Tam wciąż leżą ludzkie szczątki

Z Rafałem Dzięciołowskim, wiceprezesem zarządu Fundacji „Pomoc
Polakom na Wschodzie”, rozmawia Marta Ziarnik

Był Pan przed kilkoma dniami w Smoleńsku na miejscu katastrofy. Jaki
był cel tej wizyty?

– Cele tej wizyty były dwa. Pierwszym i
podstawowym było oddanie hołdu ofiarom katastrofy z 10 kwietnia. W tym też celu
wieźliśmy ze sobą kwiaty i znicze, które chcieliśmy złożyć na miejscu tragedii.
Był z nami także nasz zaprzyjaźniony duchowny o. Bruno, którego prosiliśmy o to,
by na miejscu odprawił Mszę św. za dusze zmarłych. Część osób, która leciała tym
samolotem, to byli moi znajomi i współpracownicy. Nasza fundacja współpracowała
m.in. z Maciejem Płażyńskim – od czasu, kiedy został on prezesem Stowarzyszenia
„Wspólnota Polska”, odbywaliśmy ze sobą regularne spotkania. Osobiście znałem
Janusza Kurtykę. Swego czasu współpracowałem – w ramach pracy w fundacji – z
Januszem Krupskim, a Andrzej Przewoźnik był przez lata członkiem rady fundacji.
Oprócz tego mieliśmy w planie odwiedzenie nekropolii katyńskiej – to jest
przecież naturalny cel podróży każdego Polaka. I chyba teraz tak już będzie, że
i jedno, i drugie miejsce będą ze sobą na zawsze związane i że wycieczki
jeżdżące do Katynia będą też zmierzały na miejsce tragedii polskiego samolotu
pod Smoleńskiem. Dla mnie jest to całkowicie oczywiste, naturalne i
zrozumiałe.

Co Pan zobaczył zaraz po przyjeździe na miejsce katastrofy
Tu-154M?

– Przyjechaliśmy tam od strony szosy, która prowadzi wzdłuż
lotniska. Zresztą wzięliśmy ze sobą jedną z miejscowych Polek – którą
spotkaliśmy w centrum Smoleńska – i ona była naszym przewodnikiem. Razem z nią
podjechaliśmy do tego miejsca, gdzie kładziono pierwsze kwiaty i wieńce, a
później błotnistą ścieżką szliśmy na miejsce, gdzie upadł samolot. Pytaliśmy
wcześniej tę panią, czy będziemy mogli tam wejść, czy nie jest to czasem jakoś
odgrodzone i pilnowane przez straż. Uzyskaliśmy wówczas odpowiedź, że nie ma tam
już dawno żadnej straży i że nikt tego nie pilnuje. Nasza przewodniczka
wyjaśniła nam, iż miejsce to było ochraniane dopóty, dopóki leżały tam części
samolotu, natomiast później straże zniknęły, taśmy zwinięto i właściwie teraz
przez środek tego terenu, na który upadł samolot, jest już wydeptana ścieżka.
Kiedy przybyliśmy na miejsce, było już tam wiele innych osób, w tym także z
Polski.

Czyli każdy może tam wejść i przeszukiwać ten teren?

Wolałbym nie używać słowa „przeszukiwać”, ponieważ to nie jest tak, że tam
ludzie przyjeżdżają po to, by szukać szczątków. Nikt z nas bowiem nie wiedział o
tym, nawet się tego nie spodziewał, że tam jeszcze cokolwiek może być. Byliśmy
przekonani, iż teren został dokładnie sprawdzony przez śledczych i że każda
śrubka została odnaleziona, opisana i że posłuży do dokładnej rekonstrukcji
samolotu. Na programie Discovery widziałem rekonstrukcję amerykańskiego samolotu
boeing 747, który został wysadzony w powietrze nad Lockerby, gdzie Amerykanie w
hangarze ustawili ten samolot z kawałków, które z niego zostały. To była
pieczołowicie zbudowana konstrukcja, która na pierwszy rzut oka przypominała
jakiegoś przedpotopowego gada, ponieważ te poszczególne elementy były rozłączne,
poszarpane. Jednak w całości stanowiły jedną spójną konstrukcję maszyny. Dlatego
też byłem przekonany, że kiedy przyjedziemy na miejsce, to przejdziemy obok tego
terenu, pomodlimy się za ofiary, a być może, korzystając z obecności duchownego,
odprawimy za nich Mszę św., zapalimy znicze, złożymy kwiaty i pojedziemy do
Katynia. Taki był nasz początkowy zamysł. A tymczasem to, co zobaczyliśmy,
absolutnie nami wstrząsnęło. Najpierw koleżanka zobaczyła fragment materiału w
kałuży paliwa lotniczego. Kiedy po niego sięgnęła, okazało się, iż to jest
emblemat 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Dla nas to był szok.
Chwilę później zaczęliśmy się dookoła rozglądać i wówczas okazało się, że tam co
krok natykamy się na jakieś fragmenty samolotu i rzeczy osobiste ofiar.

Co dokładnie Państwo znaleźli?
– Począwszy od takich
dużych rzeczy, jak np. blach aluminiowych, okablowania, elementów drewnianych
stanowiących wyposażenie wnętrza samolotu, zawiasy, druty, kable. Są tego setki
i nawet nie potrafię ich nazwać. To nie jest tak, że trzeba chodzić tam z łopatą
i je wyszukiwać. Po prostu gdy się idzie, co chwilę napotyka się jakieś części.
Co prawda w większości są to drobne fragmenty, ale widzieliśmy też skręcony
kawał aluminium, który przypominał mi fragment kabiny pilotów – bo to były takie
wręgi z otworami. Ja się co prawda nie znam na konstrukcji samolotów, ale
właśnie takie odniosłem wrażenie. Do tego była przyczepiona od wewnątrz, od
strony tej zielonej blachy, taka uszczelka z pianki nasączona paliwem lotniczym.
To wszystko sprawiło na wszystkich absolutnie upiorne wrażenie. Tam byli
przypadkowi ludzie, a wśród nich jacyś harcerze z Łodzi, trzech bądź też
czterech kierowców tirów i osoby przybyłe prywatnymi samochodami. Wszyscy
patrzyliśmy sobie w oczy i wreszcie ktoś zapytał: „Ludzie, jak to jest
możliwe?”. Wtedy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i okazało się, że dwie godziny
wcześniej inna grupa harcerzy znalazła coś, co wyglądem przypominało ludzką
czaszkę.

Czy to był duży kawałek?
– Tak. To był półokrągły
fragment kości.

I co się z nią później stało?
– Osoby te podobno zabrały
tę część czaszki do Polski, żeby próbować przekazać ją służbom medycznym,
prokuratorom, by dokonać identyfikacji.

Jakie były Państwa pierwsze odczucia po tym, co Państwo znaleźli i
zobaczyli?
– Postanowiliśmy zebrać to, co naszym zdaniem może
pokazać Polakom, jak naprawdę wygląda to miejsce katastrofy. Zabraliśmy więc
części, które, według nas, powinny zostać badane w śledztwie. Chciałbym jeszcze
podkreślić jedną rzecz, a mianowicie że nie są to części znalezione gdzieś w
dużym rozproszeniu od miejsca upadku tupolewa, które mogły gdzieś umknąć
śledczym. Nie. One znajdowały się dokładnie w miejscu upadku samolotu, czyli
dokładnie tam, gdzie leżały te duże fragmenty zabrane do rekonstrukcji tupolewa.
Także każdy, kto przyjeżdża na miejsce katastrofy, trafia dokładnie tam, gdzie i
my trafiliśmy. Jak już mówiłem, to nie jest tak, że znaleźliśmy części, które
umknęły uwadze śledczych. My znaleźliśmy rzeczy, które z premedytacją zostały
tam pozostawione.

