Tajemnica „Niłowej Pustyni”
Ostaszków – Miednoje, obóz i mogiły, nad grobami cicho szumiący las, a
na rdzawych tablicach – nazwiska ofiar… Jak wiele z nich "poznałem"
po wielu latach badań i co ważniejsze, po niepowtarzalnym kontakcie
emocjonalnym z ich rodzinami w trakcie mojej misji w Muzeum Katyńskim. Kiedy
pielgrzymowałem do Miednoje, zdałem sobie jednakże sprawę, iż o tych
tragicznych miejscach wiem o wiele mniej niż o Katyniu. Bowiem losy jeńców z
"Niłowej Pustyni" są wciąż nie do końca wyjaśnioną kartą
polskiego martyrologium podczas drugiej wojny światowej.
W wydaniu weekendowym "Daily Telegraph" z 10 stycznia 1949 r.
czytelnicy mogli zapoznać się z listem generała Władysława Andersa:
"Zbrodnia katyńska nie powinna być postrzegana, jak to się często
dzieje, przez pryzmat 'sukcesu propagandowego’. Nie chodzi obecnie o to, czy
Goebbels, Stalin czy ktokolwiek inny wykorzystał tę sprawę do celów
politycznych, lecz o to, kto jest winien śmierci tysięcy polskich jeńców,
przeważnie oficerów, i czy zbrodniarze zostali odpowiednio ukarani. Po drugie,
wydaje mi się, iż jakakolwiek opinia wyrażona na temat tej sprawy powinna być
poprzedzona dogłębnym i bezstronnym sprawdzeniem wszystkich dostępnych dowodów".
Prawie pół wieku musieliśmy czekać na pojawienie się informacji o innych
poza Katyniem miejscach tegoż haniebnego mordu.
Obóz na wyspie
W odległości 11 km od Ostaszkowa na wysepce Stołobnyj i częściowo na półwyspie
Swietlica na jeziorze Seliger znajdują się zabudowania prawosławnego
monastyru "Niłowa Pustynia" od XVII wieku zamieszkałego przez mnichów.
Już w latach 1927-
-1939 pełnił rolę obozu pracy dla nieletnich przestępców. W pierwszych
dniach października 1939 r. przemianowany został w obóz dla polskich "wojennoplennych".
Na czele ostaszkowskiego obozu stał mjr NKWD Paweł Fiodorowicz Borisowiec,
Polak z pochodzenia. Jego zastępcą był kpt. Sokołow, a komisarzem obozu
starszy politruk Iwan Jurasow. Pracami śledczymi oraz pozyskiwaniem tajnych
informatorów i współpracowników zajmowali się kpt. Antonow, lejt. Biełolipiecki
i lejt. Choliczew.
W obozie w Ostaszkowie osadzono m.in. funkcjonariuszy Policji Państwowej,
Policji (autonomicznego) Województwa Śląskiego, Korpusu Ochrony Pogranicza,
Żandarmerii Wojskowej, Straży Więziennej, oficerów wywiadu Oddziału II
Sztabu Głównego Wojska Polskiego, oficerów i żołnierzy WP, księży,
pracowników sądów oraz osadników wojskowych ze wschodnich województw II RP.
Szczególną kategorią jeńców byli funkcjonariusze Policji Państwowej.
Trzeba pamiętać, że we wrześniu 1939 r., czyli w stanie wojny, policja
zmieniła swój charakter. Oprócz wykonywania regulaminowych zadań
prewencyjnych używana była do celów stricte militarnych. Organy Policji Państwowej
zostały całkowicie podporządkowane władzom wojskowym i spełniały rolę żandarmerii
wojskowej. Początkowo polegało to na ochronie ewakuacji urzędów państwowych
zagrożonych ofensywą wojsk nieprzyjacielskich.
17 września 1939 r. po agresji wojsk sowieckich na wschodnie tereny
Rzeczypospolitej w nowej sytuacji naczelny wódz marszałek Edward Rydz-Śmigły
wydał rozkaz, w którym zalecił unikanie walki z drugim najeźdźcą, a
policji i władzom administracyjnym nakazał pozostanie w miejscach urzędowania.
Wykonujący ten rozkaz funkcjonariusze stawali się często pierwszymi ofiarami
represji. Byli aresztowani, a w niektórych przypadkach dochodziło do
zbiorowych egzekucji. Podobny los czekał policjantów podejmujących czynny opór
wobec wroga – na terenie między Wisłą a Bugiem niewielkie oddziały policyjne
wchłonięte przez jednostki operacyjne wojska brały udział w kilku akcjach
bojowych.
Policję wraz z oddziałami żandarmerii polowej wykorzystywano także do służby
na posterunkach kordonowych wzdłuż linii frontu. Głównym zadaniem służby
kordonowej była walka z dezercją, paniką i popłochem wśród ludności
cywilnej oraz pełnienie służby bezpieczeństwa w powiatach, przez które
przebiegał kordon żandarmerii.
Wyjątkowym symbolem patriotycznej i bohaterskiej postawy policjantów był
udział w obronie Lwowa oraz Grodna 20-22 września 1939 roku. Po kapitulacji władze
sowieckie rozpoczęły masowe aresztowania przede wszystkim policjantów i
oficerów WP.
Policjanci brali też udział w walkach w rejonie Kowla, Łucka i Dzisny. Wszędzie
scenariusz zdarzeń był podobny – rozstrzeliwania, więzienie, łagry. Bardzo
trudno określić straty osobowe Policji Państwowej od września do października
1939 roku. Liczbę poległych i zamordowanych szacuje się na blisko 2,5-3 tysiące.
Do niewoli sowieckiej dostało się prawie 12 tys. policjantów; większość z
nich trafiła do łagrów i obozów, z których nie było powrotu.
Swoje przybycie do Ostaszkowa tak wspominał Stefan Nastarowicz, który w wieku
14 lat (!) trafił we wrześniu 1939 r. do niewoli sowieckiej wraz z ojcem,
funkcjonariuszem łódzkiej Policji Państwowej. Z Brześcia poprzez Babynino,
Pawliszczew Bór i Bołogoje przewieziono obu Nastarowiczów do obozu w
Ostaszkowie. Kilka tygodni później – 21 listopada 1939 r., chłopca zwolniono
z obozu. Wyjeżdżał, mając w uczniowskiej czapce kartkę z 91 adresami łódzkich
rodzin, które miał zawiadomić, że ich krewni żyją w obozie jenieckim w
Sowietach. O swoim przybyciu do obozu po latach relacjonował: "W
Ostaszkowie kazali wysiadać i stąd statkiem oraz doczepionymi do niego barkami
popłynęliśmy dalej. Wkrótce zobaczyliśmy wyspę z ogromnym klasztorem,
otoczonym innymi budynkami. Byli już tam polscy jeńcy, a co bardziej z nich
dociekliwi odkryli, że wcześniej – w zamienionym na obóz jeniecki klasztorze
– trzymano Chińczyków, jeśli wierzyć pozostawionym przez nich napisom (…).
I zaczęło się nasze życie jenieckie wśród wszy i pluskiew niezniszczalnych
w żaden sposób, atakujących tysiącami we wszystkich obiektach, na pryczach
cztero- i sześciopiętrowych, podczas snu i spaceru, a nawet podczas głodowych
posiłków. Chleba było zawsze mało, zupę robiono z niewypatroszonych ryb.
Pamięć podsuwa też jeden lepszy posiłek przygotowany z okazji święta
rewolucji; większe racje chleba, cukru, a nawet machorki. Obaj z ojcem nie
paliliśmy papierosów, więc wymieniwszy machorkę na chleb, najedliśmy się i
tak 'świętowałem’ z pełnym brzuchem, po raz pierwszy od wyjazdu z Brześcia
(…)".
W początkach listopada 1939 r. w Ostaszkowie zgromadzono 8397 osób, natomiast
w kwietniu 1940 r. było ich 6570. Mimo trudnych warunków w obozie z listów do
Polski przebijała wielka troska o pozostałą w kraju rodzinę. Dla przykładu
– Adam Sowiński, jeden z więźniów, po otrzymaniu odpowiedzi z okupowanej
Ojczyzny tak pisał: "Najukochańsza moja Marysieńko oraz Babciu i córeczki.
Listy od Was otrzymałem – jeden 28.12.1939 r., a drugi w dniu 02.01.1940.
Wyobraźcie sobie, z jaką radością czytałem te listy, tak jakbym otrzymał
największy skarb. Ukochana moja Rodzinko! O mnie bardzo nie martwcie się, bo
ja w chwili pisania jestem zdrów i dotychczas głodu nie miałem – jest mi
dobrze, tylko pogrążony jestem w ogromnej tęsknocie za Wami. Bardzo mnie
cieszy, że Cesiunia chodzi do szkoły, więc powiedz jej, Marysiu, niech się
dobrze uczy, to tatuś będzie ją za to kochał. Napisz mi, Marysiu, coś więcej
o Waszej gospodarce domowej, czy macie krowę, czy ją sprzedaliście – no i
najważniejsze – o Waszym zdrowiu, bo wiem, że Ty jesteś wątłego zdrowia, a
teraz zima, więc jestem niespokojny o Ciebie… Więc żegnam Was i
pozdrawiam".
Jeśli oceniać pochodzenie policjantów – funkcjonariuszy z punktu widzenia
sowieckiej nomenklatury, to pochodzili oni raczej ze "słusznych
klasowo" środowisk, co pozornie zwiększało ich szanse na ocalenie.
Jednak o ich losie zadecydowało powszechne w ZSRS przekonanie, że wszyscy
funkcjonariusze policji, żandarmerii i kontrwywiadu są najbardziej oddanymi
funkcjonariuszami państwa, które ich powołało do służby, a zatem
"resocjalizacja" polskich policjantów jest niemożliwa. W przekonaniu
tym utwierdzał Sowietów fakt, że polska policja i żandarmeria ścigały
osoby prowadzące działalność komunistyczną, czyli – w praktyce –
rzeczywistych lub potencjalnych agentów ZSRS. W rezultacie jesienią 1939 r. władze
obozu pozwalały zapisywać się na wyjazd do niemieckiej strefy okupacyjnej
tylko podoficerom i szeregowym Wojska Polskiego, junakom, czyli nastolatkom
odbywającym przeszkolenie wojskowe, i dzieciom. Odmówiono tego prawa
policjantom (a także oficerom WP i księżom) pochodzącym z centralnej i
zachodniej Polski.
Zaoczne wyroki
W początkach 1940 r. podjęto działania zmierzające do pociągnięcia jeńców
Ostaszkowa do odpowiedzialności karnej (za "przestępstwa" popełnione,
rzecz oczywista, przed wrześniem 1939 r.). W początkach lutego 1940 r. zakończono
przygotowywanie spraw śledczych; łącznie było ich 6050. Część z nich
zresztą przesłano do "centrali" w Moskwie już w grudniu 1939 r.,
pozostałe były sukcesywnie przekazywane do rozpatrzenia. Ostatecznie
zawieszono je w końcu lutego 1940 r. i wstrzymano wydawanie kolejnych wyroków,
co wiązało się z powstaniem nowej, całościowej koncepcji rozwiązania
"problemu" polskich jeńców wojennych w ZSRS.
Co zarzucano jeńcom Ostaszkowa? Z zachowanego aktu oskarżenia jednego z nich,
Karola Olejnika, można wnosić, że zarzuty dotyczyły czynów z okresu
przedwojennego. Olejnik w latach 1936-1939 służył jako policjant w
Borszczowie, gdzie miał prowadzić "aktywną walkę z ruchem
rewolucyjnym". Na podstawie – jak należy przypuszczać – podobnie sformułowanych
aktów oskarżenia będących, nawiasem mówiąc, prawnym curiosum, do końca
lutego 1940 r. "centralna trójka" skazała pierwszych 600 jeńców
Ostaszkowa na kary od 3 do 6 lat obozów pracy poprawczej na Kamczatce. W związku
z tym na początku marca tegoż roku odbyła się w Moskwie dwudniowa narada, na
której omawiano tryb ekspedycji skazanych do łagrów. Lecz niebawem podjęto
inną
– ostateczną decyzję, która zdecydowała o zupełnie innym "rozwiązaniu":
jeńcy wojenni przetrzymywani w Ostaszkowie podzielili losy oficerów z
Kozielska i Starobielska. Jedynie około 112 wydarło się z objęć śmierci,
gdyż skierowano ich do obozu juchnowskiego.
Już w początkach 1940 r. w obozie zaczęły krążyć pogłoski o ewakuacji.
Jeńcy snuli różne przypuszczenia, przeważała jednak opinia, że niezależnie
od kierunku, w jakim miały odchodzić transporty, los zmieni się na pewno na
lepsze. Więźniów utwierdzał w tym przekonaniu fakt, że sporządzano dziesiątki
różnych wykazów, które sprawiały wrażenie, że będą służyć do wymiany
jeńców między Sowietami a Niemcami. Oprócz wszystkich danych personalnych i
ostatniego miejsca pracy zawierał rubrykę z pytaniem, gdzie i w jakim
charakterze pragnie osiedlić się ankietowany. Działo się to na krótko przed
rozpoczęciem ewakuacji. Polecono także sporządzić wykazy strat przy
zabieraniu do niewoli.
Transporty śmierci
Ewakuacja obozu rozpoczęła się 4 kwietnia 1940 r. i odtąd każdego dnia
odchodziły transporty. Liczebność wywożonych grup wahała się od 60 do 130
ludzi. Czasami w ciągu jednego dnia odchodziły dwa, a nawet trzy transporty.
Zależało to prawdopodobnie od możliwości przewozowych.
Konwoje jeńców były doprowadzane piechotą po lodzie jeziora Seliger do
miejscowości Tupik (obecnie Spławucziastok) oraz stacji kolejowej Soroga,
dalej wagonami przez stacje Piena oraz Lichosławl trafiały do Kalinina
(Tweru). Następnie ze stacji jeńcy przewożeni byli karetkami więziennymi
– czornymi woronami – do zarządu obwodowego NKWD przy ulicy Sowieckiej (obecnie
Twerski Instytut Medyczny), gdzie umieszczano ich w podziemnych celach budynku.
Po odejściu pierwszych transportów rozeszła się w obozie wieść, że są
one kierowane do Brześcia, a jeńcy, dobrze karmieni, mają względnie dobre
warunki i dość dużą swobodę. Mogą się nawet kontaktować z ludnością w
miejscach postoju pociągów. Z czasem wieści zaczęły się zmieniać, a
radosne nastroje ustąpiły przygnębieniu i depresji. Doświadczeni pracownicy
obsługi obozu twierdzili, iż ludzi zwalnianych do domu nie prowadzi się na
stację pod karabinami maszynowymi, tylko gdzieś "na siewer".
W rezultacie rozładowania obozu w Ostaszkowie, z około 6500 jeńców, odnalazły
się jedynie trzy transporty: z 28 kwietnia oraz z 13 i 14 maja. Pierwszy z nich
odszedł z Ostaszkowa jako 300-osobowy, tylko jeden wagon przybył do obozu
Pawliszczew Bór. Liczył on około 30 jeńców. Potem przybyły jeszcze dwa
wagony z blisko 100 jeńcami.
Do ciekawszych dokumentów dotyczących Ostaszkowa należy raport, jaki otrzymał
Rząd Polski na Obczyźnie od pewnego polskiego żołnierza przybyłego z ZSRS
do Wielkiej Brytanii. Ojciec jego był więźniem Ostaszkowa, skąd korespondował
z rodziną w Polsce. W kwietniu 1940 r. rodzina ta została wywieziona do
Kazachstanu i stamtąd usiłowała w dalszym ciągu korespondować z ojcem. Nie
otrzymując od niego żadnej odpowiedzi, zaczęła pisać podania do innych
instancji NKWD i prokuratury z prośbą o wyjaśnienie losu męża i ojca. Po
wielu daremnych próbach, nie otrzymując żadnej odpowiedzi, krewni jeńca
napisali "raport" do samego Stalina. Po długim oczekiwaniu, na wiosnę
1941 r., otrzymali krótką odpowiedź od prokuratora w Ostaszkowie: "Obóz,
w którym przebywał wasz ojciec, został zlikwidowany wiosną 1940 roku. Obecne
miejsce pobytu waszego ojca niewiadome".
Orkiestra na pożegnanie
Ewakuacja obozu w Ostaszkowie znana jest z relacji ocalałych jeńców.
Wachmistrz J.B. tak ją opisuje:
"Co drugi, trzeci dzień, a czasami dzień po dniu 'Korpuśni’"
odczytywali z przynoszonych przez siebie wykazów szereg nazwisk, od 60 do 300,
i kazali przygotować się do podróży. Przygotowanie takie trwało około pół
godziny, następnie wraz z wszystkimi rzeczami szło się do kina, gdzie zdawało
się otrzymane w obozie rzeczy, jak: siennik, koc, miska, łyżka itp. Tam
dokonywano bardzo gruntownej rewizji, wyznaczano starszego grupy, najczęściej
oficera, i grupa maszerowała piechotą do toru kolejowego. Jak się później
okazało, eskorta oczekiwała w lasku za groblą i stamtąd, istotnie pod
karabinami maszynowymi i w asyście psów, prowadzono do toru kolejowego, gdzie
oczekiwały więźniarki.
Bolszewicy, chcąc widocznie robić odpowiednie nastroje wśród jeńców, wystąpili
kiedyś do kierownika zespołu muzycznego z propozycją, by odjeżdżające
grupy żegnać muzyką. Istotnie, zrobiło to dobre wrażenie wśród jeńców
(…). Transport, w którym ja odjechałem, odszedł wśród opisanych wyżej
okoliczności dn. 28 kwietnia. Jechałem wraz z kolegami w transporcie liczącym
ponad 300 policjantów. Całym transportem, sądząc dziś, dojechaliśmy do Bołogoje,
skąd odczepiono nasz wagon, przyczepiono do innego pociągu i odjechaliśmy jakąś
boczną linią w kierunku na Rżew. Na stacji, gdzie nas odczepiono, siedzący
na wyższych półkach widzieli stojący pociąg więźniarek, mówili nam o
tym, lecz żaden z nas nie przypuszczał, że to główny trzon naszego
transportu".
Inny z ocalałych więźniów, starszy sierżant J.R., relacjonował:
"Tak wlokły się beznadziejne dni, aż nadszedł dzień 4 kwietnia 1940
roku. Tego dnia odszedł z obozu pierwszy transport około 70 ludzi. Rozładowywanie
obozu zaczęło się. Większość łudziła się, że wracamy do kraju. Myśli
te podnosiły na duchu. Gdy ten pierwszy transport odchodził, patrzyłem nań
przez szparę w płocie w odległości około kilometra. Na gładkiej tafli
zamarzniętego jeziora pokrytego śniegiem ujrzałem żywy obraz Grottgera w
najdrobniejszych szczegółach. Smutek ściskał serce. Po pół godzinie
konwojowani znikli mi z oczu za najbliższą wysepką…
Transporty, odchodzące w pierwszych dniach po rozpoczęciu rozładowywania
obozu, żegnane były przy bramie przez orkiestrę i pozostających kolegów. Później
zabronili bolszewicy tych żegnań. Każdego rana wyczytani do transportu
odnosili sienniki pod cerkiew i z żebraczymi tobołkami swymi, zbierali się w
dużej sali cerkwi, gdzie odbywała się szczegółowa rewizja. Zrewidowany
wychodził innymi drzwiami na zewnątrz cerkwi wprost do pierścienia eskorty.
Stamtąd nie wolno mu było już nigdzie oddalać się, eskorta ustawiała ich
bowiem w czwórki, w którym to szyku opuszczali teren obozu po skończonych
formalnościach rewizji…
Do każdej grupy odchodzących włączano po kilku oficerów. Radosne nastroje,
u niektórych spowodowane nadzieją powrotu do Kraju, ustępowały miejsca zwątpieniu,
gdy do dalszych transportów zaczęto dołączać po kilku obłożnie chorych ze
szpitala. Ludzi o gasnącym życiu przynoszono na noszach i wraz z tymi chorymi,
którzy jeszcze mogli się poruszać, kładziono na wozy pociągane przez
jednego konia. Grozę tego obrazu powiększyła wieść, która nie wiadomo, w
jaki sposób dotarła do obozu w pierwszych dniach maja, jakoby kilka tysięcy z
pierwszych transportów bolszewicy załadowali na barki, transportując rzeką w
stronę Morza Białego i po drodze barki zatopili wraz z nieszczęśliwymi
ofiarami…
Mnie wywieziono z Ostaszkowa przedostatnim transportem w grupie około 70 osób
dnia 13 maja 1940 roku… Wyprowadzono nas z obozu w asyście nielicznego
konwoju drogą przez most (jezioro już rozmarzło), lecz zaraz za mostem zauważyliśmy
w krzakach, w odległości około 50 metrów po obu stronach drogi, ukrytych, gęsto
rozstawionych żołnierzy z bronią maszynową i psami. Te środki ostrożności
wcale nie przemawiały za tym, że idziemy na wolność. Błotnistą drogą,
padając z wycieńczenia, ostatkiem sił dowlekliśmy się do jakiegoś
przystanku kolejowego… Po trzech dniach jazdy przez Torzok, Rżew, Briańsk
dojechaliśmy dnia 16 maja 1940 roku do stacji docelowej, którą, ku naszemu
zdziwieniu, okazało się znowu Babynino. Znowu znaleźliśmy się w obozie
Pawliszczew Bor".
Mord na jeńcach Ostaszkowa przygotowała grupa funkcjonariuszy NKWD przybyłych
z Moskwy. Wśród nich znaleźli się m.in. mjr Nikołaj Siniegubow, mjr Wasilij
Błochin oraz kombryg Michaił Kriwienko – czasowo p.o. szef Głównego Zarządu
Wojsk Konwojowych NKWD.
Sławomir Frątczak
Autor jest historykiem, pracuje w Muzeum Wojska Polskiego (MWP) w Warszawie,
w latach 2002-2009 był kierownikiem Muzeum Katyńskiego – Oddział MWP.
