Niemcy – „hamulcowy” Unii Europejskiej

Dziwnym milczeniem przyjęto w polskim świecie politycznym orzeczenie niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego (FTK) w kwestii traktatu lizbońskiego. Wprawdzie trybunał uznał traktat za zgodny z niemiecką konstytucją, ale jego ratyfikację obwarował takimi zastrzeżeniami, które realnie uniemożliwiają włączenie Niemiec w federację europejską, a jeśli już, to na swoistych, suwerennych warunkach. Warunki te są bardzo konkretne: prymat parlamentu niemieckiego nad Parlamentem Europejskim i pierwszeństwo prawa krajowego nad europejskim. Pełną suwerenność ma zatem utrzymać zarówno władza ustawodawcza, jak i sądownicza. Wszystkie ustawy, które zapadną w Unii, będą musiały mieć swoją ratyfikację w Niemczech.

Jak widzimy, orzeczenie niemieckiego trybunału ma olbrzymią wagę, gdyż podważa możliwość wprowadzenia na kontynencie europejskim rzeczywistej federacji państw. Dlaczego zatem zapadło takie milczenie w Europie i w Polsce? Jest to bezpośrednio związane z konfuzją, w jaką popadli euroentuzjaści. Wydaje się, że dotyczy to zarówno środowisk w Polsce, w Niemczech, jak i w całej Unii. Niemcy wszak byli głównym motorem napędowym procesów integracyjnych. Obok Francji to oni głównie orędują za traktatem lizbońskim, to oni besztają tych, którzy jeszcze ratyfikacji nie dokonali (Irlandia, Czechy, Polska). Tymczasem okazuje się, że architekci federacji stają się głównym „hamulcowym” Unii. Wydaje się zatem, że czas wakacji koła eurofederalistów poświęcą refleksji nad tym, jak wybrnąć z zaistniałej sytuacji. Chodzi tutaj tak o wymiar propagandowy, jak i prawny. Oczywiście istnieje możliwość rewizji konstytucji niemieckiej zmierzającej w kierunku zgody na europejskie państwo federalne. Jednakże taka zmiana konstytucji, zgodnie z orzeczeniem niemieckiego trybunału, musiałaby być przyjęta w referendum. Jak wszyscy wiedzą, gdyby referendum w sprawie traktatu lizbońskiego odbyło się w Niemczech czy we Francji, traktat zostałby odrzucony. Tak mogłoby się również stać ze zmianami w konstytucji. Dodajmy, że z pewnością fakt ten wykorzystałaby niemiecka CSU, partia coraz bardziej różniąca się od CDU co do oceny postanowień lizbońskich. Scenariusz zmian w konstytucji niemieckiej wydaje się więc mało prawdopodobny.

Stop dla superpaństwa
Niemcy zatem będą musieli wprowadzić ustawy respektujące postanowienia FTK. Wszystko to spowoduje, że będą oni niezależni, jeśli idzie o ustawodawstwo unijne. Pytanie, co zrobią inne kraje. Mogą bowiem pójść drogą niemiecką lub ratyfikować traktat lizboński bez analogicznych zmian we własnym ustawodawstwie. Jeśli pozostałe kraje przyjmą traktat bez zabezpieczeń ustawowych, to wówczas będą miały nieporównywalnie gorszą pozycję w Unii niż Niemcy. Berlin będzie miał olbrzymią moc decyzyjną w UE (o wiele większą niż na bazie traktatu z Nicei), ale nie będzie wprost podlegał decyzjom zapadającym w Brukseli. Będzie zatem miał władzę nad innymi państwami, zaś inne państwa nie będą miały analogicznego wpływu na państwo niemieckie. Jest to sytuacja najgorsza z możliwych, szczególnie jeśli bierzemy pod uwagę kraje takie jak Polska. Drugi scenariusz zakłada albo rewizję traktatu lizbońskiego, albo wprowadzenie ustawodawstwa analogicznego do niemieckiego na grunt prawny pozostałych członków Unii. I tego właśnie powinniśmy się domagać od polskiego parlamentu. Inne działanie będzie nacechowane skrajnie samobójczą taktyką. Jeśli pozostałe kraje UE zabezpieczą się przed dominacją Brukseli w podobny sposób jak Niemcy, marzenia o federalnym państwie europejskim zostaną zablokowane na długie lata. Zasada małych kroków w budowie europejskiego superpaństwa (stopniowe, powolne przyzwyczajanie Europejczyków do federacji w Europie), którą postulowali tacy ludzie jak Jean Monet, została zastąpiona metodą wielkiego skoku. Może to być jednak skok, który znajdzie swoje dno w niemieckiej przepaści.

