Była wierna zasadom

Z Andrzejem Gwiazdą, jednym z założycieli Wolnych Związków
Zawodowych, członkiem władz pierwszej „Solidarności” i Kolegium Instytutu
Pamięci Narodowej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

To za sprawą Anny Walentynowicz strajk w Stoczni Gdańskiej
zorganizowany przez Wolne Związki Zawodowe zamienił się w ogólnokrajowy
solidarnościowy protest, w efekcie którego narodził się NSZZ „Solidarność”. Czy
o Annie Walentynowicz można powiedzieć, że była matką
„Solidarności”?
– To nie był przypadek, że osoba Ani Walentynowicz
stała się powodem rozpoczęcia strajku. Ania nie była zwykłym, szeregowym
pracownikiem stoczni, o którego upomnieli się koledzy. Była znaczącym działaczem
opozycji demokratycznej i bardzo ważnym członkiem Wolnych Związków Zawodowych
(WZZ). Zanim jeszcze przystąpiła do WZZ, była już powszechnie znana w zakładach
przemysłu okrętowego (związanych ze stocznią), bo pomagała innym, broniła ich i
sprzeciwiała się wszelkim szalbierstwom. Pisała świetne artykuły, w każdej
sytuacji znajdowała odpowiednie słowa, żeby przemówić, niezależnie – czy stawała
wobec głowy państwa, czy wśród kolegów na hali. I to w zasadzie było u niej
zaskakujące. W uzasadnieniu jej internowania napisano, że skupia wokół siebie
ludzi, którzy automatycznie przyjmują jej przywództwo. Nie wiem, czy była to jej
cecha wrodzona czy wypracowana, że miała tak wielki autorytet, lecz cokolwiek
mówiła, ludzie słuchali jej z uwagą.

Co najbardziej poruszało Pana w jej postawie?
– Gdy Ania
przyszła na spotkanie WZZ i zdecydowała, że do nas przystępuje, odniosłem
wrażenie, że wygraliśmy. Widziałem ją wtedy pierwszy raz, ale tak właśnie
czułem. Była świetnym fachowcem. Z powodu pylicy – choroby, której nabawiła się,
będąc przez wiele lat spawaczem, musiała porzucić swój zawód i zostać suwnicową.
Trzeba jednak pamiętać, że była wyjątkowym spawaczem. Ania potrafiła zrobić to,
czego inni nie potrafili pospawać i każdy wiedział, że spoina będzie dobra.
Szybko więc zdobyła szacunek wśród robotników. „Solidarność” przywróciła godność
pracy, ale poczucie tej godności było zakorzenione wśród robotników i ten, kto
potrafił pracę wykonać po mistrzowsku, cieszył się zawsze ogromnym
szacunkiem.

Choć Anna Walentynowicz była internowana, SB zaciekle ją zwalczało aż
do próby morderstwa; była wielokrotnie aresztowana za organizowanie strajków i
manifestacji, ale nigdy się nie załamała. Skąd czerpała hart
ducha?

– Chociaż zamykali nas oddzielnie, to nigdy nie przyszła nam
do głowy myśl, że Ania mogłaby się załamać. Była osobą głęboko wierzącą i ta
wiara ją chroniła. Była wierna niezłomnym zasadom i nigdy od nich nie
odstępowała, niezależnie od proponowanych jej apanaży i od ceny, jaką za to
musiała zapłacić.

Dlatego była we współczesnej Polsce tak często przez wielu
niedoceniana i ośmieszana?
– Uważam, że była rozumiana i doceniona,
i właśnie dlatego spotkała ją próba wykreślenia z historii. To było celowe,
ponieważ dla tego wszystkiego, co się potem w Polsce działo, Ania była
niebezpieczna, podobnie zresztą jak ks. Jerzy Popiełuszko.

Trudno się dziwić, że tych dwoje niezłomnych ludzi połączyła głęboka
przyjaźń…
– Tak. Księdza Popiełuszkę poznałem z grypsów, które
przenikały z jego kazaniami do więzienia i wyobrażałem go sobie jako proroka z
długą brodą. Pamiętam, że byłem niesłychanie zaskoczony po wyjściu z więzienia,
gdy spotkałem się z nim i zobaczyłem, że jest to młody chłopak. Dla Ani ks.
Jerzy był kapłanem i przyjacielem. Zresztą dla nas wszystkich był on
niesłychanie ważny. Jego też nie potrafiły odwieść od zasad ani groźby, ani
pokusy, za co zapłacił najwyższą cenę.

Strata ks. Jerzego była bardzo bolesna dla
„Solidarności”…

– Gdy go porwano, jeszcze nie wiedzieliśmy, co się
tak naprawdę stało. Razem z Anią całe dnie spędzaliśmy wówczas w Warszawie przed
kościołem św. Stanisława na Żoliborzu. W pewnym momencie zawołał mnie jeden z
księży, odprowadził na bok i powiedział, że już wiedzą, iż ks. Popiełuszko nie
żyje. Było to chyba na cztery dni przed oficjalnym ogłoszeniem tej smutnej
wiadomości. Powiedział mi to w tajemnicy, którą przekazałem jedynie Ani, bo
wiedziałem, że jej nie ujawni. Ania do końca życia pozostała wierna nauce tego
niezwykłego kapłana, który też był skazany na zapomnienie. Z inicjatywy Ani
zebrano 90 tys. podpisów pod prośbą o beatyfikację ks. Jerzego Popiełuszki,
którą w Rzymie oddaliśmy Papieżowi do rąk własnych. Ania nie doczekała już
czerwcowych uroczystości, ale doczekała się decyzji Papieża o beatyfikacji ks.
Jerzego.

Można powiedzieć, że pani Anna Walentynowicz została skazana na
zapomnienie dlatego, że reprezentowała ten nurt w „Solidarności”, który nie
szedł na żadne kompromisy ani z komunistami, ani z
postkomunistami?

– Można zawierać kompromisy w sprawach
materialnych, lecz nie w kwestii zasad. Ania była temu wierna.

Docenił to prezydent RP Lech Kaczyński, nadając jej 3 maja 2006 r.
Order Orła Białego. Czym było dla niej to wyróżnienie?

– Wydaje mi
się, że była to nagroda za całą jej postawę, za lata walki, poświęceń, wyrzeczeń
w imię zasad. Ania dostała ten order razem z ks. abp. Ignacym Tokarczukiem,
który nie poddając się presji komunizmu, walczył o wiarę i zewnętrzne jej
symbole, o budowę kościołów. Był bohaterem mojej młodości. Pamiętam, że trzy
razy jechałem autostopem przez całą Polskę, żeby go tylko zobaczyć. Prezydent
Lech Kaczyński tymi dekoracjami wytyczył jakby swoją linię polityczną, może
również linię zasad, podkreślając ważność tych osób.

Czym dla pani Anny Walentynowicz był wyjazd na uroczystości do
Katynia?
– Ania urodziła się w Równem, więc sprawy Kresów były jej
bardzo bliskie. Utrwalała pamięć o nich i o setkach tysięcy czy milionach
Polaków wywiezionych na Sybir. Często brała udział w uroczystościach sybiraków.
Zaangażowała się również w upamiętnienie ofiar zbrodni wołyńskich i ofiar
Katynia, w pamięć, która przez długi czas była probierzem, kiedy za mówienie o
zbrodni katyńskiej Polaków zamykano. Wydaje mi się więc, że miejsce w samolocie
prezydenckim jej się należało. Jak słyszałem, Ania źle się czuła i obawiała się
trudów jazdy pociągiem. Kiedy prezydent to usłyszał, powiedział: „Aniu, biorę
Cię do samolotu”.

Jej śmierć, to dla Pana osobista strata. Pani Anna Walentynowicz była
bowiem Panu szczególnie bliską osobą…

– To prawda.
Współpracowaliśmy 32 lata, darząc się wzajemnym zaufaniem, to bardzo długo.
Więzy z działaczami opozycji były nieraz silniejsze niż z rodziną, bo łączyły
nas wspólne ryzyko, wspólne przekonania i wiara, że działamy w słusznej sprawie.
Nie wszyscy z tej opozycji przetrwali próbę czasu, ale z Anią łączyły nas do
końca silne więzy. Ona nie zdradziła ideałów „Solidarności” i zachowała tę samą
postawę. Jeszcze przed śmiercią udało się jej przywrócić pamięć czynu braci
Ryszarda i Jerzego Kowalczyków, którzy byli skazani na zapomnienie. Ania złamała
opór zarządu miasta i doprowadziła do tego, że podjął on decyzję o wmurowaniu
przy pomniku poległych stoczniowców tablicy upamiętniającej czyn Kowalczyków.
Niestety, nie będzie jej już na uroczystościach wmurowania tej tablicy…

Dziękuję Panu za rozmowę.

 

———————-

Pożegnanie Anny Walentynowicz
Po sobotnich
uroczystościach w Warszawie trumna z ciałem Anny Walentynowicz – legendy
polskiego Sierpnia – zostanie przewieziona do Gdańska. Msza św. za duszę śp.
Anny zostanie odprawiona w gdańskim kościele św. Brygidy w sobotę, 17 kwietnia,
o godz. 18.30. Pogrzeb odbędzie się w środę, 21 kwietnia, w kościele pw.
Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdańsku Wrzeszczu. Godzina pogrzebu zostanie
podana w najbliższym terminie.
„Wszystkich zachęcam do udziału w ostatniej
drodze pani Ani. Była niedoceniana za życia, w wolnej Polsce często poniewierana
i obrażana, więc choć teraz pokażmy, że to właśnie Ona jest prawdziwą ikoną
Sierpnia ’80, „Solidarności” i walki z komunizmem”.
Dr Sławomir
Cenckiewicz

drukuj