Kamienie i błoto

Wydawać by się mogło, że powyższy epizod powinien być wystarczającym
argumentem na to, by żaden chrześcijanin nigdy nie stawał się sędzią dla swojego
bliźniego. A jednak nie. Wydarzenie o takiej sile wyrazu nie zdołało zniweczyć
jednego z najstarszych i najbardziej idiotycznych zwyczajów w świecie:
wyznawania cudzych grzechów. To swoista gra towarzyska, popularna także w
kręgach chrześcijan. Kto nigdy nie brał w niej udziału, niech podniesie
rękę…
Problem polega na tym, że we własnych oczach jesteśmy mniej
prymitywni, mniej gwałtowni w ferowaniu wyroków. Żyjemy przecież w XX wieku!
Kamienie zastąpiliśmy błotem. Według powszechnej opinii, błoto jest
dopuszczalne. Błoto w końcu tylko brudzi, nie wyrządza krzywdy jak kamienie. Ono
„tylko” piętnuje. Szukaniem grzechu i obrzucaniem błotem zajmują się
dziennikarze, zwyczajni ludzie.

Zarabiają na nim tabloidy. Zło jest medialne, głupota ludzka – barwna, wyroki
od wieków gromadziły szeroką publikę – nic tu się nie zmieniło. Dlaczego?
Ponieważ od zawsze im więcej człowiek miał do ukrycia, tym głośniej piętnował
grzechy innych i tym liczniej gromadził się przy szubienicach. Pula ta była
proporcjonalna do ilości kamieni ściskanych w dłoni. Dlatego taka wściekłość
pojawia się dziś, gdy Papież nazywa zło złem, broni życia, rodziny, gdy Kościół
demaskuje wynaturzenia i niekonsekwencje rzeczników nowego porządku. Zastawia
się nań pułapki, szuka haków, ośmiesza. Na nic to się jednak nie przyda. Jezus
oddziela grzech od człowieka. Ratuje człowieka. On i tylko On może to uczynić.
Ludzie używają grzechów jako kamieni, by przy ich pomocy uciszyć przeciwnika,
zabić sumienie. W każdej sytuacji grzech, wszystko jedno czy bagatelizowany,
trzymany w ukryciu, wcześniej czy później zniszczy grzesznika. Nie zdoła on
przeciwstawić się jego destrukcyjnej mocy. Taka jest natura misterium
inquitatis. Szkoda, że tak wielu z nas nie chce tego zrozumieć.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj