Media muszą być wiarygodne
W projekcie ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych autorstwa PO, SLD i PSL wykreślono następujące zdanie: „aby rzetelnie media te wskazywały różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju”. Wskazuje ono na podstawę wiarygodności mediów. Jeżeli więc je wykreślono, czy można domniemywać, że dozwolone jest nierzetelne prezentowanie informacji?
Media komercyjne żyją z niszczenia godności ludzkiej, z podsycania kultury bezwstydu, z tego, że wszystko jest na sprzedaż. Tymczasem my, odbiorcy – choć na pewno nie wszyscy – chcielibyśmy mieć wybór. Obecnie jednak nie mamy z czego wybierać, bo ani telewizja publiczna, ani tym bardziej telewizje prywatne nie spełniają tej misji, którą powinny spełniać, choćby misji edukacyjnej, np. wychowania społeczeństwa obywatelskiego, tak nam dzisiaj potrzebnego.
Na temat roli i sposobu funkcjonowania mediów dyskutuje się na całym świecie. Jest to bowiem problem ogólniejszy, dotyczący tego, jak właściwie mają się zachowywać i od czego być zależne, a od czego niezależne media publiczne, bo o nie przede wszystkim chodzi. Właściwie funkcjonują one w większości demokratycznych krajów świata.
Różne wzorce
Najbardziej przejrzyste zasady funkcjonowania mediów publicznych są w Stanach Zjednoczonych. Telewizja publiczna ma jeden kanał finansowany przez wszystkie stany, który nadzorowany jest przez specjalną komisję. Ma ona bardzo duże prerogatywy, ale z reguły ogranicza się do obserwowania pracy tego kanału i pomagania w razie potrzeby. Nie jest to duża stacja, więc nie musi sięgać do pieniędzy z reklam. Zajmuje się więc tylko przekazem tzw. wyższej kultury, czyli – w naszych warunkach można powiedzieć – realizuje wyłącznie misję publiczną.
Jednak nasza telewizja publiczna i radio publiczne wzorowane są na mediach francuskich. Zresztą wcześniejsza ustawa medialna również była napisana według wzoru francuskiego. Tam telewizja jest dość rozbudowana, ale – co ciekawe – w Polsce telewizja i radio publiczne są również wyjątkowo rozbudowane.
Wszędzie na świecie, a zwłaszcza w Polsce, politycy zachowują się wobec mediów publicznych w sposób szczególny. Radzą się np. ekspertów, zwykle usłużnych wobec siebie, jak zapewnić sobie w nich wpływy. To jest wielki błąd, ale popełniany na całym świecie i prawie przez wszystkich polityków, którzy błędnie sądzą, że ich wpływ na media publiczne zaowocuje tym, że będą one mówić o nich dobrze. Oczywiście, jeżeli ten wpływ jest bezpośredni i polityk ma swoich ludzi w mediach publicznych, to może on oczekiwać, że będą „mówiły o nim dobrze”. Jednak politycy nie wiedzą, a usłużni eksperci nie mówią o tym, że opinia publiczna kształtuje się bardzo różnie i wcale nie jest tak, że jeżeli o politykach czy o danym rządzie mówi się dobrze, cała opinia publiczna będzie się tym kierować w ewentualnych wyborach.
Politycy, z daleka od mediów!
Bywa, że ludzie ufają mediom i słuchają tego, co one mówią, ale czasem jest przeciwnie. Nie można więc powiedzieć, że jeżeli dobrze mówi się w mediach o danych politykach, to ci politycy skorzystają na tym. Jeśli bowiem czasem „się przesłodzi” i za dużo się mówi, to wtedy opinia się odwraca. Dlatego politycy w ogóle powinni trzymać się z daleka od mediów.
Stąd też chcę podkreślić, że nic dobrego nie może wyniknąć z projektu wspólnego Platformy Obywatelskiej i SLD. Nic dobrego nie może z tego wyniknąć, bo już wiadomo, jak to będzie konstruowane. Na co więc liczą politycy?
Mają prawo liczyć na to, że będą przedstawiani przez media publiczne w obiektywny sposób. Otóż wyraźnie trzeba powiedzieć, że dla opinii publicznej liczy się wyłącznie to, co nazywamy wiarygodnością, bo wtedy i tylko wtedy, jeśli media są wiarygodne, ludzie mogą im ufać.
Co znaczy wiarygodność? To przede wszystkim rzetelna informacja. Nie może być bowiem tak, że nawet prawdziwe informacje są przedstawiane w odpowiednim kontekście i w taki sposób komentowane, że ludzie tracą zaufanie do mediów. Otóż w omawianym projekcie ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych, autorstwa PO, SLD i PSL wykreślono na przykład następujące zdanie: „aby rzetelnie media te wskazywały różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju”. To jest przykład tego, o czym mówię… Zdanie to bowiem wskazuje na podstawę wiarygodności mediów. Jeżeli więc je wykreślono, to można domniemywać, że dozwolone jest nierzetelne prezentowanie informacji. Tak daleko jednak nie idę.
Chcę tylko podkreślić, że tak naprawdę odbiór mediów zależy od ich wiarygodności. Powtarzam: jeżeli ludzie mają do danego środka przekazu zaufanie, mają też zaufanie do tych, którzy występują w tych mediach i mogą ich oceniać. A co jest kluczem do wiarygodności i do samodzielności mediów? Pieniądze! Media nie mogą być finansowane z budżetu, bo jakakolwiek kontrola rządu nad finansami mediów publicznych będzie oznaczać koniec ich wiarygodności i samodzielności.
Jaki model?
Trzeba przyznać, że jak dotąd nie wymyślono dobrego sposobu finansowania mediów poza abonamentem, choć w różnych krajach różnie wygląda sytuacja i wszyscy rozumieją kłopoty związane ze ściągalnością abonamentu. Ale są jeszcze inne źródła finansowania, choć teraz nie chciałbym ich omawiać. Trzeba jednak podkreślić, że tylko finansowanie pozabudżetowe, z alternatywnych źródeł, zapewnia mediom samodzielność.
W projekcie koalicyjnym proponuje się utworzenie małych, lokalnych spółek radia i telewizji. Jednak wystarczy zrobić biznesplan, żeby zobaczyć, że będą one niewydolne, ponieważ będą za małe, żeby zarobić na siebie. Wówczas będą musiały być finansowane z zewnątrz, a wtedy te lokalne spółki wpadną w zależność od lokalnych samorządów. W ten sposób znowu dojdzie do tego, że ktoś z zewnątrz będzie sterował małymi stacjami, ponieważ one nie dadzą sobie same rady. Jeśli zaś ktoś będzie je finansował, to będzie dbał o to, żeby przygotowywane programy były takie, jak ten ktoś chce, żeby nie można było krytykować władz samorządowych.
Problemy te są dobrze rozwiązane w USA, gdzie w większości istnieją prywatne stacje, ale one po pierwsze dobrze zarabiają, więc nie popadną w zależność, a po drugie każdy fałsz, każdą niewiarygodność wychwytuje natychmiast konkurencja, ponieważ jest bardzo dużo tych stacji i to bardzo silnych. Jeżeli więc któraś z tych telewizji zrobi coś złego, natychmiast konkurencja to piętnuje.
Niezwykle ważna jest też sprawa archiwów. Chodzi o to, żeby można było sięgać do zasobów z dawnych lat, gdzie są np. bardzo dobre stare filmy polskie i zagraniczne, a ludzie bardzo lubią sobie je przypominać, zwłaszcza teraz jest moda na filmy PRL-owskie. Obecnie archiwa mieszczą się w telewizji publicznej, która ze zrozumiałych względów nie bardzo chce, żeby dostęp do tych archiwów miały stacje prywatne, które są dla niej konkurencją. Ale do archiwów powinni mieć dostęp wszyscy, tylko powinni za to płacić, a zwłaszcza stacje komercyjne. Ta sprawa jednak nie jest w ustawie ujęta. Najgorsze jest to, że nie są dyskutowane projekty alternatywne, choć zostały opracowane.
Jest alternatywa
Są to projekty społeczne, tzn. stworzone przez organizacje niezależne od rządu i od polityków. Dwa takie projekty poznałem i uważam je za bardzo dobre.
Pierwszy z nich to projekt producencki, tzn. stworzony przez producentów, i oczywiście trzeba dbać o to, by producenci nie załatwili sobie dzięki nim zbyt dużych przywilejów. Są to jednak sprawy do zbadania i uzgodnienia. Drugi projekt opracowało stowarzyszenie dziennikarzy polskich. On również zasługuje na uznanie. Ponieważ jednak SDP jest tylko jednym z wielu stowarzyszeń, i w dodatku niezależnym, wobec tego pomija się milczeniem oba te projekty i uważam, że to jest to skandal. Winę za to ponoszą nie tylko politycy, którzy ze znanych względów nie chcą żadnych projektów społecznych. Dziwię się jednak, że wielu polskich dziennikarzy nie pisze o polskich projektach społecznych.
Kolejnym skandalem jest wykreślenie z koalicyjnego projektu ustawy medialnej zapisu o poszanowaniu wartości chrześcijańskich i rodzinnych. Tłumaczy się to tym, że obecnie rodzina jest inna. Więc jeśli jest zapis o wartościach rodzinnych, to jak gdyby narzuca się pewną wizję rodziny – jak to mówią – jedynie słuszną, tzn. rodziny złożonej z dwojga ludzi odmiennej płci i (ewentualnie) dzieci.
Zaś zapis o wartościach chrześcijańskich kwestionuje się, tłumacząc, że w Polsce żyją również niechrześcijanie i ateiści itd. i wobec tego to będzie dla nich dowód, że nie bierze się pod uwagę ich potrzeb i ich chęci. Na to można odpowiedzieć, że jeśli tak boli nazwanie jakichś wartości chrześcijańskimi, to można je nazwać po prostu wartościami podstawowymi. Istnieje bowiem pewien ścisły kanon wartości powszechnych i ważnych, od początku historycznie uznawanych, np. przykazanie: „Nie zabijaj”. Jest to przecież przykazanie ważne dla wszystkich, również dla ateistów. Jest oczywiste, że w takiej ustawie muszą być również zapisy chroniące wszystkie mniejszości, nakazujące pewien szacunek wobec nich, tzn. żeby nie drwiono z ich przedstawicieli, nie wyśmiewano itd.
Kto spełni misję publiczną?
Ten kanon wartości jest bardzo ważny. Jeżeli go nie ma, wówczas pozostaje komercja. Bo skoro nie ma wartości ważnych i powszechnie uznanych i dla chrześcijan, i dla wszystkich uczciwych ludzi, wówczas powstaje możliwość złego oddziaływania na telewidza czy radiosłuchacza, przede wszystkim na jego emocje. Wykorzystuje się wówczas naturalną skłonność wielu ludzi np. do agresji, seksu i tworzy coś, co dziś nazywa się kulturą bezwstydu. Dziś ludzie za pieniądze gotowi są nawet wystąpić w telewizji i sprzedać wszystko, opowiadać o sobie niestworzone rzeczy. Nie ma żadnej ochrony intymności, nie ma ochrony – może powiedzmy wprost – ludzkiej godności.
Wydawałoby się, że to banał (tak mówi się o prawdach podstawowych właśnie dlatego, że są oczywiste dla wszystkich), przypominanie, że każda istota ludzka ma swoją godność. Jednak dziś widać, że to wcale nie dla wszystkich jest oczywiste. Media komercyjne bowiem żyją z niszczenia godności ludzkiej, z podsycania kultury bezwstydu, z tego, że wszystko jest na sprzedaż.
Tymczasem my, odbiorcy – choć na pewno nie wszyscy – chcielibyśmy mieć wybór. Obecnie jednak właściwie nie mamy z czego wybierać, bo ani telewizja publiczna, ani tym bardziej telewizje prywatne właściwie nie spełniają tej misji, którą powinny spełniać, choćby misji edukacyjnej, np. wychowania społeczeństwa obywatelskiego, tak potrzebnego nam dzisiaj, kiedy ludzie tak naprawdę nie bardzo wiedzą, co jest ważne, jakie reformy są potrzebne, jacy politycy są wiarygodni i póki nie ma u nas tego w pełni wykształconego społeczeństwa obywatelskiego, a jeszcze długo nie będzie, ta misja będzie musiała być wypełniana.
A nie mamy społeczeństwa obywatelskiego, gdyż przez wiele lat – od końca II wojny światowej, kiedy nastały rządy sowieckie i komunistyczne – niszczono godność ludzką i uczono nas zachowań antyobywatelskich i cwaniactwa. A przede wszystkim nauczyliśmy się tego, że państwo i jego instytucje nie są naszym państwem i można je oszukiwać. Media, które się szanują, powinny spełniać misję kształtowania odpowiednich postaw obywatelskich. Ta misja to nie jest właściwie tylko kwestia ustaw, ale to jest obowiązek dziennikarski – uczenie postaw obywatelskich, uczenie tego, że państwo jest nie tylko aparatem ucisku, ale też pewną wspólnotą, i tę wspólnotę trzeba chronić. Tak jak darzymy szacunkiem wspólnoty różne od nas, tak samo powinniśmy szanować instytucje demokratyczne własnego państwa.
Trzeba wyjść z błędnego koła
Tymczasem media komercyjne i publiczne tego nie robią. To jest przejaw tej straszliwej komercjalizacji i nastawienia wyłącznie na zysk, co zaczyna już dotyczyć także mediów publicznych. Projektowana ustawa medialna nie zapobiega temu zjawisku, nie próbuje ustalić ram ani sformułować pewnych obowiązków, poza tymi najbardziej ogólnymi. Tymczasem te obowiązki były bardzo wyraźnie sformułowane w dotychczasowej ustawie. Nad pełnieniem tej funkcji czuwała Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, którą za wszelką cenę chce się zniszczyć, a przede wszystkim upolitycznić w myśl zasady: muszą być nasi ludzie, nasza telewizja, żeby oni dobrze o nas mówili.
Ale to „dobre mówienie” doprowadza do tego, że i telewizje, i radio publiczne, i sami politycy będą właśnie niewiarygodni. Mam nadzieję, że tak się w końcu nie stanie, ponieważ większość środowisk myślących w Polsce, artystów, twórców i producentów oraz dziennikarzy uważa, że ta ustawa jest zła i powinno się ją zmienić jak najszybciej. Ten projekt ustawy należy zmienić albo powinno się pomyśleć o projektach społecznych, i być może wtedy coś uratujemy, chociaż bardzo trudno będzie odrobić te lata, w których nauczono nas tylko patrzeć, czy coś jest komercyjne, czy nie, czy jest łatwe w odbiorze, czy pełne agresji i seksu. Tak właśnie nauczyliśmy się odbierać telewizję. Mówię głównie o telewizji, bo przypomnę, że ponad 80 proc. dorosłych ludzi w Polsce całą wiedzę o rzeczywistości czerpie głównie z różnych stacji telewizyjnych, nie tylko z telewizji publicznej.
Jeżeli więc one są niewiarygodne i nastawione tylko na komercję, to możemy sobie wyobrazić, jaka ta wiedza jest i jaka będzie.
Maciej Iłowiecki,
członek Rady Etyki Mediów (od 2004 r.), prezes zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (w latach 1989-1993), zastępca przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (w latach 1993-1994)
Wykład wygłoszony na konferencji naukowej „Kształt i przyszłość mediów w Polsce. Wokół projektu ustawy medialnej”, która odbyła się 23 maja br. w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
