Na Kremlu mówiono: Radźcie sobie sami

Z Władimirem Bukowskim, znanym rosyjskim dysydentem, wieloletnim sowieckim więźniem, pisarzem i publicystą, autorem książki „Moskiewski proces” przedstawiającej ważne dla oceny stanu wojennego dokumenty, rozmawia Mariusz Bober

Instytut Pamięci Narodowej opublikował notatkę z rozmowy gen. Jaruzelskiego z marszałkiem Wiktorem Kulikowem w nocy z 8 na 9 grudnia 1981 roku. W dokumencie sporządzonym przez Wiktora Anoszkina – adiutanta Kulikowa, zanotowano, że Jaruzelski poprosił Sowietów o pomoc militarną, bo wojsko polskie nie poradzi sobie, jeśli protesty „Solidarności” rozleją się na cały kraj. Zaskoczył Pana ten materiał?

– Dla mnie nie jest to nic nowego. Opublikowane przeze mnie materiały sowieckiego politbiura zawierały wypowiedzi przywódców ZSRS, których Jaruzelski prosił o pomoc militarną przed wprowadzeniem stanu wojennego. Najważniejsza w tym kontekście jest rozmowa z 10 grudnia 1981 r., w której członek KC KPZS Konstantin Rusakow odpowiedział na prośbę władz Polski, że Sowieci nie będą wprowadzać wojsk do Polski i władze PRL muszą sobie same poradzić. Podobnie wypowiadali się Jurij Andropow, Andriej Gromyko czy Dmitrij Ustinow [ówczesny minister obrony ZSRS – przyp. red.]. Może jednak notatka Anoszkina będzie kolejnym ważnym dokumentem dla polskiego sądu, przed którym m.in. Jaruzelski odpowiada obecnie za wprowadzenie stanu wojennego.

Autorzy stanu wojennego uparcie wmawiają nam, że byli zmuszeni go wprowadzić, bo Polsce groziła sowiecka inwazja. Nie zmienił Pan swojego zdania na ten temat?

– Już w 1998 r. opublikowałem w mojej książce dokumenty sowieckiego politbiura, z których jasno wynika, iż Moskwa wcale nie planowała interwencji w Polsce. Sowieccy przywódcy mówili wprost komunistom w Polsce, że nie będzie żadnej militarnej inwazji ani ze strony ZSRS, ani państw Układu Warszawskiego. Jaruzelski wiele razy prosił o militarną „asystę” wojsk sowieckich podczas wprowadzania stanu wojennego. Jednak Moskwa zawsze odpowiadała: nie, musicie polegać na własnych siłach. Jeśli więc teraz Jaruzelski mówi, że chciał ratować kraj przed sowiecką interwencją, po prostu kłamie.

Czy to oznacza, że Związek Sowiecki był zbyt słaby, by zaatakować
Polskę, np. z powodu trwającej wówczas wojny w Afganistanie?

– To nie była kwestia słabości ZSRS. Politbiuro zrozumiało, że atak na Polskę byłby politycznym błędem i samobójstwem. W tym czasie Sowieci byli zaangażowani w wojnę w Afganistanie i nie chcieli, by wybuchł międzynarodowy skandal, gdyby zaatakowali Polskę. Militarnie byli w stanie to zrobić, choć jednocześnie prowadzili wojnę w Afganistanie. Ale koszty polityczne takiego ataku byłyby zbyt duże. Szef ówczesnej sowieckiej dyplomacji Andriej Gromyko powiedział, że poważnie pogorszyłoby to relacje z Zachodem, które i tak nie były wtedy najlepsze. Prawda jest taka, że nikt na Kremlu nie myślał wówczas poważnie o inwazji.

Zwolennicy wersji o zagrożeniu inwazją wciąż powołują się na zakrojone na dużą skalę ćwiczenia wojsk sowieckich w pobliżu polskich granic…

– Rzeczywiście wcześniej – prawdopodobnie latem 1981 roku – podjęto decyzję o akcjach zastraszających, które miały stworzyć wrażenie groźby ataku państw Układu Warszawskiego. Chodziło o to, by przestraszyć opozycję w Polsce. Dlatego skoncentrowano przy granicy z Polską ponad 20 dywizji. Jednak siły te nie były w ogóle przygotowane do interwencji zbrojnej. To była po prostu kampania propagandowa. Jesienią 1981 r. odbyło się tajne spotkanie w Brześciu nad Bugiem, na którym przedstawiciele sowieckiego politbiura przekazali przywódcom PRL zalecenie, by wprowadzili stan wojenny, ale nic więcej. W rzeczywistości na Kremlu nawet nie dyskutowano nad możliwością zbrojnej interwencji.

