Wolne słowo z podziemnej drukarni

Z Piotrem Hlebowiczem, działaczem NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych, Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników i „Solidarności Walczącej”, kurierem prasy podziemnej w okresie stanu wojennego, rozmawia Mariusz Bober

Gdzie zastało Pana wprowadzenie stanu wojennego?

– Działałem wówczas z moim ojcem, Jerzym Hlebowiczem, w lokalnej strukturze „Solidarności” Rolników Indywidualnych. Zakładaliśmy komórki wiejskie i gminne. W roku 1980, gdy zaczęło się to wszystko, miałem zaledwie 17 lat. Po wprowadzeniu stanu wojennego nasz dzielnicowy ostrzegł nas, że jesteśmy na liście potencjalnych internowanych. Ponoć dał o nas dobrą opinię.

Jak Pan przyjął wiadomość o tym, że gen. Jaruzelski rozpoczął wojnę z własnym Narodem?

– Tak jak dla wszystkich był to dla mnie szok. Czułem się bezsilny, gdy widziałem, co komunistyczne władze czynią, że mogą niemal wszystko zrobić z ludźmi. A przecież dokonywali gwałtu na wolności osobistej, wsadzali tysiące Polaków do więzień, bili i zabijali. Włosy stają mi dęba na głowie, gdy słyszę, iż wielu obywateli naszego kraju uważa generała Wojciecha Jaruzelskiego za bohatera i wybawcę. I dziwię się, że ten towarzysz – odpowiedzialny za wiele ludzkich krzywd – jest jeszcze generałem. To wręcz obrzydliwe i niemoralne.

Jednak zaskoczenie wprowadzen iem stanu wojennego nie sparaliżowało działalności opozycyjnej…

– Kontynuowaliśmy działalność w nowej, wojennej rzeczywistości, ale nie wiedzieliśmy do końca, co powinniśmy robić. Ludzie na początku się bali, byli jakby sparaliżowani. Brałem udział w patriotycznych manifestacjach, roznosiłem gazety i ulotki, lecz ciągle myślałem o czymś więcej. Zbieraliśmy również środki finansowe dla rodzin osób aresztowanych i internowanych – niezapomniany ksiądz proboszcz gdowskiej parafii śp. Jan Sikora oficjalnie ogłaszał z ambony składkę na represjonowanych. Pieniądze zawoziliśmy do kurii w Krakowie. Warto wspomnieć w tym miejscu o księżach: śp. Adolfie Chojnackim i Kazimierzu Puchale, którzy przez lata konspiracji pomagali nam wytrwale i dzielnie. Działalność na szeroką skalę podjąłem we wrześniu 1982 roku. Przywieziono wówczas do naszego domu ściganego listem gończym działacza „Solidarności” z Bochni Józefa Mroczka. Ukrywał się w naszym domu przez blisko rok. W tym czasie zaczęliśmy drukować „Kurierka B” – gazetkę bocheńskiej „Solidarności”. Prostym sposobem, na ramce. Każdy egzemplarz należało ręcznie docisnąć wałkiem.

Wkrótce potem trafił Pan do „Solidarności Walczącej” …

– Najpierw do Porozumienia Prasowego „Solidarność Zwycięży”. Początkowo drukowaliśmy gazetę o takim samym tytule i razem z wydawanym przez nas pismem bocheńskim była ona kolportowana przez nasze kanały kurierskie. Jesienią 1982 r. „PPSZ” rozpoczęło współpracę z „Solidarnością Walczącą”. Niecały rok później zostałem kurierem. Raz w miesiącu jeździłem do Wrocławia i Gdańska, gdzie załatwiałem sprawy polityczne, informacyjne oraz wymieniałem prasę. Spotykałem się z przedstawicielami Kornela Morawieckiego. Rozprowadzaliśmy podziemną prasę przez kanały kolportażowe Porozumienia Prasowego „Solidarność Zwycięży” na Nową Hutę, Bochnię, Brzesko, Tarnów, Kraków i okolice, a później także na Podkarpacie. Działalność w innych regionach Polski i współpraca z nimi rozwijała się bardzo dynamicznie. W niedługim czasie do naszego Porozumienia przyłączyły się Konin i Poznań. W 1983 r. wstąpiłem również do Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników, któremu przewodził były kapitan Armii Krajowej Józef Teliga (w latach 90. awansowany do stopnia pułkownika). Później, po aresztowaniu pan Teliga został najstarszym więźniem politycznym PRL. Współpraca z nim była dla mnie wielką przyjemnością i cenną nauką. Wiosną 1985 r. wraz z Marianem Stachniukiem zostałem zaprzysiężony do „Solidarności Walczącej” przez Jadwigę Chmielowską. Marian w lipcu 1986 roku został aresztowany i rok spędził w aresztach za tzw. sprawę terrorystów krakowskich. Oprócz druku i kolportażu prasy zajmowaliśmy się później także współpracą z organizacjami opozycyjnymi w pozostałych państwach bloku komunistycznego (do tego celu utworzyliśmy z Jadzią Chmielowską Autonomiczny Wydział Wschodni „Solidarności Walczącej” na początku 1988 r.). Ale to już inna historia.

Jak zrodził się pomysł budowy podziemnego bunkra na Pana działce, w którym znalazła siedzibę m.in. podziemna drukarnia?

– Bunkier powstał w miejscowości Zagórzany koło Gdowa, pod pracownią mojej mamy Anny Hlebowicz. Był to budynek gospodarczy obok domu, w którym mieszkaliśmy. Pomysł chodził nam po głowie już parę miesięcy wcześniej, gdyż ryzyko wpadki przy drukowaniu było bardzo duże. Potrzebowaliśmy bezpiecznego pomieszczenia, spełniającego podstawowe normy konspiracji. Do budowy zabraliśmy się na początku 1983 roku. Trzeba było wykonywać wszystko w tajemnicy, by nikt niepowołany nie mógł się nawet domyślić, jaki cel nam przyświeca. Przy bunkrze, oprócz mnie, pracowali również: mój ojciec, Józek Mroczek, Józef Janiszewski, Witold Bator, Stanisław Dembowski. Były trudności z materiałami budowlanymi, ale ojciec wziął cement i armaturę na przydział – niby to na inwestycję w gospodarstwie rolnym. Po niecałym roku bunkier był gotowy do użytkowania. Mogliśmy bezpiecznie pracować. Marian Stachniuk przywiózł używany offset i zaczęliśmy drukować. Gdyby policzyć wszystkie tytuły, które drukowaliśmy – czy to wielokrotnie, czy jednorazowo – nazbierałoby się ich ze 40. W drukowaniu pomagał mi przede wszystkim Edward Nowak, pseudonim „Siwy” – człowiek niezawodny i ideowy. Drukarnię nazwaliśmy „Wilno” i nadaliśmy jej imię Generała Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”. Bez wpadki i aresztowań drukarnia działała do 1990 roku. Iluż ludzi przewinęło się w naszych strukturach…

W jaki sposób przebiegał proces zbierania informacji do gazety?

– Aby powstała gazeta, na początku należało zebrać informacje z terenu, z zakładów pracy, od naszych informatorów. Staraliśmy się mieć informacje sprawdzone, jednak w zaistniałych warunkach stanu wojennego było to bardzo trudne, a mimo to zazwyczaj udawało nam się je uzyskać. Wiadomości przywozili kurierzy do kilku punktów w Krakowie. Trzeba było je zebrać, posegregować według pewnego klucza – wiadomo, że w gazetach zamieszczaliśmy informacje najważniejsze, pierwszoplanowe, gdyż objętość takiego biuletynu była ograniczona.

Jak wyglądała praca „podziemnego” drukarza?

– Po zredagowaniu materiałów przystępowaliśmy do pisania na matrycy białkowej (w przypadku gdy gazeta była drukowana na ramce lub na powielaczu). Matrycę wkręcało się do maszyny do pisania i bez użycia taśmy przebijało ją czcionkami. Po napisaniu zakładaliśmy ją na ramkę lub powielacz, przez dziurki przechodziła farba i na papierze pojawiał się kształt liter. Metoda prosta, lecz jakość przeciętna. Co innego offset. Tutaj należało zrobić blachę offsetową. Najpierw robiło się makietę (także na maszynie do pisania), układało się i naklejało z zapisanych części cały numer gazety na planszy i z tej makiety były robione blachy. Blachy przygotowywaliśmy na dwa sposoby: albo na starym kserografie proszkowym (mieliśmy dostęp do kilku tego typu urządzeń w Krakowie i we Wrocławiu), lub metodą światłoczułą (blachy musiały być specjalne, pokryte światłoczułą emulsją). W tym wypadku można było wydrukować niezłej jakości zdjęcia. Do końca 1987 r. blachy zamawialiśmy u zaprzyjaźnionych specjalistów – trzeba było płacić za wykonanie. Potem urządziliśmy własną pracownię fotograficzną i blachy światłoczułe wykonywaliśmy samodzielnie. Przez to zupełnie uniezależniliśmy się od usług i mieliśmy wszystko na czas. Odpadły także problemy finansowe. Istnieje jeszcze trzecia metoda – sitodruk. Używaliśmy tej techniki bardzo rzadko, jest to bowiem niezwykle żmudna praca. Od 1984 roku makietami i redakcją gazety „Solidarność Zwycięży” zajmował się nasz artysta – Piotr Warisch. Projektował również liczne plakaty i ulotki.

Skąd pozyskiwaliście papier – w tamtych czasach towar deficytowy?

– Część plakatów wykonywała w linoleum Fryderyka Łazarów, artysta plastyk, a jej mąż Maciej (pracował w krakowskiej drukarni) załatwiał nam farbę offsetową i papier. Jedną z pierwszych maszyn do pisania mieliśmy od księdza Kazimierza Puchały z Gruszowa. Oddał nam swoją maszynę z kancelarii. Całe transporty papieru przechowywał dla nas na plebanii w Bieżanowie Starym, niestety już nieżyjący, ksiądz Adolf Chojnacki. Pośmiertnie został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski w czasie obchodów 25-lecia „Solidarności Walczącej” w 2007 roku. Bardzo ważnymi ogniwami byli niezastąpieni kurierzy oraz transport – papieru, farby oraz wydrukowanych gazet i ulotek. U nas transportem zajmowali się Witold Bator i mój szwagier Jan Bryjak. A sztandarowym kurierem był śp. Zdzisław Wachel, wspaniały człowiek z Bochni. Nie mniej ważne w konspiracyjnej działalności, w tym wydawniczej, były tzw. skrzynki kontaktowe. Tam zostawiało się prasę, przechowywało papier, spotykało z kurierami i wysłannikami. Właściciele mieszkań kontaktowych wykazywali się niezwykłą odwagą – narażali siebie oraz swe rodziny na wielkie niebezpieczeństwo. Chwała im za to. Ale dzięki temu rodziły się przyjaźnie, które nierzadko dotrwały do dzisiaj.

Obecnie, już w wolnej Polsce, niełatwo jest za to przetrwać byłym opozycjonistom. Niedawno napisał Pan list otwarty do prezydenta, premiera oraz marszałków Sejmu i Senatu, w którym wzywa Pan do szybkiego przyjęcia tzw. ustawy kombatanckiej. Zwraca Pan uwagę na trudne położenie socjalne wielu Pańskich kolegów…

– W okresie podziemnej działalności dawaliśmy z siebie wszystko, walcząc o niepodległość Polski. Tymczasem po 1989 r. okazało się, że była także grupa działaczy, która zrobiła z konspiracji prywatny interes. Nie rozliczono m.in. sprawy pomocy zagranicznej idącej w miliony USD, a offsety i powielacze, otrzymywane z zagranicy za darmo dla struktur polskiego podziemia, były częstokroć sprzedawane za duże pieniądze. A przecież miały one wówczas ogromną wartość. Po 20 latach od upadku PRL wiele się zmieniło, lecz niestety, nie były to wyłącznie dobre zmiany. Gdy porównuję status materialny byłych ubeków i esbeków ze statusem naszych działaczy, którzy dużo wycierpieli, walcząc z komunizmem, muszę stwierdzić, że ci pierwsi żyją znacznie lepiej, wręcz luksusowo, mają wysokie emerytury, przywileje i ulgi. Wielu naszych działaczy poświęcało w okresie PRL nie tylko czas i zdrowie, ale nawet dobro rodziny. Niektórzy stracili więc bardzo dużo, aby sprostać potrzebom tamtych czasów. Dlatego zdecydowałem się na opublikowanie tego listu.

Napisał w nim Pan również, że brak dbałości władz III RP o byłych opozycjonistów prowadzi do takich sytuacji, że niektórzy z nich zmuszeni są nawet do grzebania w śmietnikach. Zna Pan takie przypadki?

– Tak. Na szczęście nie jest ich dużo, ale się zdarzają. Niektórzy otrzymują tak niską emeryturę, że zastanawiają się, co kupić w pierwszej kolejności – żywność czy lekarstwa. Lata działalności w stresie, w trudnych warunkach, zrobiły swoje. Dziś niektórzy czekają na operacje, a przy obecnym stanie służby zdrowia może to trwać bardzo długo. Pomóc mogłoby np. wybudowanie Domu Weterana dla tych, którzy kiedyś walczyli o Polskę, a teraz nie mają niekiedy gdzie mieszkać. Dlatego nasze środowisko zaczyna się integrować. Byłe organizacje i grupy niepodległościowe zakładają federacje i stowarzyszenia. Stąd mamy coraz więcej informacji o naszych członkach. Moim listem chciałem obudzić nie tylko tych, którzy zajmują obecnie wysokie stołki, ale również środowiska byłych opozycjonistów. Jest to apel o elementarną sprawiedliwość społeczną. Wszelkie nierozliczone sprawy z przeszłości będą bowiem skutkować negatywnymi zjawiskami. Przejawia się to również w tym, że wpływ na nauczanie młodych pokoleń mają nauczyciele i wykładowcy niemający do tego moralnych kwalifikacji – ludzie, którzy w tamtych czasach należeli do PZPR oraz współpracowali z organami bezpieczeństwa PRL (tajni współpracownicy). Młodzież musi o tym wiedzieć, powinna lepiej znać historię, tę zamierzchłą i tę z ostatnich trzech dekad. Dziś wszystko kręci się wokół pieniędzy, kariery itd. Wówczas, w latach 80., najważniejsza dla nas była niepodległość. Dlatego nazywamy siebie weteranami opozycji niepodległościowej. Moim zdaniem, odróżnia nas to od tzw. opozycji koncesjonowanej, która chciała tylko „reformować socjalizm”. A nam było z nimi nie po drodze.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj