Leczył rany naszych zbolałych serc
Z Genowefą Redos z Muzeum Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki na
warszawskim Żoliborzu rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Kiedy po raz pierwszy spotkała się Pani z księdzem Jerzym
Popiełuszką?
– W 1980 roku, kiedy przyszedł do nas do parafii pw.
św. Stanisława Kostki. Wtedy dostęp do niego nie był jeszcze taki trudny, bo
później otoczony był ludźmi pracy, studentami… Kiedy zaczął się rok 1981 i
władze rządowe przygotowywały się do wprowadzenia stanu wojennego, do księdza
Jerzego zaczęła garnąć się młodzież z Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej
oddalonej o jeden przystanek tramwajowy od kościoła św. Stanisława Kostki.
Przychodzili, prosząc o modlitwę, bo dotarły do nich słuchy, że chcą ich
zmilitaryzować tak jak ZOMO. Uczelnia podlegała pod MSW, więc chciano
wykorzystać jej uczniów przeciw społeczeństwu. Studenci zbuntowali się i
rozpoczęli strajk. Ksiądz Jerzy był z nimi, kiedy budynek szkoły został otoczony
przez oddziały ZOMO. Odprawił w nim Mszę Świętą i spowiadał. Choć wcześniej na
tej uczelni nikt słowem nie mówił o wierze, do spowiedzi przystąpiło aż 90
procent studentów. Akurat przechodziłam wtedy niedaleko tej szkoły, gdy
zobaczyłam, że otoczona jest przez kordon ZOMO, a na jej dach spuszczają się z
helikoptera na linach następni funkcjonariusze. Potem usłyszałam odgłos
tłuczonego szkła w oknach i widziałam, jak wchodzą przez nie do budynku, by
zlikwidować strajk…
Była Pani blisko księdza Jerzego?
– Nie bezpośrednio,
blisko byli przy nim ludzie z zakładów pracy. Osobiście jednak traktowałam
księdza Jerzego jak krajana, bo sama urodziłam się w Białymstoku, niedaleko jego
rodzinnych stron – Suchowoli i Okopów, był mi więc szczególnie bliski. Gdy
widziałam, że ma u siebie grupę ludzi, piekłam mu czasami ciasto drożdżowe lub
zanosiłam cukier do herbaty, by miał ich czym poczęstować. Ksiądz Jerzy cieszył
się z takich podarunków, zawsze był jednak wtedy trochę zażenowany. Należałam do
grupki parafian, którzy często po skończonej Mszy Świętej czy nabożeństwie
podchodzili do księdza Jerzego i rozmawiali z nim. Często dzielił się z nami
świadectwami nawróceń ludzi, którymi radował się jak dziecko. Cieszył się, gdy
ktoś prosił go o spowiedź po kilkudziesięciu latach… To były wyjątkowe,
wspaniałe spowiedzi, które również mi bardzo pomogły w rozwoju życia
duchowego.
Wiemy, że nawróceń pod wpływem księdza Jerzego było wiele. Czy któreś
szczególnie utkwiło Pani w pamięci?
– Tak. W tamtym czasie
pracowałam w naszym urzędzie dzielnicowym, który mieścił się naprzeciwko
kościoła. Bardzo często przychodzili do niego panowie z milicji żoliborskiej,
wielu więc z nich potrafiłam rozpoznać na ulicy. Jakie było moje zaskoczenie,
gdy pewnego dnia po skończonej Mszy Świętej wieczornej w kościele św. Stanisława
Kostki, gdy zostałam jeszcze, by adorować w sercu Pana Jezusa, nagle zobaczyłam
jednego z nich w nietypowej sytuacji. Choć światła w świątyni były już zgaszone,
na ołtarzu nadal paliły się świece. W półmroku dostrzegłam wychodzącego z
zakrystii księdza Jerzego, a za nim znanego mi z widzenia milicjanta z jakąś
kobietą. Jak się później dowiedziałam, od lat żyli w związku niesakramentalnym.
Tamtego wieczora ksiądz Jerzy udzielił im sakramentu małżeństwa. Później ten
nawrócony milicjant jeździł razem z ludźmi świata pracy na pielgrzymki na Jasną
Górę we wrześniu i dzielił się świadectwem przemiany swojego serca. Mówił, że
przychodził na Msze Święte księdza Jerzego, by nagrywać jego kazania, lecz
słowa, które kapłan wypowiadał, zmieniły całe jego życie.
Co Panią najbardziej poruszało w kazaniach kapelana „Solidarności”
głoszonych przez niego na Mszach Świętych za Ojczyznę?
– W tamtych
czasach, kiedy ludzie byli internowani, a pozostawione rodziny wychowywały małe
dzieci bez pomocy, ksiądz Jerzy uczył prawdy i miłości. Te słowa były dla
wszystkich jak balsam na zbolałe serca. Ksiądz Jerzy był wierny swojemu
ślubowaniu złożonemu podczas święceń kapłańskich. W sercu do dziś noszę słowa,
które napisał na swoim obrazku prymicyjnym: „Posyła mnie Bóg, abym głosił
Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”. I on to dosłownie czynił. Był pełen
miłości do ludzi, nigdy nie podnosił głosu. Do księdza Jerzego zbliżała mnie
jego pokora, delikatność i ciepły głos. Wychowana na oazach zawsze zwracam uwagę
na postawę kapłana celebrującego Eucharystię. W postawie księdza Jerzego
widziałam głębię, to był alter Christus stojący przy ołtarzu. Widziałam w nim
Jezusa pochylonego nad człowiekiem i uzdrawiającego go. On leczył serca
strapione, zarażone grzechem, uspokajał ducha człowieka. W swych kazaniach,
cytując słowa Ojca Świętego Jana Pawła II i Prymasa Tysiąclecia księdza
kardynała Stefana Wyszyńskiego, upominał się o prawa katolików. Mówił, że zło w
Polsce wypływa z wyrugowania Boga z życia politycznego i społecznego. Często
podkreślał: „Zło dobrem zwyciężaj. Nie daj się zwyciężyć złu”. Pamiętam do dziś
jedną z Mszy Świętych za Ojczyznę. Była ostatnia niedziela lutego 1982 roku,
padał śnieg, lecz Msza odprawiana była z balkonu kościoła, bo nie mieściliśmy
się w świątyni, tak wielu nas było. Ksiądz Jerzy mówił wtedy o miłości i o tym,
że trzeba żyć w prawdzie. Te słowa słyszę do dziś, są dla mnie szczególnie
ważne.
Jakim człowiekiem był ksiądz Jerzy?
– Otwartym na ludzi,
a jednocześnie bardzo skromnym kapłanem. Przychodzili do niego i otwierali swoje
serca w sakramencie pokuty, bo promieniowała z niego głębia modlitwy. Widoczna
była ona szczególnie przy ołtarzu podczas celebry, gdzie rodziła się jego odwaga
i męstwo. Przecież dochodziły do nas wtedy informacje, że ksiądz Jerzy jest
śledzony przez SB, sami widzieliśmy nieraz czarną limuzynę koło kościoła, on
jednak powtarzał, że jest gotowy na wszystko. Zdawał sobie sprawę, iż jego życie
jest zagrożone, bo dostawał listy z pogróżkami, nękany był głuchymi telefonami w
nocy, kiedyś wrzucono mu przez okno do mieszkania cegłę. Mimo to nie ugiął się i
odważnie szedł za Chrystusem, prosił nas tylko o modlitwę. Mówił: „Módlcie się,
żeby przy mojej śmierci był świadek”. Bardzo go kochaliśmy, więc otaczaliśmy go
naszą gorącą modlitwą. Często po skończonej Mszy Świętej czy nabożeństwie
adoracyjnym, w którym zawsze uczestniczyłam, widziałam księdza Jerzego
przechadzającego się wokół kościoła z różańcem w ręku. Bardzo przeżyłam jego
śmierć.
Czy czuje dziś Pani opiekę księdza Jerzego Popiełuszki?
–
Tak. Cały czas czuję jego obecność, opiekę, dowodem na to jest fakt, że ocalałam
z wypadku samochodowego, do którego doszło 9 września 2004 r., w rocznicę
śmierci ks. prałata Teofila Boguckiego, naszego proboszcza i ojca duchowego
księdza Jerzego. Modliłam się za wstawiennictwem księdza Jerzego do Boga i
przeżyłam. Już 19 października rozpoczęłam oprowadzać wycieczki po muzeum
poświęconym księdzu Jerzemu, które zostało otwarte na Żoliborzu w 20. rocznicę
jego męczeńskiej śmierci. Przybywa tu bardzo dużo młodych ludzi, którzy z
zapartym tchem słuchają opowieści o tym świętym kapłanie. Zawsze powtarzam im,
że przyjeżdżają tu na rekolekcje z księdzem Jerzym, i staram się organizować im
specyficzną lekcję historii. Ksiądz Jerzy z okna Ojca Niebieskiego przekazuje
dziś nam wszystkim następujące przesłanie: Bądźcie wszyscy wiernymi świadkami
Chrystusa, świadkami Jego miłosiernej miłości, tej miłości, która nieustannie
pochyla się nad ludzką słabością i cierpieniem, która leczy rany zbolałych serc,
współweseli się z prawdą, nie pamięta złego, we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma, wszystkich jednoczy i nigdy nie ustaje. Musimy żyć jego
przesłaniem!
Dziękuję Pani za rozmowę.