Naciskajmy na naszych polityków
Skąd pojawiły się tak skrajnie rozbieżne interpretacje w elitach niemieckich co do traktatu lizbońskiego? Wcześniej zakładano przecież plan dominacji Niemiec w UE, ale w strukturach europejskiego państwa federalnego. Strategia budowy takiego państwa jest obciążona olbrzymimi kosztami wieloletniego dopłacania do unijnego budżetu. Dziś, kiedy realizacja scenariusza budowy superpaństwa powoli dobiega końca, niemiecki trybunał wbija niejako swoim politykom przysłowiowy nóż w plecy. Wydaje się, że poza kwestiami merytorycznymi dochodzi inny element. W elitach rządzących w Niemczech mamy do czynienia z pewną mieszaniną wiary w socliberalną, sfederowaną Europę z pragnieniem wykorzystania UE do realizacji przewagi Niemiec na kontynencie. Wśród prawników FTK panuje większy dystans. Potrafią sobie wyobrazić, że w strukturach sfederowanej Unii inny kraj przejmie dominację (np. bardzo ludna, aspirująca do UE Turcja) i Niemcy mogą być rządzone przez zewnętrzny czynnik decyzyjny. Taki scenariusz, prawdopodobny przecież w przyszłości, nie jest akceptowany przez stróżów niemieckiego prawa i niemieckiej suwerenności. Zatem orzeczenie trybunału to olbrzymie zwycięstwo sceptyków federalnego państwa europejskiego, a na pewno przeciwników podporządkowania Niemiec innym krajom.
Wbrew pozorom, polskim politykom niełatwo będzie podjąć działania w przedmiotowej materii. Wszak jeszcze niedawno skutecznie wyśmiano hasło „Nicea albo śmierć”, ogłaszając, że tylko skrajni nacjonaliści mogą uważać, że traktat lizboński uderza w państwową suwerenność. Tymczasem orzeczenie Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w Niemczech jednoznacznie potwierdza, że w traktacie tym istnieje olbrzymie zagrożenie dla suwerenności państw narodowych. Zapytajmy więc polskich euroentuzjastów: czyżby niemiecki trybunał kierował się „skrajnie nacjonalistycznymi” celami? Wygląda zatem na to, że nasz parlament, delikatnie mówiąc, pospieszył się z ratyfikacją, nie patrząc, co zrobią wielcy w Europie. Teraz nie tak łatwo będzie się przyznać do naiwności graniczącej z głupotą polityczną. Zatem nasi politycy mają dwa wyjścia: albo pójść ustawodawczą drogą Niemiec, albo ratyfikować traktat bez ustawowych zabezpieczeń, domagając się przy tym co najwyżej dodatkowych dotacji z Brukseli. Gdyby starano się realizować drugi scenariusz, można by śmiało mówić o realnej sprzedaży ogromnej części polskiej suwerenności przez polską warstwę polityczną. Sytuacja taka do złudzenia przypominałaby czasy osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej, poddanej wpływom polityków wysługujących się obcym dworom. Tym większe zatem zadanie dla polskiej opinii publicznej, która powinna niezwłocznie naciskać na naszą warstwę polityczną, aby nie wykonywała samobójczych kroków w stosunku do swojego państwa – Rzeczypospolitej Polskiej.

Prof. Mieczysław Ryba
drukuj