Radosna twórczość w reformowaniu uniwersytetów
W lutym 2010 r. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego po raz
kolejny wysłało do uniwersytetów w celu zaopiniowania przyjęty już przez Radę
Ministrów dokument pt. „Założenia do nowelizacji ustawy – Prawo o szkolnictwie
wyższym oraz ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i
tytule w zakresie sztuki”. Reforma ta ma wejść w życie już 1 października br.
Jednocześnie firma Ernst & Young przygotowała na zlecenie rządu „Strategię
rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce do roku 2020”.
Podobnie jak pani dr Aldona Ciborowska („Nasz Dziennik”, 27-28.02.2010)
wyraziła swoją troskę o stan oświaty w Polsce, tak ja chciałbym omówić pokrótce
główne elementy „założeń i strategii” w odniesieniu do szkolnictwa wyższego.
Założenia „Założeń”
Nowe prawo o szkolnictwie wyższym
jest przygotowywane od początku 2008 r. i kilkakrotnie było dawane do
zaopiniowania uczelniom, lecz wydaje się, że do dziś zastrzeżenia uniwersyteckie
nie zostały dostatecznie uwzględnione, głównie z powodu owego zapału
reformatorskiego i zauroczenia liberalizmem.
W roku 2009 było w Polsce 457
uczelni wyższych, w tym 131 publicznych (unika się słowa „państwowych”) i 326
niepublicznych, które nowe prawo ma dowartościować. Studiowało w sumie 2 mln
osób. Ale idzie niż demograficzny i liczba studentów może spaść do 1 mln 400
tysięcy. Ministerstwo ma nadzieję, że przez „unowocześnienie” szkolnictwa
wyższego uda się przyciągnąć dużo więcej studentów zagranicznych, którzy dobrze
zapłacą.
Głównymi celami reformy są: większe pieniądze dla najlepszych
uczelni, większa autonomia szkół wyższych (pod pewnym względem), prostsza
kariera naukowa, lepsza przejrzystość funkcjonowania, bezpłatny drugi kierunek
studiów i większe uprawnienia dla studentów. Ma do tego prowadzić sześć
kluczy:
1. Stworzenie mechanizmów racjonalnego finansowania szkolnictwa
wyższego opartego na efektach pracy naukowej i dydaktycznej (czytaj: złagodzenie
trudności finansowych ministerstwa).
2. Wprowadzenie możliwie wszędzie zasady
konkursu; także ogólnopolskiego.
3. Przyjęcie Deklaracji Bolońskiej, według
której są trzy stopnie nauki: licencjat, magisterium i studia
doktoranckie.
4. Studia mają się opierać na kontrakcie między studentem a
uczelnią.
5. Ma nastąpić wyraźna ekonomizacja, urynkowienie uczelni i nauki
(może jest to krok w kierunku prywatyzacji uczelni?).
6. I pogoń za – rzekomo
– nieporównanie lepszymi uczelniami na świecie poza Polską. (Jest to taki polski
kompleks niższości liberałów.)
Nowością zatem ma być finansowanie uczelni
oparte na „efektach jej pracy”. Najwięcej pieniędzy otrzymuje najlepsza z nich i
w ogóle coraz większa część środków będzie rozdzielana w drodze konkursów.
Na
tej drodze w roku 2011 będą wyłonione cztery Krajowe Naukowe Ośrodki Wiodące
(KNOW), które przez 5 lat będą otrzymywały dodatkowo po 10 mln zł, z możliwością
przedłużania tego czasu. Będzie oceniana jakość studiów magisterskich i
doktoranckich oraz menedżerski model zarządzania. W punkcie ostatnim zdaje się
kryć idea, żeby uniwersytety w przyszłości w ogóle same na siebie zarabiały, a
rząd by tylko dodawał jakieś środki.
Mogą być stosowane dwie procedury wyboru
rektora: tradycyjna
– wybór profesora lub doktora habilitowanego, i
konkursowa – rektor będzie wyłoniony w drodze otwartego konkursu spośród osób
posiadających co najmniej stopień doktora, oraz przygotowanie i doświadczenie
menedżerskie. Z kolei rektor będzie miał większą władzę, gdyż będzie powoływał
również w drodze konkursu prorektorów, dziekanów i kierowników wszystkich
instytucji, tylko prorektora do spraw nauki powoływałby za zgodą senatu. Rektor
też będzie mógł m.in. powoływać nowe kierunki studiów bez porozumiewania się z
ministerstwem. Jednak na uczelni będzie więcej organizacji przedstawicielskich i
kontrolnych. Poza tym wszędzie sugerowany jest parytet kobiet i mężczyzn. I to
ma być zwiększenie autonomii uniwersytetu?
W „Założeniach” przewija się
ciągle bardzo niska ocena nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce. Jest również
mowa o tym, że Polacy mało publikują w istotnych periodykach naukowych na
świecie. Dokument zakłada, że jest to wina polskich uczonych. Tymczasem problem
jest bardziej złożony, w niektórych dziedzinach, np. w matematyce, metodologii
nauk i w logice, Polacy dużo publikują. Co do matematyki to przed wojną
przyjmowano na Zachodzie rozprawy w języku polskim. Tymczasem dziś występują
bariery nie tylko językowe. Bardzo wiele periodyków zachodnich przybrało
charakter komercyjny i reklamowy tak, że za swój artykuł w języku obcym trzeba
jeszcze dużo zapłacić, bo traktuje się to jako reklamę autora. Ale przede
wszystkim barierą jest megalomania, po prostu pycha świata anglosaskiego i
romańskiego. Niekiedy też odgrywa jakąś rolę poprawność polityczna czy
ideologiczna co do publikacji humanistycznych. Znam profesora humanistyki,
któremu wiele czołowych czasopism zachodnich nie chce przyjąć artykułu z
politologii, kwitując, że jest „antysemicki”, bo pisany z polskiego punktu
widzenia.
Rząd powinien coś robić ze snującą się na Zachodzie atmosferą
antypolską i antykatolicką. W wielu krajach na Zachodzie, w Europie, Ameryce,
Kanadzie, Ameryce Łacińskiej, samo słowo „Polak” jest pogardliwe. Pamiętamy
choćby w USA o „polish-jokes”, czyli żartach z Polaków jako idiotów. Nawet
mieszkający w Polsce Nigeryjczyk Larry Okey Ugwu powiedział niedawno, że w
Nigerii w szkole anglikańskiej funkcjonowało powiedzenie: „Głupi jak Polak”. Nie
mówię już o forsowanej stale opinii, że Polacy odpowiadają za holokaust Żydów.
Trzeba wiedzieć, kto ciągle rozsiewa taką propagandę antypolską i
antykatolicką.
Według „Założeń” całe życie uczelni ma być regulowane
konkurencją.
Tylko że powszechna konkurencja, przeszczepiona z kultury
amerykańskiej, jest w swych podstawach barbarzyńska, nie jest chrześcijańska,
nie ma korzeni w naszej kulturze. U nas może być przyjmowana tylko w niektórych
działach gospodarczych. Konkurs powszechny jest rodzajem mitu, oczywiście
złudnego i szkodliwego. Trzeba pamiętać, że Kopernik, Kant, Einstein nie mogli
wygrać żadnego konkursu na uczelniach. Przede wszystkim nie wolno zapominać o
kategoriach moralnych, od czego dzisiejsze życie publiczne
abstrahuje.
Pracownik naukowy będzie mógł mieć etat najwyżej na dwóch
uczelniach. Ma się za to zatrudniać dużo wykładowców z zagranicy. Ciekawe, że
nie możemy reformatorom wytłumaczyć, iż brakuje pieniędzy dla naszych
profesorów, a zagraniczna sława, np. noblista, bierze ok. 30 tysięcy dolarów za
wykład. Taki profesor jest jak gwiazdor, można go angażować z banalnymi często
wykładami, które nieraz zakładają, że my niczego nie wiemy.
Każdy student
uczelni państwowej otrzyma pulę punktów, która zapewni mu darmowe studia. Po
wyczerpaniu punktów kolejne studia będą już płatne. Na dwóch darmowych
kierunkach jednocześnie będą mogli studiować jedynie studenci wybitni, a będzie
to ok. 10 proc. z danego kierunku (minister już wie, ilu będzie w każdym roku
wybitnych). Na pomoc materialną dla studentów trafi 75 proc. wszystkich środków.
Nie będzie stypendiów naukowych, tylko socjalne. Mają być podniesione pewne
bezpłatne usługi dla wszystkich studentów, tak uczelni publicznych, jak i
niepublicznych. Darmowe mają być wszystkie egzaminy, także te powtarzane, oraz
dyplomy. Za przewody doktorskie, habilitacyjne i profesorskie płaci albo
pracodawca, albo sam zainteresowany. Tyle że dokument nie bierze pod uwagę, iż
biedniejszy kandydat nie będzie mógł opłacić przewodu, który dużo kosztuje.
Doktorat
Omawiany dokument chce mnożenia doktoratów, ale
dla podniesienia ich jakości żąda przesiewania licencjuszy przed magisterium,
magistrów przed studiami doktoranckimi i doktorów przed habilitacją. Trzeba
zauważyć, że już np. Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie nie dopuszczał kiedyś
do doktoratu magistra, który miał tylko „dostateczny”. Ale tę zasadę odrzucono,
bo oceny bywają bardzo często nietrafne lub przypadkowe. Nieraz ktoś w wąskiej
dziedzinie może się okazać geniuszem, a we wszystkich innych bardzo słaby. I
trzeba szerzej siać, bo nie każde ziarno wschodzi. A zresztą często genialni
profesorowie specjaliści są słabi w pedagogii i psychologii.
Dokument mówi,
że w Polsce rocznie uzyskuje stopień doktora nauk 5 tys. osób, ale to wciąż za
mało, bo coraz większa liczba doktorów będzie znajdowała zatrudnienie w
gospodarce i w sektorze publicznym. Tymczasem trzeba pamiętać, że ideologia
unijna nie chce zbyt wielu ludzi wysoko wykształconych, ale biednych. Podobnie w
Ameryce, według badań, firmy nie chcą przyjmować ludzi po wyższych studiach,
wolą ludzi tylko praktycznych. Trzeba pamiętać, że nadchodzi kultura czysto
ekonomiczna w rodzaju marksistowskim, gdzie wiedza jest oceniana tylko pod kątem
gospodarczym, a nie humanistycznym.
Dokument próbuje pogodzić dwa
przeciwieństwa: pomnożenie doktoratów przez skrócenie procesu doktorskiego, a
jednocześnie podniesienie poziomu doktoratów. I myślę, że się to nie udało. Już
na przykład warunkiem otwarcia przewodu doktorskiego ma być minimum jedna
publikacja w indeksowym czasopiśmie naukowym o zasięgu co najmniej krajowym lub
udział z prezentacją na międzynarodowej konferencji naukowej posiadającej wysoką
rangę. Autorzy projektu chyba spadli z księżyca. Te warunki bardzo przedłużają
proces doktorski, poza tym bywają po prostu niemożliwe do spełnienia, a czasami
są trudne nawet dla profesorów. Już za PRL żądano publikacji przed doktoratem,
ale okazało się to nieżyciowe. Niech prawodawcy nie zaczynają dziejów świata od
siebie, lecz niech uwzględniają także historię.
Praca doktorska będzie mogła
być monografią lub zbiorem artykułów drukowanych czy przyjętych do druku.
Niedawno dopuszczano do habilitacji zbiór artykułów, ale okazało się to za słabe
lub nawet niespójne.
Żaden recenzent nie może być zatrudniony na uczelni, w
której jest obrona, ani na uczelni macierzystej doktoranta. A jeśli specjalista
w ścisłym znaczeniu jest tylko na własnej uczelni, to co?
Jeśli rozprawa ma
być przygotowana w języku obcym, to – jak zrozumiałem – poza pracami z
filologii, tylko w języku angielskim. A jeśli ktoś był wiele lat w Niemczech lub
we Francji i tam napisał rozprawę, to w Polsce już nie może jej bronić, tylko
musi tłumaczyć pracę na polski lub angielski?
Egzamin z języka obcego
nowożytnego ma być zastąpiony wymogiem posiadania zewnętrznego dokumentu
potwierdzającego znajomość jednego z nowożytnych języków obcych. Co to znaczy
„zewnętrznego”: czy w stosunku do wydziału, czy uniwersytetu, czy kraju? Zresztą
wymóg znajomości języka obcego jest w ogóle zbyteczny, tuż przed doktoratem nikt
się obcego języka dobrze nie nauczy. Musiałby pojechać do danego kraju na kilka
lat. Znajomość języków obcych jest bardzo istotna i w nauce, i w życiu, ale nie
musi być wymogiem koniecznym, chyba że z powodu kompleksu polskiego. Taki
nieżyciowy wymóg będzie znowu jakoś omijany.
I wreszcie w dokumencie
kilkakrotnie pojawia się zdanie, że ustalenie obowiązku pokrycia kosztów
przewodu doktorskiego, habilitacyjnego i profesorskiego przez pracodawcę lub
samego zainteresowanego służy temu, „aby przewód prowadzony był jak najbardziej
rzetelnie” (s. 51). Człowiek obawia się, że u podstaw tego zdania leży
materializm ekonomiczny lub przyrodniczy Jakoba Moleschotta, według którego
wartość nauki zależy od pieniędzy.
Habilitacja
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego
wystąpiło w 2008 r. z wnioskiem zlikwidowania habilitacji w ogóle. Natrafiło
jednak na opór większości naukowców polskich. W „Założeniach” jest widoczny
pewien kompromis, pewna namiastka habilitacji przeniesiona z uniwersytetu do
Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów (CK). Jakie więc będą
nowości?
Nie będzie potrzeby pisania rozprawy habilitacyjnej. Przedmiotem
oceny będą „osiągnięcia i aktywność badawcza po doktoracie”. Wniosek o wszczęcie
procedury zgłasza sam zainteresowany do CK i wskazuje radę właściwą do nadania
stopnia naukowego. Jeśli jedna rada nie przyjmie wniosku, to może to zrobić
druga lub trzecia itd. Ostatecznie zdecyduje CK. Nie patrzy się na to, że
uczelnie nie tylko między sobą konkurują, ale też często wprost się
zwalczają.
Habilitacja nie będzie więc dziełem uczelni macierzystej, lecz
raczej Centralnej Komisji ds. stopni i tytułów. Nie będzie kolokwium ani wykładu
habilitacyjnego, przewód ma być ukończony w ciągu 6 miesięcy. „Rolą CK – czytamy
w „Założeniach” – będzie powołanie doraźnej Komisji do Przeprowadzenia
Postępowania Habilitacyjnego oraz wybranie do niej 2 recenzentów i 2 członków
Komisji, pozostałego recenzenta i 2 członków Komisji wybierać będzie wskazana
przez habilitanta rada naukowa” (s. 54). Komisja zatem będzie liczyła co
najmniej 7 osób. Nie jest wyraźnie powiedziane, czy uchwałę o nadaniu stopnia
doktora habilitowanego podejmuje sama Komisja, czy też razem z radą wydziału lub
radą naukową, ale raczej to drugie.
„Założenia” podają, że ocena osiągnięć
naukowych ma się dokonać na podstawie „kryteriów jednoznacznych i mierzalnych”.
Mają to podać akty wykonawcze. A więc teraz już nie będzie uznaniowości ani
kumoterstwa, ani subiektywności. Będzie zapewne już też zbyteczna prawość
etyczna. „W szczególnych i uzasadnionych rzetelnością postępowania
habilitacyjnego przypadkach – czytamy w „Założeniach” – Komisja będzie mogła
przeprowadzić rozmowę z habilitantem w zakresie jego dotychczasowego dorobku
oraz przyszłych planów naukowych” (s. 53). Nowelizacja będzie bardzo postępowa i
doceni plany naukowe habilitantów.
Nowością jest też, że rektor może mianować
kogoś doktorem habilitowanym. Otóż może zatrudnić na stanowisku profesora
nadzwyczajnego i wizytującego bez procedury habilitacyjnej zwykłego doktora, nie
tylko cudzoziemca, ale i Polaka, który uzyskał doktorat za granicą, jak również
obywatela polskiego, który robił doktorat w Polsce, ale przebywał 5 lat za
granicą, kierował jakimś zespołem naukowym, wypromował przynajmniej jednego
doktora i ma znaczący dorobek. Nie musi wówczas zasięgać opinii Centralnej
Komisji.
Tytuł profesora
W 2009 r. tytuł naukowy profesora
posiadało 14 088 osób, w tym 44 proc. powyżej 70 lat. A zatem nowe prawo chce
ten zespół „odmłodzić”.
Wniosek o przyznanie tytułu wnosi sam zainteresowany
do wybranej przez siebie rady wydziału lub instytutu. Ocena będzie
przeprowadzona przez pięciu recenzentów, z których żaden nie może pochodzić z
instytucji, która kandydata zatrudnia. Rada naukowa przedstawi do CK listę co
najmniej 10 przegłosowanych kandydatów zewnętrznych do Centralnej Komisji, ona
zaś ma wyznaczyć 5 kandydatów, ale nie jest zobowiązana do przyjęcia kogokolwiek
z tej listy. Tak ma być gwarantowana obiektywność.
Recenzenci mają miesiąc na
napisanie „ankiety”. Tak, nagle wyskakuje w dokumencie termin „ankieta” zamiast
recenzji. Zaraz będzie podane, że odchodzi się od terminu „recenzja” na rzecz
„ankiety”. Ale jeśli tak, to myślę, że i zamiast terminu „recenzent” trzeba
używać terminu „ankieter”. Dodam, że takie ankiety stosowano przed wojną, i co
do habilitacji, i co do profesury. Na 5 ankiet wystarczą 3 pozytywne. Rada
naukowa zapoznaje się z treścią ankiet, przeprowadza dyskusję i głosuje. Po
wyniku pozytywnym kieruje wniosek do CK o nadanie tytułu.
„Minimalnymi
wymaganiami – piszą w „Założeniach” – przy wystąpieniu o nadanie tytułu
profesora będą: posiadanie stopnia doktora habilitowanego lub statusu profesora
wizytującego, szeroki rezonans prac naukowych, doświadczenie w kierowaniu
zespołami badawczymi, skuteczność w zdobywaniu funduszy na badania, staże
naukowe oraz praca w zagranicznych instytutach naukowych, wypromowanie co
najmniej jednego doktora oraz wielokrotne recenzowanie prac doktorskich i
habilitacyjnych” (s. 56). Jest tylko problem, czy brać pod uwagę wszystkie te
elementy łącznie, czy tylko niektóre. Przy tym wątpliwości budzi sformułowanie
„szeroki rezonans prac naukowych”, np. czy ich miażdżąca krytyka to też
rezonans? No i ten materialistyczny walor „skuteczności w zdobywaniu funduszy na
badania”, wybitny naukowiec bowiem nie ma ani sposobności, ani czasu, żeby się
tym zajmować, np. czynny kardiochirurg.
Niby ma nastać wielka autonomia
uniwersytetów, tymczasem według omawianej nowelizacji cała uczelnia, a zwłaszcza
wykładający mają być ciągle kontrolowani w ich pracy. Ocena nauczycieli
kontraktowych ma się zaś odbywać nie rzadziej niż raz na dwa lata, a mianowanych
(na stałe) – raz na cztery lata. Otrzymanie negatywnej oceny może stanowić
podstawę do usunięcia jednych i drugich, a po dwóch ocenach negatywnych muszą
zostać z pracy usunięci. Będzie to rygor jak w obozie pracy. Tym bardziej że w
ocenach biorą udział i studenci – taka studentokracja. Studenci studiujący
płatnie są pracowici i na ogół zdyscyplinowani i dobrze oceniają profesora
wymagającego. Natomiast studenci niepłacący są bardzo często w konflikcie z
wymagającym wykładowcą. Znam pewnego profesora etyki, który chcąc potwierdzić
swoje wysokie mniemanie o swej pracy, rozpisał tajną ankietę. Po obejrzeniu jej
wyników się załamał. Bardzo wielu – tak dla sportu – nawymyślało mu nie tylko,
że się śpi na jego wykładach i że ma słabą wiedzę, ale także wprost, iż jest
idiotą, bo nie wykładał etyki liberalistycznej. Również Leszek Kołakowski mówił,
że po wyjeździe z Polski podjął wykłady w Berkeley. Ale tamtejsi słuchacze tak
się darli i rozrabiali, że nie mógł ich przekrzyczeć, i przeniósł się do
Oksfordu, gdzie prowadzi się badania naukowe. Bez badań wiadomo, jaką daliby mu
opinię studenci z Berkeley. Dużą rolę na wykładach z humanistyki odgrywa
światopogląd. Kiedy wybitni uczeni i myśliciele katoliccy dostali wykłady na
Sorbonie: Henri I. Marrou w roku 1945, a Jean Guitton w roku 1955, to studenci
przez prawie pół roku ich bojkotowali, prowokowali, głośno rozmawiali, jedli,
siedzieli tyłem, całowali się, głównie dlatego, że wykładający byli katolikami.
Jaką by studenci wystawili ocenę?
Poza tym jeszcze raz trzeba powtórzyć, że
nie ma sensu likwidacja studiów 5-letnich i podział na licencjackie i
magisterskie zgodnie z Konwencją Bolońską. Chyba bowiem w większości dyscyplin
docelowe jest tylko magisterium, np. w medycynie, psychologii, filozofii,
teologii, fizyce, astronomii itd. Taki podział ma na celu niewątpliwie obniżenie
poziomu wykształcenia większych rzesz społecznych i przygotowanie ich jedynie do
roli robotników fizycznych usługowych. Taka jest ideologia liberalistyczna.
I
wreszcie w „Założeniach” jest napisane (s. 58), że członkiem CK powinien być
profesor „o największym autorytecie naukowym”. Ale jednocześnie dodają, że do CK
może być wybrany profesor „bezpośrednio aktywny naukowo”, który w ocenianych
latach opublikował 1 artykuł w wyróżnionym przez premiera czasopiśmie lub 1 do 3
artykułów w czasopiśmie recenzowanym. Może to jakiś żart. Przecież do tej pory
członkiem CK mógł zostać jedynie profesor o olbrzymim dorobku naukowym.
„Strategia rozwoju”
Na polecenie Ministerstwa Nauki i
Szkolnictwa Wyższego firma Ernst & Young oraz Instytut Badań nad Gospodarką
Rynkową opracowały 3 lutego br. strategię rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce
do roku 2020. Ujęła ona problem w 10 punktach („Gazeta Wyborcza”,
17.02.2010).
1. Państwo kontraktuje bezpłatne kierunki również na uczelniach
niepublicznych, studenci poza kontraktem płacą. (A więc państwo kontraktuje
sobie studentów i w ten sposób zniewala ich finansowo).
2. Podział uczelni
na: college’e, uczelnie zawodowe, akademickie badawcze. (Studia licencjackie są
rodzajem college’u).
3. Zamiast studiów zaocznych i wieczorowych – te same
studia co dzienne, rozłożone na więcej semestrów. (Takie studia będą trwały
bardzo długo).
4. Centralny system rekrutacji. (Znaczy to, że studenci będą
poddani całkowicie programom ekonomicznym, socjalnym i politycznym państwa, a
wybieranie kierunku studiów będzie raczej sterowane).
5. Likwidacja
państwowych stypendiów naukowych (mogą je nadal fundować np. pracodawcy), więcej
stypendiów socjalnych. (Ma to być ścisłe podporządkowanie studiów gospodarce w
myśl marksizmu).
6. Uczelnie państwowe nadal otrzymują od państwa dotacje.
(Tak jakby finansowanie uczelni było tymczasowe i z łaski ministerstwa).
7.
Można być profesorem bez habilitacji – decyduje uczelnia. (Tak jest w USA i w
wielu innych państwach, gdzie profesura jest raczej losowa, a nie
wypracowywana).
8. Obowiązek mobilności kadry, m.in. nie wolno przez dwa lata
zatrudniać doktora na macierzystej uczelni. (Ma to być taka przymusowa aborcja
adiunktów, bardzo szkodliwa dla nauki i dla tworzenia „szkół intelektualnych”.
Oto profesor, który kształtuje sobie przez lata asystentów – w swojej
specjalności i w swoim kierunku, kiedy porobią oni doktoraty, musi ich wyrzucić
co najmniej na dwa lata i szkolić innych od zera. Coś z podobnej mobilności
kadry istniało dawniej w niektórych szkołach zakonnych; jeden profesor wykładał
jakiś przedmiot np. przez trzy lata, potem odchodził, a na jego miejsce
przychodził drugi. Było to pozbawione całkowicie sensu, choć miała to być
„demokracja”. Uczelnia musi mieć swoich wychowanków, to jest prawo
natury).
9. Uczelnie same określają wysokość pensji pracowników. (Jest to
prosta pochodna traktowania uniwersytetu nawet z jego wydziałami humanistycznymi
jako „gospodarstwa rynkowego” i przy tym prywatnego).
10. Nad uczelnią czuwa
rada powiernicza, wybiera ona rektora. (Będzie to już pełna prywatyzacja
uniwersytetu, pozbawienie go autonomii społecznej i politycznej i uzależnienie
poglądowe od rady, właścicieli czy sponsorów).
Przedłożona nowelizacja Prawa
o szkolnictwie wyższym jest niewątpliwie bardzo pracowita, ambitna, wyrasta z
wielkiego zapału reformatorskiego i jest bardzo optymistyczna. Jednak według
mnie, są to magni passus extra viam – wielkie kroki, lecz poza drogą. Wydaje
się, że grzeszy ona duchem radosnej twórczości i idealizmu, brakiem realizmu, a
przede wszystkim dużymi naleciałościami błędnych koncepcji liberalizmu
amerykańskiego i unijnego, chce traktować w gruncie rzeczy uczelnie tylko jako
wartości gospodarcze, jest dotknięta kompleksem niższości polskiej tradycji
naukowej (prof. J. Czapiński) i w ogóle jawi się jako akt obcej nam kultury.
Gdyby ta nowelizacja miała wejść istotnie w życie, to znowu powinna być mocno
skorygowana, a także ściśle zredagowana przez prawników, żeby usunąć pewne
niespójności, nieokreśloności, język życzeniowy i fantazyjność. W takiej postaci
nie powinna w ogóle wejść w życie, a już całkowicie wykluczone, żeby stało się
to 1 października tego roku. Byłoby to wysoce nieodpowiedzialne, a zresztą
praktycznie niemożliwe do wykonania. Mamy jakiegoś pecha w Polsce od lat.
Reformy oświaty są dokonywane co roku, a co dwa lub trzy lata – reformy
szkolnictwa wyższego. Każdy nowy minister chce się oderwać od tradycji,
krytykuje ostro poprzednika, patrzy na wszystko przez pryzmat ideologii swojej
partii politycznej i uważa, że cały świat zaczyna się od niego.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
