Rząd chce, by „wszystko spłynęło do Bałtyku”

Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem społecznym,
wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie,
rozmawia Jacek Dytkowski

Jak Pan ocenia rosyjski tryb
narracji w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy pod Katyniem?


Nawet trudno to oceniać, bo niewiele dowiedzieliśmy się z tej
konferencji Międzypaństwowej Komisji Lotniczej (MAK). W zasadzie
pojawiły się tylko trzy nowe informacje. Nie wiadomo zresztą, jak je
umiejscowić w porównaniu do poprzednich. Są one bowiem sprzeczne z
ujawnianymi wcześniej, również z prawie oficjalnych źródeł. Wrażenie
jest jedno, że komisja, która wydawała certyfikat dla zakładów w
Samarze, gdzie remontowany był samolot prezydencki, teraz bada przyczyny
jego katastrofy. Czyli wygląda to tak, jakby ktoś badał sprawę, mimo że
jest w niej stroną. Jest to uderzające i w gruncie rzeczy powróciliśmy
do punktu wyjścia, czyli tej najprostszej – także pod względem
politycznym – hipotezy. Mianowicie, że był to błąd pilota, który być
może działał pod naciskiem. Tego oczywiście nie powiedziano wprost, ale
sugerowano.

Czego chciałby się Pan dowiedzieć, a nie
dowiedział po konferencji MAK?

– Dlaczego samolot leciał tak
nisko, a piloci nie reagowali na sygnały urządzeń pokładowych? Nie
podano nam zapisów rozmów z wieżą kontrolną. Była to typowa konferencja,
jakie w Rosji odbywają się w innych sprawach, które także nie zostały
wyjaśnione. Nie powiedziałbym, żebym to moskiewskie spotkanie odebrał
jako wiarygodne. Nie dowiedzieliśmy się również tego, co się działo po
katastrofie, dlaczego tak późno ogłoszono alarm i jak zabezpieczono
lotnisko. Nie odniesiono się do filmu nakręconego na miejscu wypadku,
który krążył po internecie.

Wykluczono zamach…
– Ale
tylko jako wybuch na pokładzie. W gruncie rzeczy nie ustosunkowano się
do żadnych z pytań, które niepokoją nie tylko Polaków, ale i Rosjan.
Tymczasem stronie polskiej i rosyjskiej powinno zależeć na jak
najszybszym dotarciu do prawdy.

Rząd polski popełnił błąd, nie
starając od razu o przejęcie śledztwa?

– Myślę, że polskie
władze, ogólnie rzecz biorąc, charakteryzują się tak wielką uległością w
każdej sprawie, że obecna sytuacja tylko to potwierdza. Polska jest
państwem całkowicie pozbawionym przywództwa politycznego. Żeby po tak
wielkiej katastrofie, która jest nieporównywalna z niczym innym, nikt
nie poczuł się odpowiedzialny i nie podał się do dymisji? Natomiast –
jak słyszymy – buntują się teraz wojskowi, składają wypowiedzenia
stosunku zawodowej służby wojskowej. Katastrofa smoleńska ujawniła
postępującą bezsilność państwa polskiego, jego rozkład i brak
przywództwa. To samo widzimy dzisiaj na południu Polski, jak niewiele
zrobiono od czasu ostatniej powodzi w 1997 roku. Podobnie jak w
przypadku katastrofy tupolewa mamy do czynienia z pewnym liczeniem, że
„może jeszcze raz się uda”. Potem dochodzi do tragedii, trzeba się
skrzyknąć, następuje emocjonalne poruszenie, pojawiają się akcje
doraźne. Jestem przekonany, że za miesiąc – jak mówił pan marszałek
Bronisław Komorowski – „woda spłynie do Bałtyku”. Czyli da się ludziom
pieniądze, podobnie jak rodzinom ofiar ze Smoleńska, i wszystko wróci
znowu do „normy”. To pokazuje stan państwa oraz jego przywództwa. Widać
teraz, że ten cały PR, dbałość o dobry wizerunek, w sytuacjach realnych
ujawnia całą swoją nicość.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj