Upartyjnić historię
Głosami postkomunistów z SLD, przy udziale PSL, Platforma Obywatelska
przegłosowała ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej.
Skandaliczny jest już sam ten fakt. Działacze SLD wprost deklarują, że ich
ostatecznym celem w przedmiotowej sprawie jest likwidacja Instytutu. Projekt PO
uznali za „idący w dobrym kierunku”. Nietrudno się zatem domyślić, co jest
ostatecznym celem zmian ustawowych.
PO ustawowo paraliżuje pracę IPN
Rodzi się pytanie, dlaczego Platforma zdecydowała się na taki krok? Wszak
sami jej liderzy przyznają, że profesor Janusz Kurtyka był popierany przez PO
(kandydatura Jana Rokity) i został prezesem IPN głosami przede wszystkim tej
partii. Dziś – podobno z powodu jednej książki o Lechu Wałęsie – Platforma
zmierza w kierunku destrukcji tej instytucji. Można domniemywać, że stoją za tym
naciski środowisk, którym dotychczasowa działalność IPN była nie na rękę, są też
powody, by zakładać, że w tych środowiskach mogą znajdować się ludzie dawnych
służb.
Polska znajduje się w przededniu kolejnych wielkich batalii
historycznych. Przed nami obchody rocznicy katyńskiej, w sierpniu minie okrągła
rocznica powstania „Solidarności”. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku
mamy coś światu do udowodnienia. W przypadku Katynia należy pokazać skalę
zbrodni wymierzonych w Naród Polski, zbrodni opartych na współpracy
niemiecko-sowieckiej w latach 1939-1941. Rozmywanie tej wspólnej
niemiecko-sowieckiej odpowiedzialności będzie z pewnością w jakiejś formie miało
miejsce, tak jak to było w trakcie obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej.
Przy okazji obchodów solidarnościowych jasno można wykazać, że upadek komunizmu
w Europie Wschodniej zaczął się nie od upadku muru berlińskiego, lecz od
wielkich protestów robotniczych w Polsce. Wszystko to jest niezwykle ważne, a
pieczołowicie przygotowuje się do tego IPN. Naturalna byłaby współpraca rządu z
tak wyspecjalizowaną placówką badawczą, jaką jest Instytut Pamięci Narodowej.
Tymczasem zamiast tej współpracy w przygotowaniu się do wielkich batalii
historycznych stojących przed Polską mamy do czynienia z historyczną „wojną
domową” wywołaną przez przedziwną koalicję PO i postkomunistów. O szkodliwości
takiego stanu rzeczy trudno przekonywać. I nie wiadomo, czy chodzi tutaj o
ochronę dawno już przebrzmiałej sprawy sporu o Lecha Wałęsę, czy raczej o
ratowanie wizji historii lansowanej przez środowisko Wojciecha Jaruzelskiego i
Adama Michnika.
Zamach na wolność słowa i badań naukowych
Już zbieramy owoce tak szkodliwych z punktu widzenia interesu narodowego
działań. Ustawa rządowa dotycząca IPN zbiega się w czasie z wyrokiem sądu w
sprawie książki Pawła Zyzaka, w którym skazano wydawnictwo Arcana w sposób
równie absurdalny jak „Gościa Niedzielnego” w sprawie Alicji Tysiąc. Wiele
środowisk naukowych wprost mówi o nowej cenzurze w III RP. Doświadczamy tego
namacalnie, gdy widzimy studentów uciekających od „drażliwych” tematów w pracach
magisterskich i doktorskich z najnowszej historii Polski. Ów strach młodych
ludzi obserwowany na uniwersytetach jest nieprzypadkowy: wynika on z działań
władz zamykających usta niewygodnym naukowcom. Można zatem powiedzieć, że walka
o IPN jest w jakimś sensie szczytowym punktem walki o wolność słowa w Polsce. Bo
jeśli nie ma wolności badań naukowych, to jak można mówić o wolności słowa?
Wielu ludzi pióra pamiętających czasy PRL twierdzi, że o wiele lepsza od
współczesnej formy cenzury (zasądzanie ludzi na odszkodowania za niewygodne
poglądy i opinie, ustawowe uderzanie w niezależne placówki badawcze) była
peerelowska cenzura prewencyjna. Wtedy twórca pisał to, co uważał, cenzor
wycinał cały tekst lub jego fragmenty. Dzisiaj, oprócz kuriozalnych spraw
sądowych, mamy do czynienia z poszerzającym się zjawiskiem autocenzury. Znawcy
tematu doskonale wiedzą, że najskuteczniejszą formą ograniczania wolności
wypowiedzi jest właśnie autocenzura. Nic bowiem nie jest w stanie tak ograniczyć
twórcy jak strach samego autora przed wyimaginowaną napaścią zewnętrzną.
Straty ponoszą narodowa kultura i polityka
Jedną z największych wartości, którą posiadała Polska w tzw. wojnach
historycznych, była wiarygodność instytucji takiej, jak IPN. Opierała się ona na
niezależności Instytutu od bieżących uwarunkowań partyjnych. Powoływanie prezesa
IPN było bardzo trudne, dokonywało się przez mozolne poszukiwanie najlepszego
kandydata, a jego odwołanie nie było łatwe. Dlaczego? Żeby mieć gwarancję
niezależności tej instytucji. Zatem publikacje IPN-owskie były niezwykle
wiarygodne i w niczym nie przypominały książek wydawanych np. przez służbę
kontrwywiadu Rosji na temat dwudziestowiecznych stosunków polsko-niemieckich czy
polsko-sowieckich. Wedle nowej [uchwalonej 18.03.] ustawy prezesa powołuje i
odwołuje zwykłą większością Sejm. Mamy więc do czynienia z całkowitym
podporządkowaniem IPN większości rządowej. Poprzez dzisiejsze działania
polityków zmierzamy bardzo szybko w kierunku wschodnich, azjatyckich standardów
uprawiania nauki. Nauka w służbie partii (partii rządzącej), a nie nauka w
służbie prawdy – oto realny wymiar przemian instytucjonalnych i kulturowych we
współczesnej Polsce. Trudno wprost opisać, jak wielkie rany zadaje się w ten
sposób narodowej kulturze i wizerunkowi polskiej polityki historycznej w
przestrzeni międzynarodowej.
Prof. Mieczysław Ryba
Autor jest członkiem Kolegium Instytutu Pamięci
Narodowej.