Co było wśród tych rzeczy?
– Przede wszystkim fragment –
moim zdaniem – przewodu paliwowego, o który niemal się nie potknąłem, idąc
wzdłuż ścieżki. Jest to przewód o długości około pół metra z trzema nakrętkami.
Każda z tych nakrętek jest zaplombowana osobną plombą. Z tego chociażby względu
mniemam, że to nie może być fragment bez znaczenia. Nie kładzie się bowiem plomb
na częściach, które nie mają znaczenia. Podobnych fragmentów na miejscu
katastrofy jest mnóstwo. Oglądałem też w TVP 1 program, w trakcie którego
redaktor Tomasz Sakiewicz z „Gazety Polskiej” pokazał – co jest już moim zdaniem
rzeczą całkowicie niewyobrażalną – panel wysuwania podwozia z kabiny pilotów, z
przyciskami, a nawet kablami. Czyli element, który pozwoli prawdopodobnie
odpowiedzieć na pytanie, czy podwozie się prawidłowo wysunęło itp. Jak to
wszystko, co znaleźliśmy i nadal znajdujemy na miejscu katastrofy, ma się do
zapewnień, że samolot będzie składany z najdrobniejszych kawałków? Ta część jest
teraz w Polsce i z tego, co wiem, ma być przekazana prokuraturze.

Jak wytłumaczyć pozostawienie tych elementów na miejscu
katastrofy?

– Uważam, że było to świadome. Jeśli zaś chodzi o cel,
to wynika on z natury systemu rosyjskiego. Po prostu duże elementy samolotu
faktycznie zabezpieczono, natomiast reszta nie miała już dla nich znaczenia.
Drobnymi elementami, w tym także paskiem od zegarka, zdjęciami, paszportem
jednej z ofiar, który odnaleźliśmy, czy też kolczykiem, nikt się już nie
przejmował. Puszczono tam traktory na gąsienicach, które miały to wszystko wbić
w ziemię. Prawdopodobnie później zasypano by to warstwą świeżej ziemi, posadzono
kwiaty i może postawiono jakiś pomnik i zapomniano by o tym. Tylko że w naszych
procedurach takie działanie po prostu nie mieści się w głowie. Jest to bowiem
złamanie reguł dochodzenia w momencie katastrofy samolotowej.

Podobno Rosjanie zbierają części Tu-154 i sprzedają Polakom
przyjeżdżającym do Smoleńska. Czy to prawda?

– Tak, to są prawdziwe
informacje. Miejscowi podchodzili do nas później i proponowali nam kupno m.in.
części samolotu, które wydobyli z miejsca katastrofy. Były wśród nich również
elementy kadłuba długości około 20-30 cm, za które chcieli od nas 100 euro. Z
tego, co się dowiedzieliśmy, jest to proceder dość nagminny. Przy czym chcę
powiedzieć jedną rzecz, myślę, że nie bez znaczenia dla interpretacji tego, co
się tam dzieje. Mianowicie rozmawiałem z kierowcami tirów i osobami, które
przyjechały tam z Polski. Zapewniam więc, że nikt nie pojechał tam kierowany
tanią ciekawością i chęcią przebierania w szczątkach samolotu i pamiątek.
Przyjeżdżają oni do Katynia, a przy okazji chcieli odwiedzić miejsce katastrofy,
by oddać hołd ofiarom. To zaś, co zobaczyli, wstrząsnęło nimi. I dlatego
zbierali te części, gdyż byli przekonani, że ich pozostawienie spowoduje, iż
nikt już się o nich nie dowie. Że one zostaną tam, że tak powiem,
zmarnotrawione. A przecież nas w Polsce uczula się na to, że każdy element musi
zostać zbadany. Ci ludzie brali te rzeczy nie dlatego, że to są pamiątki, ale
dlatego, żeby upublicznić to, co stało się ich doświadczeniem Smoleńska. To są
ludzie, którzy w sposób spontaniczny zachowali się tak, jak rozumieli, że
powinni się zachować. Jestem pełen podziwu dla ich postawy. Wracając jeszcze do
miejscowych, to muszę powiedzieć, iż po części mogę ich zrozumieć. To są bowiem
bardzo biedni ludzie, którzy chcą w jakiś sposób trochę zarobić.

