Ofiara nie pójdzie na marne
Katastrofa pod Katyniem posiada swój wymiar osobisty i rodzinny:
zginęli konkretni ludzie, pozostawiając w żałobie współmałżonków, dzieci,
najbliższych. Taka strata nigdy nie zostanie wypełniona.
Ludzie, którzy zginęli, pełnili też w większości funkcje publiczne, i to
bardzo wysokie, z Prezydentem RP na czele. Nad ich śmiercią boleją nie tylko
najbliżsi, ale i cały Naród, który w osobach tych postrzegał kogoś, kto
odpowiedzialny jest za dobro wspólne. Ta odpowiedzialność związana była z
piastowaniem odpowiednio wysokich urzędów, czy to prezydenta, czy prezesa
Narodowego Banku Polskiego, czy prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, czy
wreszcie biskupa polowego. A tu z kolei ludzie są zastępowalni, bo przecież na
ich miejsce wybrany będzie ktoś inny, więc wydawałoby się, że z punktu widzenia
ciągłości państwa straty te są do nadrobienia.
Na pewno są czy wręcz muszą
być, ale wiemy, że tu chodzi o coś innego, a nie tylko o zastąpienie jednego
dyrektora drugim. Tu chodzi o stratę odradzających się elit politycznych, które
nazywamy prawicowymi lub patriotycznymi. Bo tak się właśnie stało, że większość
ofiar smoleńskiej tragedii to byli ludzie związani z prawicą, którzy pozostali
wierni ideałom „Solidarności” nie tylko w trudnych czasach komunizmu, ale
również w jeszcze trudniejszych czasach przewrotnego liberalizmu. Zdobycie
wiedzy, doświadczenia, potwierdzenie własnego etosu to nie jest jeden dzień
urzędowania, ale to lata znoszenia wielu trudów i prób, pokus i ataków
nienawiści. I właśnie dziś, patrząc na przyszłość Polski, bolejemy nad tym, że
takich ludzi, jak ofiary smoleńskiej katastrofy, było ciągle zbyt mało, aby
Polska odzyskała swą godność i dumę. A tu kolejne nieszczęście: i ci odeszli. I
to w takim momencie, gdy ważyły się losy dotyczące NBP, IPN czy wyborów
prezydenckich. Odeszli ludzie, którzy nie bali się starcia z postkomuną i
pozostającymi pod ich kontrolą liberałami, prowadzącymi od kilku lat polityczną
i medialną kampanię nienawiści przeciwko wszystkiemu, co polskie, co
niepodległe, co katolickie. I tu jest nasz dramat polityczny i narodowy, bo
odradzanie takich elit trwa lata, a tymczasem sfera decyzji dostaje się w ręce
tych, którzy wiedzą dobrze, jak z tak nagle otrzymanej władzy skorzystać dla
własnej korzyści i własnego umocnienia się w strukturach całego państwa, na
poziomie administracji, ekonomii czy mediów.
Wielu z nas zadaje sobie
pytanie, czy to rzeczywiście był wypadek. Coraz więcej faktów wskazuje na to, że
na pewno był to dziwny wypadek, a puszczona przez Rosjan wersja, że powodem był
błąd pilota, który nie posłuchał zaleceń wieży i postanowił mimo wszystko
lądować w Smoleńsku, a nie skierować maszynę na inne lotnisko, jest mało
wiarygodna w oczach specjalistów. Zresztą fakt, że prezydent RP korzystał z
sowieckiego jeszcze samolotu, daje dużo do myślenia. To tak jakby brać udział w
uczcie, gdzie podają grzyby. Chodzi o to, że wypadek niekoniecznie musiał być
zamachem, ale w jakiejś mierze został sprowokowany. Sukcesywnie zaczęły nakładać
się na siebie różne okoliczności, w tym całkowita blokada możliwości wymiany
samolotów na nowe i niesowieckie. Następnie wytworzenie jakiegoś ciśnienia
rywalizacji o udział w uroczystościach w Katyniu. A wreszcie ściśnięcie w
jednym, i to tym samolocie tak wielu ważnych osób, w większości należących do
prawicy. I wszystko zgodnie z prawem, bo jak się okazuje po katastrofie samolotu
CASA (luty 2008 r.) zmieniono przepisy, ale w taki sposób, żeby jeden samolot
mógł być w dalszym ciągu pułapką dla najważniejszych dowódców: mogą lecieć
razem, byle nie z zastępcami. Tu też musiał ktoś dobrze główkować, by uspokoić
opinię publiczną, a pułapka nadal mogła działać.
Ale o tym wszystkim musi też
wiedzieć prawica. Są na nią zastawiane tysiączne pułapki. I to może właśnie
boli, że tak łatwo, pod wpływem wytworzonej atmosfery i emocji, Polacy tracą
czujność i dają się wymanewrować. Wystarczy moment nieuwagi, bo polityczne licho
naprawdę nie śpi. Walka w świecie jest bezwzględna i okrutna, również w naszym
kraju. Tu będą nas rozczulać, a tam nami sterować.
A przecież i tak
osiągnęliśmy w tych warunkach bardzo wiele. Trwa proces przywracania pamięci i
odradzania zasad moralnych w życiu publicznym, coraz mocniej błyszczą idee
prawdziwej suwerenności. To jest program na przyszłość, wokół którego muszą
skupiać się środowiska prawicowe, bo Naród na nie czeka i potrafi je docenić. Te
dziesiątki, może setki tysięcy zniczy i kwiatów przed Pałacem Prezydenckim jest
na to dowodem, jak i modlitwa płynąca z milionów serc. Więc choć będzie trudno,
to jednak Polska się odrodzi, a ofiara tych, którzy zginęli pod Katyniem, nie
pójdzie na marne.
Prof. Piotr Jaroszyński
Autor jest kierownikiem Katedry Filozofii Kultury na KUL,
wykładowcą w WSKSiM.
