Gdyby zdjął mundur, uratowałby życie
Z Marią Rek, córką Piotra Sprysia, starszego przodownika mianowanego
na stopień aspiranta Policji Państwowej, jeńca Ostaszkowa zamordowanego w 1940
r. w Twerze, rozmawia Adam Kruczek
Proszę przybliżyć nam postać swojego ojca.
– Ojciec
pochodził z miejscowości Stare Siołkowice pod Opolem. Urodził się w 1893 r., a
więc w chwili zamordowania był już dojrzałym mężczyzną. Był wielkim polskim
patriotą. Kiedy w 1920 r. Marszałek Józef Piłsudski zmagał się z bolszewikami
atakującymi Polskę od wschodu, ojciec razem ze swoim młodszym bratem Pawłem
przystąpił do Powstania Śląskiego, by walczyć o naszą granicę na zachodzie. W
walce tej Niemcy zabili jego brata Pawła. Po odzyskaniu niepodległości ojciec
już z mamą przenieśli się do Chorzowa, gdzie do 1939 r. pracował w policji.
Wybuch wojny zburzył spokój Pani domu rodzinnego.
– W
domu było pięcioro dzieci. Czterech moich braci i ja – najmłodsza. Chorzów
znajdował się zaledwie 10 km od granicy państwa, dlatego natychmiast po
rozpętaniu przez Niemcy wojny ojciec wsadził mamę wraz ze mną i moim starszym
bratem, niemal siłą, do pociągu zmierzającego do Lwowa, aby wywieźć nas spod
bezpośredniego niemieckiego zagrożenia. Sam wraz z trzema moimi braćmi pozostał,
aby bronić Polski.
Pani pamięta tę chwilę?
– Tak, miałam wtedy 9 lat.
Pamiętam, jak w czasie pożegnania ojca i braci mama martwiła się o nich: „A co
wy tu sami zrobicie?”.
Ale ze wschodu też w niedługim czasie ruszyła ofensywa
sowiecka.
– Właśnie, ewakuując się przed Niemcami pod Równem
przeżyliśmy agresję sowiecką i znaleźliśmy się pod ich okupacją. Chyba w
październiku 1939 r., gdzieś na stacji w Kiwercach, na której znaleźliśmy się
przypadkowo, zmierzając do Kowla, gdzie mama chciała szukać schronienia u
jakichś znajomych, doszło do wprost cudownego spotkania z moim najstarszym
bratem Piotrem. Wypatrzyła go wśród tłumu nasza mama. Od niego właśnie
dowiedzieliśmy się, że ojciec został wzięty do sowieckiej niewoli w Złoczowie i
wywieziony w nieznanym kierunku. Brata, który został zmobilizowany do wojska
jako żołnierz bez munduru, Sowieci puścili wolno, bo po pierwsze – nie posiadał
munduru, a po drugie – choć miał 19 lat, był niewysoki, szczupły i wyglądał
najwyżej na 16-letniego chłopczyka. Bardzo chciał jechać z ojcem, wspinał się
nawet na platformę, na której go wywożono, ale sowiecki żołnierz nie pozwolił mu
na nią wejść, bijąc go kolbą karabinu po rękach. To on jako ostatni z rodziny
widział ojca. W tej sytuacji mama zdecydowała, że trzeba jechać do Lwowa i ojca
odszukać.
Jak to się stało, że Pani ojciec z granicy polsko-niemieckiej trafił
do sowieckiej niewoli?
– Ojciec dostał rozkaz wycofania się z
Katowic z transportem policyjnego archiwum. Zabrał ze sobą moich braci: Piotra,
Józefa i Franciszka. Gdy konwój dotarł do mostu na Sanie, dalej na wschód
przepuszczono tylko mundurowych i zmobilizowanych. Ojciec zostawił więc dwóch
młodszych braci u jakiegoś gospodarza, któremu mieli pomagać w polu. Po
zakończeniu działań zbrojnych mieli przykazane przedostać się do wujka w
Chorzowie. A ojciec z moim bratem Piotrem poszli dalej z transportem tego
archiwum. Potem wpadli w ręce Rosjan i zostali osadzeni w jakimś klasztorze w
Złoczowie. Brat opowiadał, że gdy tam siedzieli uwięzieni, okoliczna ludność
proponowała dostarczenie oficerom i policjantom cywilnych ubrań, w które mogliby
się przebrać, pozbywając się mundurów. Ale ojciec, podobnie jak większość
jeńców, nie przyjął tej propozycji. Nie pozwalał mu na to honor polskiego
policjanta, powstańca śląskiego. A to prawdopodobnie uratowałoby mu życie.
Jak potoczyły się dalsze losy Pani rodziny?
– Kiedy
poszukiwania ojca we Lwowie nie dały rezultatu, mama zdecydowała, że wracamy do
Chorzowa. Jeszcze we Lwowie Sowieci, gdy dowiedzieli się, że mama zna język
niemiecki i angielski, proponowali jej posadę tłumacza. Powiedziała, że musi się
zastanowić i jeszcze tego samego dnia z trzema innymi rodzinami uciekliśmy ze
Lwowa. Za pomocą opłaconych przewodników przeprawiliśmy się na stronę niemiecką.
W Chorzowie okazało się, że nasze mieszkanie zostało już zajęte i bezpieczniej
było nie upominać się o nie. Zamieszkaliśmy więc u wujka, który posiadał
kamienicę i piekarnię. Zresztą sam ojciec wyznaczył ten dom na nasze miejsce
zbiórki, na wypadek gdybyśmy się pogubili na wojnie. I rzeczywiście, wszyscy moi
bracia się tam odnaleźli. Tylko że okazało się, iż uciekając przed Sowietami,
dostaliśmy się z deszczu pod rynnę. Chorzów został włączony do Rzeszy, a my
automatycznie dostaliśmy folkslistę nr 3. Na tej podstawie Niemcy zmobilizowali
do wojska wszystkich moich czterech braci. Później dwóch z nich we Włoszech
przedarło się do Armii gen. Andersa, a dwaj pozostali uciekli Niemcom, we
Francji zasilając szeregi brygady gen. Maczka. Trzech wróciło później do Polski,
a jeden został na Zachodzie.
Rodziny ofiar zbrodni katyńskiej nie mały w PRL łatwego
życia.
– Doświadczyliśmy tego nie raz. Mama nigdy nie odzyskała
naszego mieszkania w Chorzowie. Gdy starała się o nie, usłyszała w magistracie:
„A skąd pani wie, czy ci, co teraz tam mieszkają, nie są lepszymi Polakami od
pani”. Mieszkaliśmy więc kątem w domu naszego wujka. Zajmowaliśmy tam pokój z
kuchnią. Później ten dom częściowo się zawalił na skutek tzw. szkód górniczych.
Mama była u kresu wytrzymałości. Pamiętam, że gdy schody były już zawalone, z
domu nie można było wyjść przez korytarz, więc wychodziło się przez okno na
zewnętrzne rusztowania. Tułaliśmy się po zastępczych lokalach, bo choć
obiecywano nam mieszkanie, to go nie dostawaliśmy. Dopiero gdy brat powrócił z
Anglii, w połowie lat 50., dzięki jego znajomościom udało się mamie otrzymać
pokój z kuchnią. Gdy pomyślę, co przeżyła moja mama przez te wszystkie lata,
serce mi się kraje.
Jakie były losy Pani braci?
– Jeden z braci, Józef,
zataił, że ojciec był przedwojennym policjantem, dzięki czemu skończył technikum
i pracował jako specjalista w hucie, w stalowni. Drugi brat, Franciszek, napisał
w swoim życiorysie prawdę o ojcu i z tego powodu nie pozwolono mu skończyć
szkoły. Pracował fizycznie w kuźni. Ja również nie wspominałam nigdzie, że byłam
córką policjanta i pewnie dzięki temu ukończyłam w Warszawie Akademię Wychowania
Fizycznego. W dokumentach pisałam, że ojciec był urzędnikiem państwowym, który
zaginął w kampanii wrześniowej.
Kiedy Pani rodzina dowiedziała się o zamordowaniu ojca przez
Sowietów?
– Nie mieliśmy pojęcia, co stało się z ojcem ani podczas
okupacji, ani po wojnie. Mama przez lata szukała go przez Czerwony Krzyż, ale
wszelki ślad po nim zaginął. Domyślaliśmy się, że został zamordowany, ale
pewności nie mieliśmy. Tak było aż do czasu przekazania przez Gorbaczowa list
wywozowych, które były równoznaczne z wyrokami śmierci. Dostaliśmy takie
zawiadomienie w latach 90. z Czerwonego Krzyża – moja mama już tego nie dożyła.
Wynikało z niego, że ojciec był więziony w Ostaszkowie, zamordowany w Twerze i
wrzucony do dołu śmierci w Miednoje. Chciałabym się tam wybrać. W Katyniu już
byłam, w Twerze i w Miednoje jeszcze nie. Mam nadzieję, że dane mi będzie
odwiedzić grób ojca.
Próbuje Pani jakoś tłumaczyć sobie tragiczne losy swojej
rodziny?
– Gdy tak patrzę wstecz, to stwierdzam, że te losy
dokładnie wpisują się w martyrologię Polaków XX wieku. Są bardzo tragiczne, ale
do pewnego stopnia typowe. Tylko że przeważnie było tak, że Polacy cierpieli
albo od Niemca, albo od bolszewika. Nasza rodzina doświadczyła i jednego, i
drugiego.
Dziękuję za rozmowę.
