Święta i nieświęta nuda

Na koniec z trzaskiem sali drzwi

na wściąż otwarto.

Wchodzi Pan Wojski w czapce

i z głową zadartą,

Nie wita się i miejsca za stołem

nie bierze:

Bo Wojski występuje w nowym

charakterze,

Marszałka dworu (…)

Wskazuje wszystkim miejsca i gości usadza.

Trzask otwieranych nagle wielkich dwuskrzydłowych drzwi może się wydawać dźwiękiem banalnym, ale to od jego przywołania rozpoczął Dwunastą Księgę „Pana Tadeusza” Adam Mickiewicz. Dźwięk odgrywał ważną rolę w dramaturgii wydarzenia. Należał do subtelnego świata doznań, który nasycał dusze dzieci i poetów poczuciem niezwykłości tego, co realne.

Drzwi nie mogły być otwierane ci cho, bo początek musiał być efektowny. Niczym odsłonięcie kurtyny przy dźwiękach fanfar. A przecież nie chodziło o spektakl, tylko o spotkanie osób w prywatnym domu. Czy dziś ucho poety albo dziecka – tak czułe na pełne znaczeń dźwięki – wyłowiłoby ten dźwięk spośród tysiąca innych? Czy my, dzisiejsi Polacy, odczytalibyśmy subtelny sposób respektowania hierarchii, kunszt uważnego usadzania gości, każdego na specjalnym jemu przeznaczonym miejscu? Czy odkrylibyśmy znaczenie postawy Wojskiego, którego godność majordomusa pozwalała wkroczyć do jadalni „w czapce i z głową zadartą”? A podczas kulminacyjnego momentu uczty weselnej, gdy na stół wjechały zagadkowe półmiski wypełnione tajemniczymi daniami – których same nazwy mogą przyprawić o zawrót głowy – czy nie bylibyśmy odrobinę spłoszeni, jak się do nich zabrać?

Dalej inne potrawy,

a któż je wypowie!

Kto zrozumie nieznane

już za naszych czasów,

Te półmiski kontuzów,

arkasów, blemasów,

Z ingredyencyami pomuchl,

figaletów,

Cybelów, piżm, draganów,

pinelów, brunellów…

Przyjęcie jak dzieło sztuki

Tak elegancki był niegdyś w naszym kraju sposób podwyższania temperatury spotkania, a zarazem utwierdzenia zebranych osób, że są uczestnikami widowiska, które ma wiele wspólnego ze sztuką. Biesiada przy stole – wydawałoby się, fakt dość zwyczajny – bywała w polskich domach wydarzeniem artystycznym, godnym uwiecznienia jej przez pióro wieszcza. Bywała prawdziwym świętem. Świętem rodzinnym. Przy takich stołach miejsce znajdowali wszyscy – rodzice, dzieci, przyjaciele. Po takich biesiadach powstawały nawet księgi, jak pisze Mickiewicz. Wszystko zapisano – przemówienia, dowcipy, kolejność dań – na pamiątkę „owych biesiad sławnych, /Które dawano w domach Panów starodawnych, /Gdy Polska używała szczęścia i potęgi”.

Dlaczego warto o tym wspominać tuż przed Świętami Bożego Narodzenia? Kluczem jest słowo: tęsknota. „Tęsknota do ojczyzny wiernej swym odwiecznym kształtom wyraża się również trwaniem bohaterów przy narodowym stole. (…) w soplicowskim centrum polszczyzny obok herosów jest miejsce dla kustoszów narodowego obyczaju, który ktoś przecież musi pielęgnować, bo on ma trwać, gdy zemsty lwie przehuczą ryki…” (Stanisław Falkowski, Ciężkie norwidy).

Właśnie, ktoś musi pielęgnować. Ale kto? Komu przypada dziś ta rola?

Prawda to czy bajka?

Tęsknota pojawia się w wielu młodych sercach, w rodzinach, w których rodzą się dzieci. Uczta staropolska to symbol. Nie należy go lekceważyć, gdy myśli się serio o rodzinie i o polskości. Symbol głęboko chrześcijański, który nie pozwala zapomnieć, że jesteśmy na świecie nie z powodu jakiegoś błędu czy przypadku, lecz z miłości. A zatem tęsknota – wręcz głód posiadania wzorca życia, które jest tak bardzo nasze, które odzwierciedla naszą kulturę i duchowość, a zostało niemal całkowicie zapomniane, a przy tym wyśmiane przez świat tzw. realnej fikcji, który wykreowano na użytek odbiorców codziennej paplaniny w różnego rodzaju popularnych mediach – dla wszystkich pokoleń, w szczególności zaś dla dzieci. Ten rodzaj polskiego życia, życia pełnego splendoru, nie jest już znany z autopsji, a kołacze się w snach, w marzeniach, przeczuciach – niczym echo w pustej sali. Echo czegoś odległego, nieuchwytnego, a zarazem bardzo bliskiego. „My – krakowianie”, pisze Ryszard Legutko – „nawet w pierwszym pokoleniu jak moje, nawet tak, jak moja rodzina ledwie aspirująca do inteligencji – uważaliśmy się za nosicieli dobrego obyczaju, pamięci historycznej, inteligenckości, ogłady, stabilności, cnót mieszczańskich oraz zakorzenionego w doświadczeniu rodzinnym antykomunizmu. My byliśmy żywym doświadczeniem zbiorowym…” („Esej o duszy polskiej”).

To starsi. Tymczasem uwagę młodej polskiej widowni przykuwa nie „doświadczenie zbiorowe”, a fikcyjne życie wymyślonych postaci, bohaterów istniejących tylko na ekranie. Prawdziwe życie wydaje się pozbawione uroku. Świat wymyślony hipnotyzuje – znajdują się w nim wszelkie atrakcje treści i formy w skondensowaniu, jakiego nie zna żadna epoka, żadna kultura.

Żeby wyjść z tego stanu hipnozy, potrzebna jest twórcza postawa wobec własnego życia. Przyjęcie założenia, że nie muszę (bo kto mógłby mnie do tego zmusić?) jako osoba – i nie musimy jako rodzina – popadać w jakąkolwiek rutynę. W jakimkolwiek obszarze życia: duchowego, intelektualnego i codziennego, praktycznego. (Czują to dobrze niektórzy ludzie mieszkający na wsi, w ich umysłach ocalone zostało przeświadczenie o cudowności stworzenia!). Stać mnie – zostałem po to stworzony z miłości przez nieskończonego Boga – by odkryć własne niepowtarzalne możliwości. I w sposób świeży, jedyny w swoim rodzaju, niepodpowiedziany przez nikogo z zewnątrz – żadnego złotoustego doradcę, żaden seryjny poradnik – wykorzystać je w moim życiu rodzinnym. Dla dobra moich dzieci. Kultura telewizyjno-komputerowa zabija tę postawę. Wpycha nas w kostium rozkapryszonego konsumenta, który uspokaja się dopiero wtedy, gdy dostaje kolejną porcję nowych – a w sumie takich samych – taniutkich rozrywek, nowych gadżetów informacyjnych, nowych odcinków serialu. Stajemy się wtedy obliczalni, jak mechaniczne zabawki, które wystarczy w jednym miejscu nacisnąć, by uczyniły jakiś ruch, wydały jakiś dźwięk.

Warto żyć na przekór rutynie

Rutyna może zabić wspólnotę rodzinną i narodową. Popadając w nią, naprawdę można uwierzyć, że rodzina (tak, jak ojczyzna) jest mechanizmem, nie organizmem. Że ma reagować jak pies Pawłowa, automatycznie, a nie z namysłem, rozważnie, po zastanowieniu się tak, jak to czyniono zawsze w Polsce, gdy byliśmy duchowo wolni.

„Rodzino, stań się tym, czym jesteś. Rodzino, uwierz w to, czym jesteś” – nawoływał Jan Paweł II.

Warto dać się zaskoczyć wydarzeniom, jakie Pan Bóg dla nas przygotował.

O wadze rodzinnego splendoru doskonale wiedział francuski myśliciel Louis Ambrois de Bonald, który w połowie XIX wieku w przeczuciu zwycięskiego pochodu nowoczesności, technologii i informacyjnego zgiełku niosącego duchową pustkę pisał: „Gdyby w prowincjach i w każdej wiosce była jedna rodzina, posiadająca dostateczny majątek, aby zapewnić sobie utrzymanie, niezależne od zarobków i spekulacji finansowych, ciesząca się u mieszkańców wsi prestiżem, którym darzą oni zawsze posiadaczy starych i rozległych posiadłości. Gdyby ta rodzina, odznaczająca się zarazem pewnym splendorem życia, zaś na co dzień zachowująca skromność i prostotę, respektując surowe prawa honoru, dawała przykład wszelkich cnót i najwyższej godności. Gdyby dodawała ona do koniecznych wydatków związanych z jej stanem społecznym (…) tę codzienną dobroczynność, która na wsi jest nie tylko koniecznością, ale też cnotą. Gdyby zajmowała się jedynie obowiązkami życia publicznego lub była całkowicie oddana do dyspozycji państwa [autor „państwem” nazywa monarchię, nie republikę – E.P.-P.]. Czyż nie myślicie, że narody odniosłyby wielkie korzyści moralne i materialne dzięki takiej instytucji, która w tej czy innej formie istniała przez długi czas w Europie…” (L.A. de Bonald, Oeuvres Completes, tłum. Teresa Fernandes-Świątkiewicz).

"Obrońcy królestwa bez kresu i miasta popiołów"

Czy jedna rodzina (na jakimś większym obszarze) może być jakąkolwiek przeciwwagą? I na czym miałby polegać ten inny sposób życia? Zaskakiwać można domowników i przyjaciół nie tylko odmienną scenerią rodzinnych uczt, czyli codziennych wspólnych posiłków, z opowiadaniami, dowcipami, nowymi wariantami potraw, odmienną aranżacją stołu, zmieniającymi się funkcjami domowników, coraz czynniejszym i bardziej twórczym udziałem dzieci. Warto wrócić do dawnego ideału wychowawczego ziemiańsko-harcerskiego, gdy od najmłodszych lat uczono dzieci np. spostrzegawczości – na spacerach i wspólnych przyrodniczych wyprawach, postawy gotowości do pomocy starszym, młodszym i potrzebującym, uczono naprawy domowych sprzętów, robienia „czegoś z niczego” – także jeśli idzie o posiłki. (Reklamowane dziś w telewizji płatki z mlekiem jako żelazne menu śniadaniowe dzieci i młodzieży to symbol tego specyficznego dla naszych czasów przedłużania niemowlęctwa, epoki papek i kaszek, epoki infantylizmu, podczas gdy w dawnych domach chłopskich i szlacheckich dzieci dostawały na śniadanie barszcz z ziemniakami, żytnie kluski ze skwarkami i fasolę albo groch. Zdrowe, proste jedzenie odzwierciedlało zdrowe wychowanie duchowe). Hartowano ducha i ciało. (Harcerska sprawność „trzy pióra” zdobywana w środku lasu, w którym spędzało się dobę tylko z pudełkiem zapałek, nożem harcerskim i odrobiną soli). Rydwan z dwóch rowerów, balon własnej konstrukcji, który po kilku próbach oderwał się od ziemi, samodzielnie zbudowana łódź żaglowa, szałas – to etapy porywających dziecięcych zabaw w znanym mi domu z przedwojennymi tradycjami i zarazem etapy kształtowania umiejętności, które okazały się nieocenione w dorosłym życiu. „Nie zaniedbywać nauki o pięknie” – to jedna z tych koniecznych sprawności, którą powinni zdobyć polscy rodzice i wychowywane przez nich dzieci. A także umiejętność rozprawiania ze swobodą i znawstwem o tych, których życie dostarcza najwięcej wzorców dla wchodzących w dorosłość – o świętych i o ich nieprawdopodobnie barwnych życiorysach.

Dziś nie tylko rozrywka, ale także edukacja dzieci oznacza przede wszystkim wypełnianie ich głów płytką banalną informacją: w wielu przypadkach taką, która jest balastem. Informacją, która swoją natarczywą obecnością niszczy ciszę domu, tak że nie słyszy się jego gwaru, odgłosów przyrody zza okien i zapomina się o swoim własnym życiu, rezonując tym, co akurat ma do powiedzenia kołchoźnik czy gazeta, którą „czytają wszyscy”, jest niepotrzebna. Jest szkodliwa.

Bogactwo form życia rodzinnego i towarzyskiego, którego centralnym miejscem był dom rodzinny, zastąpił nieustanny huczny karnawał, który wypełnia wszystkie środki przekazu. Udział w nim ma jednak swoją cenę. Jest nią zmęczenie psychiczne. Ofiarą egzystowania w zaduchu tego nieustającego karnawału padają dzieci. Nadmiar rozrywek działać ma jako „środek znieczulający” na brak należytej uwagi ze strony najbliższych, na brak ich rozważnej mądrości w wychowaniu – czyli miłości (nie mylić z uczuciami). Ten środek aplikuje się głównie dzieciom i bezrobotnej młodzieży pod postacią nieustannego zawracania im głowy coraz to nowszymi gadżetami, grami komputerowymi i „przebojami”.

Babka Melchiora Wańkowicza, „pani na Nowotrzebach” – dzięki której sieroce dzieciństwo pisarza było szczęśliwe i pełne blasku – znana z surowości i praktyczności, którą łączyła z głęboką życiową mądrością, ugruntowanym patriotyzmem i religijnością, bynajmniej nie na pokaz, często powtarzała, że jest źle, gdy za długo na dom nie spadają żadne troski i nieszczęścia. Przeplatanie się chwil dobrych i złych, beztroskich, z tymi trudnymi, pełnymi cierpienia, świątecznych i monotonnych uważała za normalny stan rzeczy napawający głębokim optymizmem, otuchą i nadzieją. Nie znosiła sztucznie pompowanej do głów „radości”, a przyzwolenie na nadmiar rozrywek dla dzieci uważała za przejaw bezmyślności i wychowawczej ignorancji, nielicującej żadną miarą z chrześcijańskim stylem życia (por. „Szczenięce lata”). Wiedziała, że to, co wartościowe – nawet gdy jest zabawą, odprężeniem – ma nieść w sobie pokarm dla duszy.



Znam pewną rodzinę…


Czy to jednak są propozycje dla nas, dzisiejszych Polaków? Czy wracając do wzorców życia wypracowanych przez naszych mądrych przodków, nie popadamy w sentymentalizm, nie kopiujemy anachronicznych i sztucznych już modeli? Życie lubi sprawiać niespodzianki. Walec, jaki przetoczył się przez Polskę od tamtych czasów przynajmniej czterokrotnie, zniszczył niemal wszystkie materialne ślady dawnego życia, a jej licznych mieszkańców pozbawił poczucia zakorzenienia we własnej kulturze. „Polska, jaką znam i w jakiej żyłem od urodzenia, to Polska zerwanej ciągłości”, zaczyna swój „Esej o duszy polskiej” Ryszard Legutko. I dodaje, że jest ona krajem „poddawanym w ostatnich dekadach ciągłym przekształceniom, gwałtownym reorientacjom cywilizacyjnym, rewolucjom, restrukturyzacjom, transformacjom, normalizacjom”. Czy jednak zerwanej ciągłości nie da się naprawić?

Synowie Stanisława Kostki-Zamoyskiego wychowywani i kształceni w domu dzięki starannie obmyślanej przez ojca metodzie, dzięki jego wyobraźni i konsekwencji wcześnie potrafili być samodzielni i twórczy. Gdy mieli po 13 lat, ich czas przeznaczony na naukę wypełniony był czytaniem i tłumaczeniem tekstów łacińskich Juliusza Cezara oraz sztuką pisania listów. Znajomość arytmetyki i geometrii musieli umieć zastosować w praktyce. Powtarzali historię grecką i rzymską, z uwzględnieniem geografii. Jako 16-latkowie mieli kondycję intelektualną studentów. Czytali mowy Cycerona – oczywiście w oryginale – polskie mowy sejmowe, dawną „poezję bohaterską i dramatyczną”. Uczyli się również prawa polskiego i międzynarodowego, zajmowali się historią powszechną, pogłębiali wiadomości z fizyki, mechaniki i optyki. Czytali, pod kierunkiem ojca i nauczyciela, najwybitniejsze klasyczne dzieła. To było wykształcenie ku dobru i pięknu, a zarazem – bardzo praktyczne.

To wszystko było możliwe dzięki ojcowskiemu geniuszowi, który rozwijał umysły swoich dzieci systematycznie i wszechstronnie. Wiedział, że dzieciństwo i wczesna młodość są tym jedynym czasem, gdy pojąć można niemal wszystko – w potrzebnym wymiarze – i gdy charakter nabiera pożądanych cech, z punktu widzenia przyszłej roli męża, ojca, przywódcy, gospodarza, żołnierza czy męża stanu. Z podobnego założenia, by nie uronić ani sekundy z cennego czasu danego przez Boga, nie roztrwonić go na próżnych rozrywkach, nieistotnych z punktu widzenia dobra własnego czy rodziny, zajęciach, wychodziła Zofia Zamoyska z Czartoryskich (1780-1837), żona Stanisława. W liście do wychodzącej za mąż córki, Jadwigi, w którym dzieliła się swoimi życiowymi przemyśleniami, pisała: „Lubisz zajęcie, moja droga, niech ci to zamiłowanie pozostanie, jest to skarb nieoceniony, a jak próżnowanie, lenistwo są źródłem wielu błędów, nie licząc straty czasu, co znajduję zbrodniczym. Bądź czynna, nie odkładaj na jutro, co dziś zrobić można…”. Przestrzegała też przed nadmiarem zbyt lekkich lektur (nie więcej niż dwie, trzy rocznie). I zalecała: „Kształć swoje talenty, wydoskonalaj je, wszędzie, gdzie będziesz, zabierz stosunki z ludźmi utalentowanymi. Korzystaj z każdej sposobności, aby brać dobre lekcje literatury, muzyki, rysunku”.

Znamienne są wspomnienia Anny z Branickich Wolskiej, która wychowywała się przed wojną w pałacu w Wilanowie: „Rodzice wybudowali nam w parku mały domek zwany Dolinką. Chatka kryta była słomą. W izbie stały trzy krzesła, trzy miseczki, wisiały trzy ściereczki, a w klatkach mieszkały trzy króliki i trzy gołębie na stryszku. Wszystkiego po trzy dla trzech córek. Za tym domkiem był ogródek, a tam grządki, o które musiałyśmy same dbać, pieląc je i podlewając. W ten sposób przyzwyczajano nas do obowiązków”.

Stanisław Wielowieyski, syn właściciela tysiąchektarowego nowocześnie zorganizowanego majątku, w dużym stopniu uprzemysłowionego, wspomina: „Pomimo tego, że w domu była służba, wiele rzeczy musieliśmy, jako dzieci, robić samodzielnie. Byliśmy zobowiązani sami słać łóżka, ubierać się, czyścić sobie buty (…). Musieliśmy także zdobyć różne praktyczne umiejętności, na przykład umieć szyć (jako chłopcy!) – nawet wyszywać serwetki – mimo że dom zatrudniał specjalnych ludzi do tych zajęć. Obowiązkowo robiliśmy zabawki na choinkę. Doceniam dziś mądrość tego wychowania, gdy widzę wielu ludzi na wysokich stanowiskach, którzy nie rozumieją i nie czują tego, co się wokół nich dzieje (…). Dziś młodzież najczęściej nie ma pojęcia, ile wysiłku wkładało się niegdyś w codzienne czynności, i że można było, bez żadnego dramatyzowania, wyrzekać się wielu drobnych i większych przyjemności, po to, by – jak to się niegdyś mówiło – do czegoś w życiu dojść”.

Tak było wtedy. A dziś? Znam pewną rodzinę, która żyje daleko od metropolii. W skromnym domu nie brakuje radości. Tej najprostszej. Są rodzice i liczne rodzeństwo. Jest ogródek, pies i wiele książek. Dzieci nie znają szkoły i nie korzystają z telewizji, ale mają wiele obowiązków w domu. Oprócz sprzątania, uprawiania ogródka codziennie zasiadają do nauki pod okiem matki. Starsze czytają młodszym powieści historyczne i najpiękniejsze bajki. Choć rodzice z pewnością nie są „specjalistami” – nie ukończyli uczelni pedagogicznych, nie mają certyfikatów – dzieci poznają już drugi język obcy. Nie po to, by możliwa była „komunikacja” – komunikacja dobra jest dla maszyn – ale by czytać w oryginale arcydzieła literatury europejskiej.

„A wokół huczy wspaniałe życie

Rumiane jak rzeźnia o poranku”

Zbigniew Herbert


„Dystans rodzi bezstronność, oczyszcza z przypadkowych emocji, pozwala rozważyć istotę sprawy” – pisała o motywacjach polskich rodziców pod zaborami do walki o klasyczną edukację ich dzieci Irena Szypowska. Warto skorzystać z tej mądrości naszych rodaków ukształtowanej przez ich polskość, gdy zastanawiamy się nad koniecznością stworzenia wewnętrznej, rodzinnej linii oporu wobec dominujących tendencji w kulturze, oświacie, życiu politycznym, które rozwijają się w rytm skandowania haseł o „postępie, nowoczesności i demokracji”. Co przekłada się na instrumentalizację człowieka.

Przykład myślenia świeżo upieczonych absolwentów szkół polskich (stołecznych) przywołał w swym tekście w „Nowym Państwie” (nr 11/2009) Paweł Zyzak – historyk, autor książki o Lechu Wałęsie, wyklęty z przestrzeni publicznej, zatrudniony w charakterze magazyniera w supermarkecie. Zanalizował on wypowiedzi trójki młodych bohaterów programu „Warto rozmawiać” poświęcone rozrachunkom z komunizmem i dotyczące najnowszej historii Polski. Młodych ludzi dobrano tak, by prezentowali ponadprzeciętny poziom zainteresowania polską historią, a mimo to w zastanawiający sposób ich wypowiedzi były miałkie, konformistyczne i bojaźliwe. Zyzak dochodzi do wniosku, że dzisiejsi młodzi Polacy wychowani zostali w systemie, który nadzwyczaj skutecznie podważa zestaw wartości wynoszony z domów rodzinnych, zaszczepia nowomowę i pojęciowy zamęt, a poprzez wręcz perfekcyjny sposób promowania takich postaw pozostawia bohaterów tych zabiegów bezbronnych wobec indoktrynacji płynącej z mediów i programów szkolnych. W tekście Pawła Zyzaka pojawia się zaskakująca (ale tylko tych, którzy nie wierzą w możliwości rodzin i wychowawców, natomiast nadzieje pokładają w instytucjach) diagnoza: Istnieje w Polsce pewna grupa młodych ludzi, „która wymyka się przeróżnym sztuczkom psychomanipulacyjnym”. To grupa młodzieży, która została dobrze przygotowana w domach rodzinnych do tego, by rozumieć świat manipulacji. Do niej dołącza grupa, która z powodu kiepskiej kondycji materialnej rodzin nie ukończyła szkół. Nie ma też czasu, by śledzić medialną rzeczywistość. Dzięki temu jest bezpieczna. „Oprócz skromności i bystrości dysponuje jeszcze jedną cechą – otwartością”. Ci ludzie są pozbawieni uprzedzeń, w sposób naturalny dla młodości rządni poznawania prawdy, chłonni i spontaniczni. Są wśród nich koledzy Pawła Zyzaka z magazynu w supermarkecie.

Usłyszeć trzask otwieranych drzwi

Wśród pytań, jakie zadaje Paweł Zyzak, o przyczyny tak radykalnej zapaści moralnej i intelektualnej młodych pokoleń Polaków, najbardziej dramatycznie brzmi pytanie: „Pozwólcie, że zapytam, gdzie są rodzice tych dzieci?”.

Można je rozszerzyć o następne pytania: Gdzie są ich nauczyciele, wychowawcy – bezkompromisowi, ideowi, prawdziwi, odważni? „Od siedemdziesięciu lat wyczekujemy tęsknie ponownych narodzin”, pisze Ryszard Legutko, „by żyć życiem innym, niż dotychczasowe, wreszcie wolni od dawnych urazów, kompleksów i słabości. Myśl o radykalnym zaczynaniu od początku nie jest wyłącznie uporczywie się pojawiającą intelektualną fantasmagorią ani konstrukcją retoryczną, lecz odzwierciedla fundamentalne doświadczenie współczesnej Polski”.

A zatem spróbujmy zacząć od domowych ścian. Od nagle otwartych drzwi prowadzących do jasnego pokoju, gdzie zebrali się wszyscy. Ci, których kochamy. Rzęsiste światła, zapach potraw, błyszcząca zastawa.

Zaczyna się znów polskie święto.


Ewa Polak-Pałkiewicz
drukuj