Z czego śmieją się Anglicy, czyli problem angielskiej głupoty
Ojciec Święty nie odwoła swojej tegorocznej pielgrzymki do Wielkiej
Brytanii – poinformował ks. Federico Lombardi SI. Rzecznik prasowy Stolicy
Apostolskiej uznał za wystarczające przeprosiny brytyjskiego ministerstwa spraw
zagranicznych w związku z obraźliwymi słowami skierowanymi pod adresem Benedykta
XVI. Sprawa dotyczyła opublikowania przez londyńskie Foreign Office szyderczej
noty dotyczącej wrześniowej pielgrzymki Ojca Świętego do Wielkiej Brytanii. W
dokumencie rozpowszechnionym przez jednego z urzędników i opublikowanym przez
„The Sunday Telegraph” napisano m.in., że podczas wizyty Benedykt XVI „otworzy
klinikę aborcyjną” oraz „udzieli ślubu parze homoseksualistów”.
W minioną sobotę Francis Campbell, ambasador Wielkiej Brytanii przy Stolicy
Apostolskiej, dostarczył do Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej oficjalne
przeprosiny ministerstwa spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii. W dokumencie
uznano incydent z notą za „głupi”, zaś stwierdzenia w niej zawarte za „naiwne i
pozbawione szacunku”. Ministerstwo zapewniło, iż „bardzo żałuje, że doszło do
tego incydentu i jest głęboko zmartwione obrazą, którą spowodował”.
Mimo
uznania sprawy za zamkniętą komentarze jednak nie milkną. Incydent, który ks. bp
Malcolm McMahon OP, ordynariusz Nottingham, uznał wprost za „przerażający”, bez
wątpienia jest wyrazem większego problemu, który w ostatnim czasie w Wielkiej
Brytanii daje o sobie znać. Otóż po decyzji Benedykta XVI zatwierdzającej reguły
ułatwiające członkom wspólnoty anglikańskiej przechodzenie do Kościoła
katolickiego nie sposób nie zauważyć mniejszych czy większych przejawów krytyki
pod adresem Ojca Świętego ze strony niektórych środowisk Kościoła Anglii, który
w Wielkiej Brytanii jest skądinąd Kościołem państwowym. Fakt, że krytyka ta
wyraża się w pogardzie dla osoby Następcy św. Piotra, nie jest niczym nowym,
jeśli przypomnimy sobie, co działo się przed wizytą Jana Pawła II w Wielkiej
Brytanii w 1982 roku.
O tym, że angielski humor opiera się w głównej mierze
na absurdzie połączonym z ośmieszaniem i wyszydzaniem, wiadomo nie od dziś. Po
reakcji przedstawicieli brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych wypada
jednak sądzić, że incydentu z notą nie można uznać za angielski humor, skoro nie
śmieszy on samych Anglików. Jeśli nie jest to również przejaw wojującego
fundamentalizmu anglikańskiego, to być może – jak stwierdził jeden z
dziennikarzy – sprawa dotyczy „zaburzeń umysłowych” nie tylko niektórych
brytyjskich urzędników państwowych, ale i dziennikarzy, choćby tych z „The
Sunday Telegraph”, którzy notę rozpowszechnili.
Sebastian Karczewski