Polscy politycy i prokuratorzy podkreślają, że zwykli Rosjanie są
wobec nas nastawieni przychylnie. Czy Pan też odniósł takie
wrażenie?
– Jeśli chodzi o zwykłych Rosjan, to muszę się z tym
zgodzić. Widać, że po ludzku czują oni solidarność z nami, ofiarami tej tragedii
i ich rodzinami. Natomiast procedury działania instytucji rosyjskich, mam tu na
myśli prokuraturę i śledczych, pozostawiają – moim zdaniem – bardzo wiele do
życzenia. Coś takiego bowiem, co zobaczyliśmy na miejscu upadku polskiego
tupolewa po ponad trzech tygodniach po katastrofie, nie mieści mi się w głowie i
w żadnych cywilizowanych standardach. Znaleźliśmy tam bowiem także ludzkie
szczątki.

Jest Pan pewien, że to był fragment ciała ofiary?
– Tak
sądzę. Co prawda nie robiliśmy badań DNA, ale nie uważam, że na miejscu
katastrofy samolotu mogliśmy znaleźć coś innego niż właśnie fragment ciała
ludzkiego. Ono było co prawda nie do zidentyfikowania – czyli nie potrafię
powiedzieć, czego to była część – ale bez wątpienia był to kawałek ludzkiego
ciała, kawałek ludzkiej tkanki. Było to nieco większe niż dłoń. Poza tym widać
było, że wydobywała się z niego krew. Towarzyszył też temu przerażający
fetor.

I co z nim Państwo później zrobili?
– Najpierw to
odkrycie wbiło nas w ziemię. Na szczęście był z nami ksiądz. Pomodliliśmy się
więc i pogrzebaliśmy ten fragment w kawałku suchej ziemi.

Oznaczyli Państwo w jakiś sposób to miejsce?
– Nie.
Właśnie z tej obawy, że ktoś będzie chciał je odkopać. Ale mam wrażenie, że
gdybym miał pojechać tam znów ze śledczymi, to odnalazłbym to miejsce. Wydaje mi
się, że zrobiliśmy wszystko, co w tej sytuacji mogliśmy.

A czy Rosjanie rozmawiali z Państwem na temat okoliczności tej
katastrofy? Czy mówili coś więcej niż to, co twierdzą media i rosyjscy
prokuratorzy?

– Nie, nie mieliśmy czasu na rozmowy. Poza tym to, co
zobaczyliśmy, było dla nas tak porażające, że w pewnym momencie chcieliśmy jak
najszybciej stamtąd wyjść. Wszystko, co zobaczyliśmy, było strasznie
przygnębiające. Poza tym unoszący się zapach paliwa i ta gliniasta ziemia, w
którą się zapadaliśmy, były dodatkowo traumatycznym przeżyciem. Czuliśmy się
tak, jakby nas nagle zrzucono w warunki frontowe. Dopiero następnego dnia, kiedy
odwiedziliśmy teren z drugiej strony i sfotografowaliśmy teren trasy dolotu z
tymi wszystkimi ściętymi drzewami, rozmawialiśmy troszkę z miejscowymi
Rosjanami. Opowiadali oni o tym, jak nisko ten samolot leciał i jak próbował się
jeszcze poderwać ponad drzewa, i jak ostatecznie tracąc końcówkę skrzydła,
przechylił się na lewą stronę i upadł do góry podwoziem. Tylko tyle się
dowiedzieliśmy od tych ludzi. Nie rozmawialiśmy bowiem ze świadkami wypadku.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj