Tusk chciałby zwycięstwa Kaczyńskiego?

Rezygnacja Donalda Tuska z kandydowania na urząd prezydenta w opinii
niektórych komentatorów podjęta została na skutek decyzji zewnętrznych. Pisząc o
wpływach „zewnętrznych”, można oczywiście mieć na myśli zarówno pozapartyjne
(tajne?) struktury wewnątrz kraju, jak i zachodnie ośrodki decyzyjne. Jak
podawały media, dużą rolę w owym „procesie decyzyjnym” odegrała Angela Merkel
namawiająca Tuska do rezygnacji. Jeśli w tej sprawie wypowiadała się znana w
Europie kanclerz Republiki Federalnej, to co dopiero mówić o kręgach
nieformalnych nastawionych na reżyserowanie polityki europejskiej.

Korzyści polityczne z powyższej decyzji premiera dla reżyserów polskiej sceny
politycznej są aż nadto oczywiste. Kandydowanie Tuska rozpętałoby długotrwałą
wojnę domową w Platformie, zważywszy na fakt, że w ugrupowaniu tym nie ma
naturalnego lidera, który mógłby przejąć taką funkcję po Tusku. Rozpad Platformy
groziłby destabilizacją ogromnej części sceny politycznej, zatem decyzja o
rezygnacji premiera z ubiegania się o urząd prezydenta RP ma – w przekonaniu
niektórych – stabilizować scenę polityczną. Powstaje jednak pytanie, dlaczego
Tusk nie wyznaczył wprost swego następcy jako kandydata PO w wyborach
prezydenckich.
Wszak musiał sobie zdawać sprawę, że prawybory w PO doprowadzą
do bardzo zaciętej walki frakcyjnej. Walkę tę możemy obserwować, przypatrując
się chociażby działaniom Janusza Palikota, który popierając Bronisława
Komorowskiego, najpierw zaatakował żonę Radosława Sikorskiego, a następnie
uderzył w PiS-owskie korzenie ministra spraw zagranicznych. Musimy pamiętać, że
ewentualne zwycięstwo kandydata PO w wyborach prezydenckich byłoby wielkim
problemem dla Donalda Tuska. Taki nowy prezydent z PO mógłby w sensie PR-owskim
bardzo szybko zdetronizować premiera. Z biegiem czasu przy umiejętnym
wykorzystaniu urzędu prezydenckiego nowy prezydent mógłby zorganizować wokół
siebie dużą grupę frakcyjną. Zresztą tego typu grupy już powstały – mowa tu o
środowisku o bardziej konserwatywnym profilu skupionym wokół Radosława
Sikorskiego i środowisku o profilu lewicowo-liberalnym wokół Bronisława
Komorowskiego. Przyszły prezydent bardzo szybko zaszczyciłby awansami swoich
stronników. Jego popularność zaś to też realna sposobność do tworzenia nowej
formacji politycznej. Nie ulega zatem wątpliwości, że zwycięstwo Komorowskiego
lub Sikorskiego w wyborach prezydenckich jest dla Tuska niebezpieczne. Można by
nawet zaryzykować tezę, że dla premiera o wiele łatwiejsza do strawienia byłaby
porażka kandydata PO w jesiennych wyborach.
Spójrzmy na sytuację w PiS.
Wszyscy zdają sobie sprawę, że duża porażka Lecha Kaczyńskiego w jesiennych
wyborach musiałaby doprowadzić do destabilizacji w partii. Uruchomiony zostałby
proces walk frakcyjnych, a zarazem powstawania stronnictw alternatywnych
względem PiS. Do tej pory władze tej partii wykazywały daleko posuniętą
skuteczność w blokowaniu powstania prawicowej alternatywy dla Prawa i
Sprawiedliwości. Sytuacja ta w jakimś stopniu była korzystna również dla PO. Czy
zatem można zaryzykować stwierdzenie, że rezygnacja Tuska z kandydowania miała
na celu otwarcie drogi do reelekcji Lecha Kaczyńskiego? Scenariusz taki wydaje
się możliwy. Reelekcja Kaczyńskiego nie tworzy Tuskowi realnej konkurencji
wewnątrz PO. Do tej pory dobrze sobie radził z konkurencją PiS. Dzięki
skutecznemu PR-owi Platformie udało się realnie osłabić PiS i w świadomości
społecznej wypracować przekonanie, że rządy Kaczyńskich łączą się z jakimś
bliżej nieokreślonym radykalizmem (fanatyzmem). Tymczasem reelekcja Lecha
Kaczyńskiego zapewniłaby również umocnienie pozycji Jarosława Kaczyńskiego
wewnątrz PiS, a jest to dla Tuska przeciwnik rozpoznany, nad którym odnosi on
PR-owskie zwycięstwa. Tusk mógłby zatem liczyć, że zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego
nie przyniesie analogicznego zwycięstwa PiS w wyborach parlamentarnych. Wszyscy
w Platformie są dziś przekonani (ale czy słusznie?), że PiS pod obecnymi rządami
jest dla PO opozycją najwygodniejszą z możliwych. Spełniłoby się zatem marzenie
Tuska na dalsze sprawowanie urzędu premiera w przyszłej kadencji, być może
samodzielne rządy bez koalicjanta (po połknięciu PSL) i możliwość skutecznego
kandydowania na urząd prezydenta za pięć czy dziesięć lat. Scenariusz to tyleż
misterny, co być może utopijny, ale jeśli Tusk rzeczywiście dzisiaj został
zmuszony do rezygnacji z kandydowania, to z pewnością kreśli sobie jakąś wizję
politycznej przyszłości. Między bajki należy włożyć twierdzenia, że zależy mu na
realnym rządzeniu, a nie na splendorze, który niesie prezydentura w Polsce.
Kandydując na ten urząd chociażby przed pięciu laty, dał dowody czegoś wręcz
przeciwnego.
Możemy zatem śmiało powiedzieć, że jesienne zmagania o
prezydenturę są nade wszystko walką o kształt sceny politycznej w Polsce.
Stabilizację tej sceny może zapewnić tylko reelekcja Lecha Kaczyńskiego.
Zwycięstwo kandydata PO (zwłaszcza przygniatające) musiałoby doprowadzić do
walki wewnętrznej w tej partii i osłabienia pozycji Donalda Tuska. Porażka Lecha
Kaczyńskiego musiałaby generować rozłamy wewnątrz PiS. Pojawiłaby się poważna
szansa na wykreowanie nowych ugrupowań politycznych. A taką szansę dają
prawicowe kandydatury alternatywne dla Lecha Kaczyńskiego. Już dziś swoją
kandydaturę zgłosił Marek Jurek; nie wiadomo, czy nie pojawią się też inni
kandydaci. Wynik jesiennych wyborów da nam zatem zasadniczą odpowiedź na pytanie
o przyszłość sceny politycznej w Polsce.

Prof. Mieczysław Ryba

drukuj