Dlaczego w takim razie Jaruzelski i jego towarzysze zdecydowali się na wprowadzenie stanu wojennego, skoro nie było zagrożenia sowiecką interwencją?

– Po prostu bali się, że stracą władzę na rzecz „Solidarności”.

Tak bardzo obawiali się wówczas siły „Solidarności”?

– Oczywiście. Ale Jurij Andropow [członek sowieckiego politbiura – przyp. red.] powiedział jednocześnie, że nawet gdyby „Solidarność” przejęła władzę w Polsce, byłoby to mniejsze zagrożenie dla ZSRS niż interwencja militarna. To bardzo ciekawe stwierdzenie. Było to być może przygotowanie do późniejszych wydarzeń – dopuszczenia „Solidarności” do władzy i zmian ekonomicznych.

Jakie były, według Pana, skutki wprowadzenia stanu wojennego dla komunistów i „Solidarności”?

– Komuniści ogłosili stan wojenny, ponieważ zaczęli tracić władzę, podczas gdy „Solidarność” się wzmacniała. Na początku lat 80. pogłębiał się (nie tylko w Polsce) kryzys ekonomiczny. Przywódcom PRL groziła ostateczna utrata władzy, w tym czasie zaczęła się nawet zmniejszać liczba członków PZPR, zwłaszcza w lokalnych komórkach. Rosły za to szeregi „Solidarności”. Było oczywiste, że komuniści tracą siłę. Dlatego musieli coś zrobić, aby zmienić sytuację i odzyskać kontrolę.

Zastanawia się Pan nad związkiem stanu wojennego z dojściem „Solidarności” do władzy. Czyli Okrągły Stół był niejako celem polityki komunistów? Jaruzelski mówił wprost, że nie byłoby Okrągłego Stołu bez stanu wojennego.

– W historii wiele rzeczy wiąże się ze sobą. Moim zdaniem, „Solidarność” popełniła błąd, zasiadając do obrad Okrągłego Stołu i zgadzając się na zachowanie przeważającej siły partii komunistycznej, m.in. poprzez oddanie im 65 procent miejsc w Sejmie, wybór Jaruzelskiego na prezydenta, a Kiszczaka – na szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Z dokumentów wynika bowiem, że komunizm tak czy inaczej by upadł. To była kwestia najwyżej miesięcy. Jaruzelski i Rakowski przyznali to w rozmowie z Michaiłem Gorbaczowem. Powiedziałem w 1991 r. Jackowi Kuroniowi i Adamowi Michnikowi: „Nie zgadzajcie się na uzgodnienia Okrągłego Stołu, komunizm i tak musiał upaść”. Odpowiedzieli wówczas, że nie znam polskich realiów, że musieli to zrobić, bo „Solidarność” była wtedy słaba. Odpowiadałem im, że komunizm upadłby szybciej. Trzeba było poczekać przynajmniej do końca lata 1989 roku. Wówczas „Solidarność” przejęłaby całkowicie władzę, a nie tylko 35 procent.

Właśnie dlatego 20 lat po formalnym upadku komunizmu w Polsce nadal nie udaje się osądzić przywódców stanu wojennego?

– Nie tylko dlatego. To zaledwie jedna z przyczyn, i to wcale nie najbardziej istotna. Najważniejsza jest ta, że dotąd nie przeprowadzono w Polsce całkowicie lustracji, a była nomenklatura ma wciąż ogromne wpływy. Przecież komuniści tworzyli w Polsce rządy już po upadku PRL. Dlaczego to było możliwe? W Niemczech np. nie dopuszczono, aby komuniści wrócili do władzy, ponieważ przeprowadzono tam lustrację. Natomiast w pozostałych krajach byłego bloku sowieckiego nie dokonano w pełni lustracji i dekomunizacji, dlatego komuniści utrzymali tam wpływy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj