Poświęcił swoje życie Katyniowi
Z dr. Janem Tarczyńskim, dyrektorem biura Ryszarda Kaczorowskiego,
ostatniego Prezydenta II RP na Uchodźstwie, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Miał Pan zaszczyt towarzyszyć przez wiele lat Prezydentowi Ryszardowi
Kaczorowskiemu i obserwować jego misję, która nie wygasła wraz z przekazaniem
insygniów władzy do Polski. Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z
Prezydentem?
– Pana Prezydenta poznałem w 1992 roku. Zadzwoniłem do
niego jako członek Rady Nadzorczej Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen.
Sikorskiego w Londynie, by poprosić go o objęcie patronatu nad przedsięwzięciem,
które miało promować w Polsce cykl działań na rzecz ochrony zabytków
militarnych. Pan Prezydent przyjął mnie w swoim biurze w Polskim Ośrodku
Społeczno-Kulturalnym w Londynie. Wchodziłem tam na miękkich nogach, bo Pan
Prezydent uosabiał majestat II Rzeczypospolitej. Okazał się człowiekiem zupełnie
różnym od znanych mi wtedy notabli polskich – niezwykle ciepłym, posiadającym
niesłychany takt i o wielkim sercu, człowiekiem, który potrafił zjednać sobie
wszystkich. Wychodziłem z jego biura pod wielkim ważeniem. Tak nawiązała się
między nami nić porozumienia, Pan Prezydent objął patronatem nasze
przedsięwzięcie, a nawet został przewodniczącym rady Fundacji Ochrony Zabytków
Militarnych Polskiego Towarzystwa Historycznego w Wielkiej Brytanii. Od tego
czasu pracowaliśmy razem w Polsce i Wielkiej Brytanii.
Z jakim efektem?
– Udało nam się wykonać sporo różnych
działań na rzecz zabezpieczenia spuścizny kultury materialnej w naszym kraju.
Gdy w 1996 roku Sejm Rzeczypospolitej Polskiej potwierdził prawa Pana Prezydenta
do tytułu byłego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i nadał mu te same
uprawnienia, które miał były, a uprzednio urzędujący w kraju Prezydent
Rzeczypospolitej, pan Ryszard Kaczorowski otrzymał własne biuro, a mnie
powierzył funkcję dyrektora. Miałem honor i zaszczyt służyć mojemu ukochanemu
szefowi we wszystkich jego działaniach w Polsce i na całym świecie.
Czego nauczyła Pana praca z Prezydentem Ryszardem
Kaczorowskim?
– Przede wszystkim dystansu do spraw. Pan Prezydent
miał fenomenalny ogląd świata, potrafił przewidzieć sytuację i jej skutki, co
jest rzadkim darem. Poza tym miał dystans do życia codziennego. Nauczyły go tego
bolesne doświadczenia. Uwięziony w 1940 r. przez NKWD, skazany przez Sowietów na
karę śmierci, którą potem w drodze łaski zamieniono na łagry, spędził 100 dni w
celi śmierci. Przejścia te wytworzyły pewien dystans, który pozwalał Panu
Prezydentowi nie przejmować się trudnościami.
Bóg, Honor, Ojczyzna to wartości, którym pozostał wierny do końca
swoich dni. Jak je pojmował?
– Dosłownie – jako służbę Bogu, Polsce
i bliźnim. To część przyrzeczenia harcerskiego, któremu Pan Prezydent był wierny
do końca życia. To była służba Pana Prezydenta dla kraju i Narodu Polskiego na
wszystkich stanowiskach, jakie zajmował. Po trudnym okresie II wojny światowej,
gdy wskutek komunistycznego zniewolenia naszego kraju osiadł w Londynie, został
naczelnikiem harcerzy, a potem przewodniczącym Związku Harcerstwa Polskiego.
Organizował w wolnym świecie obozy harcerskie, na które przyjeżdżał między
innymi późniejszy Papież Jan Paweł II. Dodajmy, że generał Władysław Anders,
legendarny dowódca 2. Korpusu Polskiego walczącego we Włoszech, na trzy miesiące
przed swoją śmiercią przekazał harcerstwu poza krajem pod komendą druha Ryszarda
Kaczorowskiego spuściznę historyczną opieki nad grobami polskich żołnierzy,
którzy polegli pod Monte Cassino. Pan Prezydent sam walczył pod Monte Cassino i
pierwszy – jako dowódca węzła łączności 3. Brygady Strzelców Karpackich –
przekazał światu informację o zajęciu klasztoru na Monte Cassino przez naszych
żołnierzy.
Które ze stanowisk piastowanych przez Ryszarda Kaczorowskiego wywarło
szczególny wpływ na losy polskiej opozycji?
– Było to stanowisko
ministra do spraw kraju w bardzo trudnym okresie drugiej połowy lat 80.
ubiegłego wieku. Do Pana Prezydenta przyjeżdżali działacze opozycji
demokratycznej – dziś znane nazwiska – którzy zyskiwali jego wsparcie i
zrozumienie. W Londynie zbierano fundusze na ich działania. Ukoronowaniem służby
dla kraju była oczywiście prezydentura, choć przyjęta w smutnym czasie. Pan
Prezydent został bowiem zaprzysiężony w tym samym dniu, w którym zmarł prezydent
Kazimierz Sabbat, a w Polsce na prezydenta został wybrany generał Wojciech
Jaruzelski. Funkcja prezydenta, którą piastował mój szef, w stosownym momencie
pozwoliła podsumować misję dziejową emigracji niepodległościowej. Przekazując
insygnia władzy państwowej niepodległej Polski Lechowi Wałęsie, pierwszemu
prezydentowi wybranemu w wolnych wyborach, Pan Prezydent Ryszard Kaczorowski
dokonał całkowitego zamknięcia działań emigracji i jakby powrotu II
Rzeczypospolitej w granice państwa polskiego – III Rzeczypospolitej.
Dlaczego jednak sam Pan Prezydent nie zdecydował się na powrót na
stałe do Polski? Zaważyły względy rodzinne, czy może współczesna Polska zbyt
daleko odbiegała od jego wyobrażenia o niej?
– Pan Prezydent zawsze
uważał, że starych drzew się nie przesadza, dlatego też nie zdecydował się na
powrót. Po raz pierwszy odwiedził Polskę w 1990 r., gdy przyjechał przekazać
insygnia prezydenckie. Dużo podróżował wtedy po naszym kraju, począwszy od
Wawelu i Jasnej Góry. Pan Prezydent postrzegał Polskę jako państwo, które nie
miało wówczas pełnej demokracji z powodu braku elit politycznych, które zostały
wytrzebione przez naszych okupantów. 45 lat komunistycznego zniewolenia nie
pozwoliło na ukształtowanie się nowych elit. Uważał, że resztki elit, które
zostały w Polsce, dopiero teraz rozpoczną budowę nowej świadomości narodowej.
Dlatego niezwykle chętnie wspierał wszelkie inicjatywy, które służyły dobru
Polski. Poza tym dobrze czuł się w Anglii, uważał, że może tam zrobić wiele
dobrego dla polskiej emigracji. Anglicy bardzo go szanowali, miał wielu
przyjaciół w różnych środowiskach brytyjskiego establishmentu, co podkreślało
rolę emigracji polskiej w oczach gospodarzy kraju naszego osiedlenia.
W jaki sposób Pan Prezydent widział współpracę Polski z
Polonią?
– To bardzo trudny temat. Wielokrotnie interweniował w tych
kwestiach, bo wydawało się, że popełniano pomyłki, niewłaściwie oceniając
działania Polonii. Próbował zwrócić uwagę na niewykorzystanie Polonii w
działaniach w Polsce, bo przecież bardzo niewielu jej członków przyjechało do
kraju, by objąć ważne stanowiska, zwłaszcza w początkowym okresie. Bardzo
niewielu zostało wykorzystanych jako doradcy, konsultanci, nie mówiąc już o
czołowych stanowiskach. A przecież jeżeli ktoś całe swoje dorosłe życie mieszka
poza krajem, gdzie osiągnął wyższy status naukowy czy społeczny, to powinien
służyć radą i pomocą Rzeczypospolitej, zwłaszcza w okresie transformacji
politycznej i gospodarczej. Pan Prezydent był wielkim orędownikiem ścisłego
połączenia Polonii z Polską.
Według Pana, ostatni Prezydent na Uchodźstwie pozostanie dziś jedynie
symbolem II Rzeczypospolitej, czy stanie się wzorem do naśladowania dla nas
wszystkich?
– Oczywiście jest wzorem do naśladowania. Pan Prezydent
postępował w myśl tego, co słyszymy w pieśni harcerskiej: „Wszystko, co nasze,
Polsce oddamy”. Odczuwałem wielką satysfakcję, widząc, że w szkołach
podstawowych i średnich, które odwiedzał, bardzo młodzi ludzie słuchali go z
zapartym tchem. Opowiadał im o przeszłości Polski, wskazując na postaci godne
naśladowania. Sam zresztą do nich należał… Pan Prezydent Ryszard Kaczorowski
cieszył się powszechnym szacunkiem, czego dowodem są 34 honorowe obywatelstwa
miast i 2 ziem, a także kilka honorowych doktoratów różnych wyższych uczelni
polskich, bardzo dużo odznaczeń honorowych i dyplomów. Zaryzykuję twierdzenie,
że wielu naszych rodaków bardzo chciało być blisko niego, bo obcowanie z
Prezydentem stanowiło duże przeżycie intelektualne i emocjonalne.
Świetnie rozumiał się z księdzem prałatem Zdzisławem Peszkowskim,
kapelanem Rodzin Katyńskich i Pomordowanych na Wschodzie, naczelnym kapelanem
ZHP poza granicami kraju…
– Ksiądz prałat Peszkowski był
przyjacielem Pana Prezydenta jeszcze z czasów wojennego harcerstwa, które
rozwijało się w ramach odtwarzanej w Sowietach Armii Polskiej pod dowództwem
gen. Władysława Andersa, a później na całym jej tułaczym i bojowym szlaku.
Ksiądz Peszkowski był podchorążym, potem oficerem tej armii zanim został
księdzem. Tam zawiązała się między nimi wojenna przyjaźń, wsparta później
wspólnymi działaniami na rzecz utrwalania martyrologii polskiej w świecie, a
konkretnie na Wschodzie. Pan Prezydent zawsze chciał pokazać światu tragedię
ludobójstwa, którą przeżyliśmy wskutek działań Sowietów – NKWD. Prawda o Katyniu
i innych miejscach kaźni na nieludzkiej ziemi była priorytetem w życiu
Prezydenta. Występował we wszystkich inicjatywach, we wszystkich
przedsięwzięciach, które tylko mogły przybliżyć światu tragedię Katynia. To, co
się zdarzyło 10 kwietnia 2010 roku, stanowi niejako historyczną klamrę dokonań
mojego szefa: zginął razem z gronem zacnych obywateli Polski, przypominając
światu po raz kolejny o tragedii katyńskiej. To ma wymiar symboliczny, bo
poświęcił swoje życie Katyniowi.
Wylot z prezydentem do Katynia był dla Prezydenta Ryszarda
Kaczorowskiego z pewnością bardzo ważny…
– Starał się co roku
odwiedzać mogiły katyńskie, a prawda o Katyniu była dla niego najważniejsza.
Miałem przyjemność być z Panem Prezydentem Ryszardem Kaczorowskim w zeszłym roku
w Katyniu na pielgrzymce byłych żołnierzy organizowanej przez Urząd do Spraw
Kombatantów i Osób Represjonowanych pod patronatem marszałka Sejmu. Pamiętam, że
przed wejściem na cmentarz zalegała niespotykana cisza, drzewa stały nieruchomo,
tak jakby trzymała je jakaś potężna siła. Gdy jednak weszliśmy na jego teren,
zerwał się nagle wicher, drzewa zaczęły kłaniać się pielgrzymce kombatanckiej.
Kiedy dotarliśmy do ołtarza polowego, znów nastała cisza, lecz w momencie, gdy
odchodziliśmy, na nowo rozpętał się wicher. To było niesamowite przeżycie, tak
jakby duchy pomordowanych, cienie katyńskie witały gości, a potem ich żegnały.
Wszyscy zwrócili na to uwagę. Pan Prezydent, ponieważ był bardzo głęboko
wierzący, upatrywał w tym pewnej symboliki.
Śmierć Pana Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego to dla Pana nie tylko
strata szefa, ale wyjątkowo bliskiej osoby, przy której był Pan przez tak wiele
lat. Jaki pozostanie w Pana pamięci?
– Czuję się tak, jakbym stracił
po raz drugi ojca. Miałem wspaniałego biologicznego ojca, ale ten drugi
uformował mnie już w bardzo dorosłym życiu, bo służba przy Panu Prezydencie była
naprawdę świetną szkołą życia. Bardzo kochałem swojego szefa. Wiem, że on to w
jakiś sposób odwzajemniał. Mam wrażenie, że patrzy teraz na nas z góry i
dobrotliwie się uśmiechając, mówi: „Co wy tu, chłopcy, opowiadacie…”. Ta
katastrofa dotknęła mnie szczególnie, bo straciłem w niej swoich dwóch szefów –
byłem też doradcą ministra Janusza Krupskiego w Urzędzie do Spraw Kombatantów i
Osób Represjonowanych. Straciłem też jakby swojego młodszego brata – szefa
ochrony Pana Prezydenta podporucznika Artura Francuza z Biura Ochrony Rządu.
Przyszedł do nas chyba w 1998 roku jako nieukształtowany jeszcze formacyjnie i
duchowo młody człowiek, lecz pod wpływem Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w
bardzo krótkim czasie zmienił się nie do poznania. Bardzo mi go będzie brakowało
i ogromnie żałuję tej ofiary życia, bo był młodym człowiekiem, pozostawił żonę i
dzieci.
Pan Prezydent Ryszard Kaczorowski z żoną Karoliną stworzyli wspaniałą
rodzinę…
– Mam w pamięci piękne, galowe zdjęcie całej rodziny
prezydenckiej. Ze wszystkich postaci znajdujących się na nim emanowały
nieprawdopodobne ciepło i więź rodzinna. Pan Prezydent bardzo kochał swoją żonę
Karolinę, przez całe życie pozostał pod jej wyjątkowym urokiem. Sam był bardzo
przystojnym mężczyzną. Ich dwie córki poszły w ślady ojca, bardzo się kochają i
wychowały swoje dzieci również w duchu harcerskiej służby Bogu, Polsce i
bliźnim.
Dziękuję Panu za rozmowę.
