Kat i ofiara jedną miarą
Z dr. hab. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych KUL, rozmawia Jacek Dytkowski
W Łodzi odsłonięto tablicę, która oprócz polskich ofiar gestapo upamiętnia także jeńców niemieckich i volksdeutschów, których przetrzymywały po wojnie władze komunistyczne…
– Wydaje się, że w tego typu miejscach należy realnie rozróżniać zbrodniarzy od ofiar. Rzeczywiście bowiem zdarzało się tak w wielu miejscach, że tam, gdzie gestapo, czy inne służby niemieckie, wykorzystywało budynki do prześladowania i mordowania Polaków, później, po wojnie, zbrodniarze byli więzieni lub odbywali swoje kary. Co nie znaczy oczywiście, że należy łączyć te dwie różne rzeczy. Wydaje się, iż tego typu połączenie w napisie na tablicy jest co najmniej niestosowne, bo kat i ofiara byli dwiema przeciwstawnymi stronami. Ktoś był moralnie naganny za to, że mordował, a ktoś był bohaterem. Zasadniczo uważam, że jest to co najmniej niestosowne, a od strony treściowej relatywizujące całą moralną rzeczywistość, która wtedy była bardzo istotna.
Tablica, Pana zdaniem, sugeruje, że niewinni niemieccy żołnierze i kolaboranci siedzieli w więzieniu?
– Tak. Jakby była ta sama kategoria moralna co do jednej, jak i drugiej strony. Doskonale wiemy przecież, że Polaków przetrzymywano w obozie ze względu na to, iż działali patriotycznie. Oczywiście wśród Niemców mogło się zdarzyć, że przebywały tam ofiary niewinne, ale chodzi o to, że siedzieli tam również niemieccy zbrodniarze. Więc nie ma absolutnie usprawiedliwienia dla łączenia tych dwóch rzeczywistości. Nie znaczy to również, że nie można w jakiejś książce historycznej czy w opisie, napisać, że było takie wydarzenie, ale w tym przypadku tablica upamiętniająca ma swój wymiar symboliczny. W pewien sposób treściowo pokazuje przechodniom, społeczeństwu jakąś ważną z punktu widzenia historycznego i moralnego sprawę – a tu zaczynamy być po prostu w pewnym chaosie.
Dziękuję za rozmowę.
