prezydencie?
– Miłość do Ojczyzny i szlachetność. Byłam przekonana, że jest wspaniałym
człowiekiem i wielkim Polakiem. Urzekał mnie jego stosunek do historii, do
Powstania Warszawskiego.
Jaka zatem będzie Polska po smoleńskiej tragedii prezydenckiego samolotu z
tak wieloma wybitnymi Polakami na pokładzie?
– To bardzo ważne pytanie. Polska przez pewien czas była jakby uśpiona. Przez tę
dramatyczną katastrofę Naród się obudził. Oczy Europy i świata znowu zwróciły
się na Polskę, która cierpi, ale w tym bólu modli się, woła do Boga. To
świadectwo jest posłannictwem Polski. Naszym zadaniem jest budzić sumienie
Europy i świata, oczy ludzkości zwracać na prawdę, że jest Bóg.
Dziękuję za rozmowę.
