Jak przepchnąć Komorowskiego
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski ma już niemal w kieszeni
nominację Platformy Obywatelskiej na kandydata na prezydenta. Już wiadomo, że
żadnych partyjnych prawyborów nie będzie, a pretendenta wskaże zarząd partii.
Premier Donald Tusk uznał, iż tylko w ten sposób może zapewnić nominację
Komorowskiemu, którego w prawyborach prawdopodobnie pokonałby Radosław Sikorski.
Ale chodziło też o to, aby uniknąć ostrej rywalizacji między kandydatami, która
mogłaby rozbić PO.
Z rychłej decyzji zarządu Platformy najbardziej zadowolony powinien być…
prezydent Lech Kaczyński. Nawet przychylni PO politolodzy i komentatorzy
przyznają, że marszałek Sejmu nie jest pewnym kandydatem do zwycięstwa w
jesiennych wyborach. Bronisław Komorowski, który od dawna marzy o prezydenturze,
może doznać bolesnej porażki.
Spekulacje na temat prawyborów uciął szybko
rzecznik rządu Paweł Graś, który powiedział w Polskim Radiu, że kandydata PO na
prezydenta wskaże jednak zarząd partii, a nie wszyscy jej członkowie. I taka
decyzja może zapaść jeszcze w lutym. Nie stanie się to jednak jutro, bo – jak
poinformował rzecznik Paweł Graś – planowane na ten dzień posiedzenie Zarządu
Krajowego PO zostało w ostatniej chwili przeniesione na następny tydzień i
odbędzie się nie wcześniej niż 16 lutego. Oficjalny powód przełożenia obrad to
nieobecność kilku polityków, w tym wiceprzewodniczącej partii Hanny
Gronkiewicz-Waltz. – Nie wiem, czy we wtorek marszałek Komorowski otrzyma
nominację. Niewykluczone, że dojdzie jeszcze do jakichś formalnych wewnętrznych
konsultacji. Ale sprawa jest przesądzona, bo marszałka popiera premier Donald
Tusk, który wie, że podczas prawyborów lepszy mógłby się okazać minister spraw
zagranicznych Radosław Sikorski. A na pewno większość zarządu poprze wniosek
premiera, bo jest niechętna Sikorskiemu – zastrzegał jeden z posłów
Platformy.
Potwierdzeniem poparcia dla Bronisława Komorowskiego ze strony
kierownictwa partii są wypowiedzi wielu prominentnych działaczy PO otwarcie
deklarujących, na kogo oddadzą głos – i że będzie to marszałek Sejmu. Tak sprawę
stawia m.in. Grzegorz Schetyna, szef klubu parlamentarnego, który zasiada w
zarządzie. Zapewne tak samo jak Tusk będą głosować m.in. minister infrastruktury
Cezary Grabarczyk, były szef gabinetu premiera Sławomir Nowak, prezydent
Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz i poseł z Bielska-Białej Tomasz Tomczykiewicz.
– Będę głosował na Sikorskiego – deklaruje co prawda poseł Jarosław Gowin, ale
takich jak on jest w zarządzie PO mniejszość, w dodatku nikt z nich nie składa
oficjalnie już teraz takich deklaracji jak Gowin. Nie można wykluczyć, że za
Sikorskim padnie tylko ten jeden głos, bo sam zainteresowany, podobnie jak
Komorowski, zapewne wstrzyma się od głosu lub nie weźmie udziału w głosowaniu
zarządu. A pozostali poprą wniosek Tuska.
Lepszy mierny, ale wierny?
Przeważyły bowiem obawy premiera i jego otoczenia, że Radosław Sikorski jest
politykiem nieprzewidywalnym, który po zajęciu miejsca w Pałacu Prezydenckim nie
musiałby być prezydentem przychylnym Platformie, na czym zależy Tuskowi. W
nieoficjalnych wypowiedziach przeciwnicy Sikorskiego wskazują u niego na brak
lojalności politycznej. To prawda, że Platforma ogromnie zyskała na tym, gdy
obecny szef dyplomacji porzucił PiS i wsparł PO, ale teraz istnieje obawa, iż
prezydent Sikorski mógłby porzucić PO, aby np. budować własny obóz polityczny,
bo dużych ambicji nikt mu nie odmawia. – Rzadko zgadzam się z PiS, ale akurat
słowa poseł Elżbiety Jakubiak o „zdrajcy Sikorskim” dobrze oddają także i
nastroje, i obawy większości z nas – mówi poseł PO. – Komorowski jest z nami
prawie od początku i na pewno poza Platformą nie ma dla niego przyszłości, a
Sikorski nieraz już dokonywał politycznych wolt – dodaje.
Politycy PO jednak
zdają sobie sprawę z tego, że wystawienie marszałka Sejmu przeciwko Lechowi
Kaczyńskiemu wcale nie daje gwarancji sukcesu, biorąc pod uwagę sondaże, z
których wynika, iż Komorowski, choć wygrywa z Kaczyńskim, to jednak znacznie
mniejszą różnicą głosów niż Sikorski (o mniej niż 10 proc., a i tak można
domniemywać, że poparcie dla potencjalnych kandydatów PO jest w tych badaniach
zawyżane). Także przychylni Platformie politolodzy i komentatorzy wskazują na
to, że zwycięstwo marszałka Sejmu nie jest tak prawdopodobne, jak ministra
Sikorskiego czy premiera Tuska. A przecież wiadomo, że w czasie kampanii
wyborczej wiele może się jeszcze wydarzyć i trzeba się liczyć ze spadkiem
poparcia dla kandydata PO, bo im bliżej głosowania, tym bardziej nastroje i
opinie Polaków będą się krystalizować, a wówczas potencjalni wyborcy Bronisława
Komorskiego, którzy wskazują na niego w sondażowych badaniach, przerzucą swoje
poparcie na Kaczyńskiego czy innych kandydatów.
Mało kto jest też przekonany,
że Komorowski ma w sobie charyzmę, dzięki której można skutecznie walczyć w
ostrej kampanii prezydenckiej. Ale Platforma Obywatelska i sam zainteresowany
liczą na to, iż kampania będzie się toczyła znowu pod hasłem walki z „państwem
PiS” – jak to już zwiastują podejmowane w internecie działania na razie
niemrawych „oddolnych” grup – co da dodatkowe punkty każdemu kandydatowi
PO.
Osoba z kierownictwa Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej
wskazuje też na spore ryzyko, które bierze na siebie marszałek Komorowski. Jeśli
bowiem przegra, to gwałtownie spadnie jego pozycja w partii. Na pewno Tusk,
szukając winnych porażki, wskaże na nieudolność samego kandydata. Nie można
wtedy wykluczyć i takiego scenariusza, że marszałek zostanie zmuszony do
złożenia honorowej dymisji z zajmowanego stanowiska. I to on byłby głównym
winowajcą tego, że prezydentem wciąż jest „ten Kaczyński”. Marszałek przystępuje
więc do ryzykownej gry i to dziwi osoby znające go bliżej, bo „Bronek raczej
unikał otwartych starć politycznych, odkąd zaangażował się w prawdziwą
politykę”. – Owszem, był dobry w zakulisowych akcjach, ale wybory prezydenckie
to co innego. I dlatego szanse Kaczyńskiego rosną. Ja akurat jestem za
Komorowskim, ale obawiam się, że mogę być w obozie przegranych – uważa jeden ze
współpracowników marszałka w czasach, gdy był on ministrem obrony narodowej. I
dodaje krytycznie, że w przeszłości nigdy nic nie wskazywało na to, aby
Bronisław Komorowski mógł myśleć o ubieganiu się o prezydenturę, i najwyraźniej
w PO jest krótka kadrowa ławka, skoro to marszałek ma walczyć o
prezydenturę.
Boją się prawyborów
Jednak od kwestii nominacji dla Komorowskiego nie mniej ciekawa jest
odpowiedź na pytanie, dlaczego przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald
Tusk zrezygnował z przeprowadzenia prawyborów. To prawda, że premier nie był
entuzjastą tego rozwiązania, ale miał o tym dyskutować z innymi członkami
zarządu. Teraz jednak zdecydował, iż prawyborów nie będzie. Po pierwsze, dlatego
że w toku wewnętrznej kampanii wyborczej rosłyby szanse Radosława Sikorskiego.
Wiadomo, że jest on bardziej medialnym politykiem niż Komorowski i tym samym
mógłby zdobyć sobie duże poparcie szeregowych członków PO, a na majowym
kongresie Platforma musiałaby tylko przyklepać jego nominację. Ale być może Tusk
poszedłby na takie ryzyko, odpowiednio sterując za pomocą partyjnego aparatu
prawyborami, tak aby pomóc Komorowskiemu – gdyby nie drugi, o wiele istotniejszy
argument przeciwko prawyborom: takie głosowanie mogłoby doprowadzić do ostrych
sporów wewnątrz partii, a nawet spowodować jej głęboki podział.
Gdy Paweł
Graś mówił o tym, że „nie ma potrzeby, aby kandydaci z ulotkami jeździli po
kraju, zabiegając o poparcie”, oddawał tok rozumowania i obaw premiera.
Prawybory mają bowiem to do siebie, że i tutaj kandydaci nie przebieraliby w
środkach, aby pokonać konkurentów. I ta walka na pewno byłaby często nieczysta,
a do mediów przeciekałyby informacje stawiające w bardzo niekorzystnym świetle
albo marszałka Sejmu, albo ministra spraw zagranicznych. Tusk chce uniknąć
„prania brudów”, wiedząc, że w ferworze politycznej walki Polacy mogliby poznać
wiele szczegółów dotyczących życia wewnętrznego PO, których partia na pewno nie
chce wyciągać na światło dzienne. W dodatku dzięki prawyborom konkurencja
dostałaby na tacy haki na każdego z potencjalnych kontrkandydatów Lecha
Kaczyńskiego czy Jerzego Szmajdzińskiego.
Ponadto prawybory niosłyby ryzyko
odbudowania przynajmniej części swoich wpływów w partii przez Andrzeja
Olechowskiego, gdyby rzeczywiście mógł w tej rywalizacji wystartować. Nie można
też zapominać o tym, że prawybory byłyby doskonałą okazją do budowania „struktur
poziomych” w PO, bo zarówno Komorowski, jak i Sikorski mogliby wykorzystać ten
czas do budowania własnych frakcji w partii. A nie po to Tusk walczył wcześniej
z Maciejem Płażyńskim, Janem Rokitą czy Olechowskim, usuwając ich z partii, żeby
teraz pozwolić na wyrośnięcie nowym liderom. Już teraz przecież tzw. frakcja
konserwatywna Jarosława Gowina otwarcie „gra na Sikorskiego”.
Poza tym
prawybory mogłyby oznaczać paraliż władzy, gdyż marszałek Sejmu bardziej byłby
zainteresowany swoją kampanią niż kierowaniem izbą, a rząd ma do przepchnięcia
przez Sejm i Senat wiele ważnych ustaw.
Uniknąć kompromitacji
Zresztą PO ma niezbyt dobre doświadczenia z prawyborami. Przeprowadzono je w
partii tylko raz – w 2001 roku, przed pierwszymi wyborami do Sejmu i Senatu, w
których startowała Platforma. Miał to być pokaz wewnątrzpartyjnej demokracji,
gdy kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych członków PO miało wskazać, kogo widzą
na swoich regionalnych listach wyborczych. Ten, kto zdobyłby najwięcej głosów,
miał być liderem listy.
Ale teoria szybko rozminęła się z praktyką. Działacze
prowadzili kampanię „sprawdzonymi metodami”, kupując poparcie kolegów różnymi
obietnicami. Ponieważ prawybory odbywały się w stolicy okręgu wyborczego, to
bardziej majętni lub mający dobrych sponsorów kandydaci posiadali pieniądze, aby
wynająć autokary i dowieźć swoich zwolenników na partyjne głosowanie. Narażali
się tym samym na krytykę swoich przeciwników, a potem o prawyborach rozpisywały
się gazety. Najgłośniejsze afery dotyczyły list PO w okręgu płockim i toruńskim,
gdy Tusk, Olechowski i Płażyński unieważnili prawybory. Okazało się, że Płocku w
urnach było o 12 kart do głosowania więcej, niż ich wydano, a różnica między
pierwszą a drugą osobą na liście wyniosła… 5 głosów. Natomiast w Toruniu
zarzucano kandydatowi Jackowi Janiszewskiemu, iż jego sztab kupował głosy, a na
prawybory przywożono nietrzeźwych głosujących, co miało wskazywać na sposób
kupowania tego poparcia. Przypadek Janiszewskiego nie był bynajmniej
odosobniony, podobnie miało dziać się w innych okręgach, jednak tamte sprawy
udało się zamieść pod dywan. Tym bardziej że kampania nieraz pokazywała swoje
ostre oblicze, gdy o miejsce na liście bezpardonowo walczyli między sobą byli
członkowie Unii Wolności, z których jedni zakładali Platformę Obywatelską, a
inni odeszli do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego i dopiero później dołączyli
do PO (jak marszałek Komorowski).
Te personalne podziały zapoczątkowane w
2001 roku w niektórych przypadkach trwają zresztą do dziś i dlatego Donald Tusk
wie, że prawybory niosą ze sobą zbytnie ryzyko powstania dużego rozłamu w
partii, co może zagrozić sprawności organizacyjnej PO przed trzema kampaniami
wyborczymi, jakie czekają nas w ciągu najbliższego półtora roku (prezydencka,
samorządowa i parlamentarna).
W 2005 roku listy ustalał już tylko partyjny
aparat, bo Donald Tusk i Grzegorz Schetyna nie chcieli stracić nawet na moment
kontroli nad procesem wyborczym. W ten sposób mogli dyscyplinować swoich ludzi,
ponieważ niepokornym groziło wyrzucenie z list lub wpisanie na tak odległe
miejsce, że zdobycie mandatu było nierealne.
Tylko że niezadowolenia członków
PO i tak nie da się uniknąć. – My byliśmy za prawyborami. Wielu członków
Platformy liczyło na to, że partia zapyta nas o zdanie w tej podstawowej
kwestii: kto ma być naszym kandydatem na prezydenta, skoro ze startu wycofał się
premier – mówi nam przedstawiciel zarządu powiatowego PO z Mazowsza. – Trzeba
było nie rzucać takiego pomysłu, a potem się z niego wycofywać rakiem – dodaje
pod adresem zarządu swojej partii.
Krzysztof Losz
