Nad czym boleje Znamieńska Bogurodzica?

O. Jerzy Jagodziński SVD

Wielu osobom znana jest ikona Matki Bożej – Znak, z którą ruszali ruscy wojowie na bój, po bohaterskie czyny. Pod Jej opieką jest tutejsza parafia prawosławna. Jednak nasza opowieść będzie o całkiem innym wyobrażeniu Pani, Królowej Nieba, związanej z miastem Znamieńsk w obwodzie kaliningradzkim.

Figura Matki Bożej Bolesnej, znana na świecie jako Pieta, niedawno tutaj się osiedliła w postaci kopii, aby być z nami na każdy dzień… Z Biblii wiadomo, że Najświętsza Maryja Dziewica nigdy nie pogardzała w swym ziemskim życiu żadnym ubogim schronieniem. W pieczarze znalazła przytułek, żeby urodzić Króla królów, potem z Dziecięciem Bożym na ręku uciekła do Egiptu, znajdując dach nad głową gdziekolwiek, jaki był… Tak, cały czas Bogurodzica wędruje, tuła się, ale jest niezmiernie szczęśliwa, gdy ludzie otwierają Jej Bożemu Synowi drzwi swoich serc. I właśnie to zdarzyło się w niewielkim mieście Znamieńsk.

Idealnie biały, wyprasowany obrus, bukiet kwiatów, obrazy Drogi Krzyżowej na ścianach, a nad ołtarzem figura Matki z martwym Synem na kolanach złożonym tuż po zdjęciu z krzyża. To Jej mieszkanie, to kaplica Matki Bożej Bolesnej. Takie też jest wezwanie katolickiej parafii, która tutaj, w Znamieńsku, odrodziła się w 2008 roku.

W tym nadbałtyckim miasteczku Prus Wschodnich w początkach XX wieku tutejsi katolicy zaczęli wznosić świątynię. Większość z nich stanowili Niemcy, lecz byli również parafianie polskiego oraz litewskiego pochodzenia. Gdy w 1914 r. wybuchła I wojna światowa, budowa została wstrzymana z powodu skromnych sił oraz niewielkich środków, jakie mieli do swojej dyspozycji znamieńscy parafianie, gdyż katolików było tu niewiele ponad trzystu. Jednak po wojnie ci wierzący, którzy szczęśliwie wyszli z wojennej zawieruchy, ofiarowali na budowę wszystko, co tylko mogli. I tak, powoli, krok po kroku, doprowadzili swoje dzieło do szczęśliwego końca. W 1928 roku świątynia Matki Bożej Bolesnej została poświęcona, ale służyła ludziom tylko do czasu II wojny światowej.

Współcześni katolicy z braku własnej świątyni muszą się zadowolić kaplicą w podpiwniczeniu starego domu, który pamięta czasy pruskie. I chociaż wszystko jest zadbane, przytulne, uroczyste… to jednak jest pewne „ale”, które niczym krzywe zwierciadło psuje obraz całości. Powietrze bowiem przesiąknięte jest nieprzyjemnym zgniłym zapachem – zapachem zepsutego sera. I nie da się ani wysuszyć, ani wywietrzyć pomieszczenia, w którym się modlimy.

Gleba w obwodzie kaliningradzkim przypomina gąbkę nasączoną wodą. Nie można sadzić w niej ziemniaków, bo natychmiast zgniją… Gdy zasiedlali ją Teutonowie, to zapraszali specjalistów od melioracji nawet z Danii i Holandii. Ci z powodzeniem radzili sobie z wilgocią od wieków wypróbowanymi sposobami, a przede wszystkim budowali kanały odwadniające. Obłożone kamieniami koryta tych kanałów gdzieniegdzie pozostały i może jeszcze by służyły, gdyby miał kto się nimi zająć. Za to trawa tutaj rośnie – o, ho, ho… Jeszcze za Prusów pola te słynęły jako „mleczne”. I teraz wielu mieszkańców hoduje krowy, a tutejsza śmietana i domowy ser są pyszne – palce lizać!

Stara nazwa Znamieńska – Velau, też w swoim pochodzeniu posiada coś „mlecznego”, co współbrzmi z nazwą miękkiego sera Viola. Bujna roślinność nawet w kaplicy przejawia „po swojemu” niespożyte siły witalne w postaci pleśni, która od razu rzuca się z apetytem na czysty, świeży tynk…

Ale Mama i w smutku pozostaje Mamą, a Jej obecność w podpiwniczeniu umacnia wrażenie świątyni, toteż spragnione dusze zlatują tutaj jak na skrzydłach…


Opowieść Ireny


Mam dwoje dzieci: syna i córkę. Syn ma trzydzieści sześć lat, córka dwadzieścia jeden. Gdy mój Maksym był jeszcze chłopcem, ksiądz podarował mu krzyż na ścianę… Solidny był, drewniany… i Ukrzyżowanie też porządnie zrobione, więc do tej pory wisi…

W ubiegłym roku powstał u nas pewien problem życiowy. W tym czasie jeszcze nie chodziłam do kościoła, gdyż tutaj jeszcze go nie było. Kiedyś więc, będąc sama w domu, klęczałam na kolanach właśnie przed tym krzyżem i wszystko, co mnie dręczyło, głośno wypowiadałam. Tak rozmawiając z Panem na głos, zamknęłam drzwi, by nikt nie słyszał. Wtem rozpłakałam się… i nagle… jakby ktoś przemówił z mego wnętrza… lecz to nie byłam ja, ale jakiś nieziemski i nieczłowieczy głos powiedział do mnie jasno: – Każdy ma swoją drogę.

Takiego głosu nigdy nie słyszałam u nikogo. To był spokojny, równy głos, bez intonacji, lecz przyjazny. I wtedy zrozumiałam, że jeśli ktoś ma jakieś problemy, może „dostukać się” do Boga. I co najważniejsze – może dostać odpowiedź!

W tymże roku, w marcu, powstał u nas kościół katolicki, ale ja o tym nie wiedziałam i nadal w większe święta chodziłam do prawosławnej cerkwi. Pewnego razu, będąc w gościnie u przyjaciółki – nauczycielki, dowiedziałam się, że podobno u nas otwarto kościół… Zdziwiłam się, bo do tej pory nic o tym nie słyszałam. A wtedy ona wszystko mi opowiedziała. I tak to moi przyjaciele, wiedząc, że jestem katoliczką, gdyż sama siebie tak nazywałam, choć w swoim życiu może zaledwie kilka razy byłam pobożna, powiedzieli mi o tym wydarzeniu. I ten przypadek zmusił mnie do pójścia do kościoła… Bardzo się ucieszyłam, widząc taką możliwość”.

W wilgotnych ścianach kaplicy Matki Bożej Bolesnej dwa razy w tygodniu odprawiana jest Msza św., na której zwykle zbiera się 20-30 osób. Przyjeżdżają nawet z Gwardiejska… Wspólnota parafialna istnieje tu od niedawna, gdyż oficjalna rejestracja parafii katolickiej nastąpiła dopiero w lipcu 2008 roku, więc zrozumiałe, że jest jeszcze w stadium wzrostu, nie mówiąc o tym, że pośród tych ścian aż trudno jest oddychać.

Znamieńscy katolicy wzięli to pomieszczenie w dzierżawę od prywatnego właściciela w dużym domu mieszkalnym i teraz nieustannie modlą się i czekają pełni nadziei na zwrócenie historycznego budynku świątyni wzniesionej na obrzeżu miasta wśród malowniczych drzew. Szkoda tylko, że to już nie jest ten dawny śnieżnobiały i odświętny kościółek, jakim go jeszcze pamiętają najstarsi znamieńszczanie. Wokoło niego nie ma też parku, lecz zadeptany stary cmentarz, który, jak ta świątynia, uległ „brzydocie spustoszenia”.

Przez kilkadziesiąt lat w byłym kościele podczas lekcji zajęć praktycznych uczono dzieci wbijać gwoździe, rozbierać sprzęty elektryczne, strugać i klepać młotkiem. To naturalnie miało wpływ na wygląd oraz stan budynku, który dziś oceniany jest jako „awaryjny”. Tym bardziej więc dziwne jest to, że wokół tej na wpół ruiny stojącej na uboczu nagle rozpętał się najprawdziwszy dramat. Znamieńskie społeczeństwo trzeźwo rozsądziło, iż kościół winien być zwrócony katolikom, bo to nie tylko sprawiedliwe, ale i korzystne dla miasta, jako że jest to niezawodny sposób na rekonstrukcję budynku bez niepotrzebnych strat w skromnym budżecie miasta.

Pół wieku temu pożar w Znamieńsku poważnie uszkodził historyczne centrum miasta, pozbawiając je starej, charakterystycznej zabudowy. Stąd prosta logika życiowa nakazuje zwrócenie budynku prawowitym jego właścicielom, bo tylko wtedy może on znowu zabłysnąć swoim pięknem, jeśli odzyska właściwe przeznaczenie. Pomimo to sprawa przyjęła zupełnie nieoczekiwany obrót: na jednogłośne postanowienie miejskiej rady deputowanych o zwróceniu świątyni wiernym nałożono weto. Okazało się bowiem, że głowa administracji miasta, obywatel Czernow, znalazł kupca, któremu gotów jest odsprzedać tę sakralną budowlę. Miałby w niej powstać hotel i bar z restauracją, sauną oraz różnymi rozrywkami. Ani sprzedawca, ani kupiec podobno nie mieli żadnych oporów, żadnych moralnych zahamowań, że przecież to świątynia Boża i że praktycznie stoi ona na cmentarzu.

Ludność Znamieńska złożyła prawie czterysta podpisów pod petycją skierowaną do mera, lecz on na te protesty nie zareagował. Wówczas katolicy zwrócili się do gubernatora obwodu kaliningradzkiego, a także do Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej. To wszystko jednak nie pomogło całej sprawie, gdyż budynek stanowi mienie podległe miejskiej administracji, która przecież jest głównym gospodarzem terenu. Bądźże ty nawet trzykrotnym naczelnikiem miasta, ale nie możesz się nie liczyć z naciskami ludności!

Pojąwszy, że z barem i sauną stanowczo przeciągnął strunę, obywatel Czernow próbował skłócić ze sobą wyznanie katolickie z wyznaniem prawosławnym, proponując, ażeby Cerkiew walczyła o sporny budynek, który mogłaby przeznaczyć dla instytucji dobroczynnej. Na szczęście taki pomysł również się nie powiódł. Tak więc, nie ustępując nikomu placu boju, mer postanowił wystawić go na aukcję z ceną wyjściową 8 mln rubli, na pewno doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nikt za tę ruinę w prowincjonalnym miasteczku takich pieniędzy nie da. Deputowani zaskarżyli to nierozsądne postanowienie i prokurator w pełni podtrzymał zażalenie. Na posiedzeniu rady miejskiej, które odbyło się w obecności Czernowa, postanowiono usunąć z aukcji ten nieprawdopodobny przedmiot licytacji. Mimo to dalszy los świątyni znowu jest niewiadomy.

Przyznam uczciwie, że z wielką determinacją starałem się przekonać ludzi, aby zbudować nowy kościół, lecz oni nie chcą. Twierdzą, że ściany starej świątyni są na wskroś omodlone, że miejsce to wydarto Bogu, więc trzeba się dobijać i kontynuować działanie, by nam oddali albo choć sprzedali po rozsądnej cenie ten kościelny budynek. Wspólnota katolicka żyje, jeździ na pielgrzymki, prowadzi zajęcia dla dorosłych i dzieci, przygotowując ludzi do przyjęcia świętych tajemnic. Większość parafian to potomkowie deportowanych z Kazachstanu; wielu Litwinów i Polaków, ale dziś wszyscy mają już rosyjskie dokumenty tożsamości. A zatem jako obywatele swojego kraju mają prawo do własnej wiary, a moim obowiązkiem jako księdza jest służyć im i Bogu.

Cała ta sytuacja tak bardzo przypomina dawne radzieckie czasy, kiedy pracownicy kultury chronili świątynne budynki od całkowitej ruiny i, zamiast składów, czasem lokowali w nich muzea, a niekiedy przekształcali w sale koncertowe. Lecz zawsze za tym szły burzliwe boje i spory wokół pytania: w co przekształcić świątynię? Nadeszła pieriestrojka i nagle wszyscy zrozumieli tę oczywistą prawdę, że świątynia to jak las, jak pustynia, jak morze, jak chleb, koszula, kolej żelazna – stworzona jest nie na to, żeby ją przerabiać, lecz żeby była sobą. Całkiem niedawno, bo pod koniec ubiegłego wieku, w rosyjskich cerkwiach zmartwychwstał Chrystus: rozśpiewały się dzwony, zabłyszczały kopuły, ludzie zaczęli uczyć się prawdy, zajmować się dobroczynnością. A co się dzieje dzisiaj w Znamieńsku? Tutaj, jak 30 lat temu, stawia się to pytanie: do czego wykorzystać świątynię?

Najświętsza Bogurodzica trzyma na kolanach martwego Syna. I tu, w Znamieńsku, Pan znów jest martwy, a oczy Dziewicy Maryi znowu są pełne smutku… A jeśliby pomilczeć przed Nią na kolanach, można usłyszeć: – To wy, dzieci moje, to wasz codzienny świat, skrwawiony i okaleczony. Wiele w nim już nie funkcjonuje, tak jak było stworzone. Ale ja trzymam was na rękach, gdyż moje serce rozsadza miłość. Ja nie zostawię was, bo wierzę w wasze zmartwychwstanie.


Opowieść Bieruty


Po litewsku moje imię brzmi Bierutija, lecz po rosyjsku wszyscy mnie nazywają Bieruta. Mój ojciec w 1946 roku przyjechał tu po przesiedleniu na odbudowę obwodu kaliningradzkiego. W Znamieńsku był niemiecki młyn, ale na szczęście nie był zniszczony. Niemcy, wiadomo, niegłupi naród, młyna nie wysadzili, choć w mieście były bombardowania. I tak ojciec otrzymał pracę właśnie w tym młynie. Tu także pracowała siostra mojego ojca.

W tym czasie młyn był mało wydajny, gdyż przerabiał 50 ton ziarna na dobę. Potem wydajność stopniowo zaczęła sie zwiększać, tak że obecnie osiąga przerób 80 ton ziarna.

Gdy ojciec już urządził się w tej pracy, dopiero odżył, obrósł w piórka. Pojechał na urlop aż na Litwę. Zabrał ze sobą moją mamę i tam się pobrali. Ślub wzięli w cerkwi, po czym wrócili, by dalej tutaj żyć. Tu się urodziłam. Tutaj, w Znamieńsku, jest moja ojczyzna. Ojciec pracował jako stolarz, potem załatwił pracę mamie, ale niedługo wytrzymała, bo prawie nie umiała mówić po rosyjsku. Z tego powodu jej nie lubiano, izolowano z otoczenia, więc, czując się nieswojo, porzuciła tę pracę. Odtąd zajmowała się wychowywaniem dzieci, bo oprócz mnie był młodszy brat – dziś już w Królestwie Niebieskim. Kiedy podrosłam, też zaczęłam tu pracować, mimo że jeszcze nie wyszłam ze szkolnej ławy. I tak stworzyliśmy jakby dynastię młynarską. Przez pewien czas uczyłam się daleko, bo aż w Moskwie, więc trochę się odzwyczaiłam od swojej pierwszej pracy, lecz zaraz po skończeniu szkoły powróciłam na stare miejsce, gdzie pracuję do dziś, choć jestem na emeryturze. Nie mogę rozstać się z moją kochaną „fabryką mąki”.

Stary niemiecki młyn pięknie się prezentuje. Jadąc koleją, można go bardzo dokładnie obejrzeć. Wydaje mi się, że z Gwardiejska, jeśli dobrze popatrzeć, można go dojrzeć: jego kopułę, elewator, w nadzwyczaj pięknym miejscu nad samym brzegiem rzeki.

Komsomołką nigdy nie byłam, nawet nie byłam pionierką, gdyż po skończeniu czwartej klasy mama wysłała mnie na Litwę, żebym poznała język litewski, umiała pisać i mówić w tym języku. Byłam tam jeszcze w piątej klasie, ale już w szóstej musiałam wrócić do swego okręgu kaliningradzkiego. Nieraz agitowano mnie, by wstąpić do Komsomołu, lecz rodzice powiedzieli mi: „Powinnaś w Boga wierzyć, a nie w jakiś Komsomoł!”. Tak więc nie wstąpiłam. Moje koleżanki komsomołki lekceważyły mnie, często mi dogadując, że nie jestem komsomołką. A ja odpowiadałam im: „Komsomoł to nie wiara”, tak jakby Bóg mi podpowiadał. I, prawdę mówiąc, nie przeżywałam tej ich pogardy do mnie. Myślałam: „Niech tam mnie nie lubią, że nie jestem komsomołką”. Wszystkie szły na zebranie, ja wracałam do domu; one sobie, ja sobie – każdy szedł swoją drogą.

Zawsze ciągnęło mnie do kościoła, lecz nie było gdzie pójść. Jechać do Gwardiejska – to problem. Jeździliśmy tam podczas wielkich świąt: na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Lecz kiedy w marcu tego roku dowiedziałam się, że u nas powstała parafia katolicka, od razu tam poszłam. Nie przepuszczam żadnych piątków, gdyż traktuję je jak obowiązek. Staram się ze wszystkim nadążyć i Bóg mi pomaga. Szybciutko oporządzam krowy i całe moje gospodarstwo, bym na godzinę jedenastą mogła już być swobodna. I dziś miałam tak bardzo, bardzo wiele problemów, ale wiedziałam, że o wpół do piątej muszę jechać do Gwardiejska, by pojednać się z Bogiem. Bardzo mi tego potrzeba. Wiem, że czekają moje krowy, które zostały na uwięzi. To nic. Niech poczekają.

I wszyscy się dziwią. U nas nikt nie ma takiego gospodarstwa. Niektórzy mi zazdroszczą. Nie mają krów, a u mnie są dwie. Po co mi one? Właściwie nie wiem, czy one są potrzebne, lecz nadążam ze wszystkim. Wstaję o szóstej rano, oporządzam moje krowy, świnie, gęsi i kaczki. O wpół do ósmej biegnę do pracy, gdzie jestem aż do piątej. Potem szybko biegnę do sklepu i powracam do domu. Moje mieszkanie strawił pożar, więc mieszkam razem z rodzicami. Po pracy muszę choć cokolwiek przygotować na następny dzień, a potem znowu, od początku, oporządzić swój inwentarz: kaczki, gęsi i krowy. Muszę też sprzątnąć mieszkanie, lecz ze wszystkim nadążam. Pan Bóg mi pozwala. A kiedy wreszcie, w samotności, mam czas, aby się pomodlić, to jest już wieczór i pora spać. Układam więc moje dzieciątka-starowinki – baj, baj, a sama w ciszy zostaję z Panem Bogiem.

Mam taki piękny obraz Jezusa Chrystusa, jak w naszej parafii. I jeszcze ojciec Jerzy przywiózł mi z Polski obraz Królowej tam poświęcony.

Kiedy więc zwracam się do Boga, to On i Królowa Maryja niczego mi nie odmawiają.

drukuj