Nie przesadzać z prezentami
Pieniądze z NBP trafiły do banków, ale na razie nie do gospodarki. Banki lokują je w nowe obligacje, o mniejszej rentowności, co pozwala ministrowi finansów taniej rolować długi, ale niestety – odbija się negatywnie na sile złotówki
Na gwiazdkę rząd podarował podmiotom gospodarczym prezent. 24 grudnia ub.r. w Dzienniku Ustaw ukazało się rozporządzenie ministra finansów. Pozwala ono uniknąć rozliczenia instrumentów pochodnych według ich wartości rynkowej na koniec roku. Dzięki tej wirtualnej księgowości wiele firm może radykalnie poprawić swój bilans. To jeden ze sposobów udzielania przez rząd dyskretnej pomocy instytucjom w kryzysie. Agencja ratingowa Standard & Poor’s ostrzegła ostatnio, że nierozważna polityka finansowa rządu może grozić obniżeniem ratingu Polski.
Rozporządzenie z 24 grudnia ub.r. o zmianie zasad uznawania, metod wyceny, zakresu ujawniania i sposobu prezentacji instrumentów finansowych pozwala podmiotom gospodarczym na przeklasyfikowanie pod pewnymi warunkami instrumentów finansowych, w tym pochodnych, przeznaczonych do obrotu na inne kategorie instrumentów, np. na udzielone pożyczki i należności własne.
Ryzykowna furtka
– W bilansach podmiotów gospodarczych są instrumenty finansowe, np. opcje, które będą przynosić straty, ale w świetle tego rozporządzenia instytucje nie muszą wykazywać tych strat – tłumaczy Jerzy Bielewicz z JB Consulting, założyciel Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek”. Jego zdaniem, rozporządzenie pozwoli instytucjom, które z niego skorzystają, ukryć straty na opcjach w bieżącym roku i oddalić rozliczenie z nich aż do momentu wygasania kontraktów w następnych latach.
– Wtedy jednak straty te będą obciążać już inne zarządy, podczas gdy obecne władze instytucji, które dopuściły do strat, odejdą w aureoli sukcesu, pobierając premie, a akcjonariuszom wypłacając dywidendy – zaznaczył Bielewicz. Zastrzegł jednak, że w świetle przepisów unijnych spółki publiczne i banki zobowiązane są przestrzegać Międzynarodowych Standardów Rachunkowości, a te każą co kwartał wyceniać opcje do wartości rynkowej.
– Rozporządzenie pozwoli na tzw. window dressing, tj. poprawienie wizerunku w bilansach na koniec roku – potwierdza jeden z finansistów, podkreślając, że nie powinno stać się furtką dla banków i instytucji publicznych do „ucieczki od strat”. – Bankowcy musieliby się z tego długo tłumaczyć – przestrzega.
Pomoc zachwiała złotym
Nie jest to pierwsze z serii posunięć rządu niosących pomoc instytucjom w kryzysie. Niedawno środowisko bankowe wywalczyło decyzję o przedterminowym wykupie przez NBP obligacji skarbowych zapadalnych w 2012 roku. Operacja pochłonęła 8,2 mld złotych. Rzucenie na rynek tak dużej masy dodatkowego pieniądza spowodowało wahnięcie kursu złotego i dalszy jego spadek.
O przeprowadzenie wykupu obligacji apelowali we wspólnym liście opublikowanym na łamach jednej z gazet prezesi największych banków komercyjnych – Jan Krzysztof Bielecki z Pekao SA i Jerzy Pruski z PKO BP, przekonując, że „pozwoliłoby to zwiększyć możliwości kredytowania gospodarki o 8 mld złotych”.
Rozpoczęcie na nowo przyhamowanej akcji kredytowej wymaga jednak odpowiedniego czasu i przygotowań.
– Obecnie banki nie prowadzą intensywnej akwizycji, czekając na wyniki firm na opcjach. Zaczną kredytować po pierwszym kwartale, gdy znane już będą wstępne bilanse w przedsiębiorstwach – twierdzi jeden z doświadczonych bankowców.
Pieniądze z NBP trafiły więc do banków, ale na razie nie do gospodarki. Banki lokują je w nowe obligacje, o mniejszej rentowności, co pozwala ministrowi finansów taniej rolować długi, ale niestety – odbija się negatywnie na sile złotówki.
Krzywa kursu złotego do euro przypomina ostatnio tor ruchu konika szachowego: 20 gr w górę, chwila stabilizacji (czasem krok w tył), i znów skok, przełamanie kolejnych poziomów, i przerwa… Złotówka leci w dół. W końcu ubiegłego tygodnia sięgnęła poziomów z 2005 r., w tym może przełamać kolejne. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo pozostanie w trendzie.
Stała presja na osłabienie złotego wynika z gigantycznego zadłużenia zagranicznego naszego kraju, grubo przekraczającego 500 mld zł, przy jednoczesnym wyschnięciu źródeł finansowania tego zadłużenia z zagranicy, co jest bezpośrednim skutkiem kryzysu finansowego. Towar deficytowy, a takim są dziś dewizy, rośnie w cenę.
Na obsługę (zrolowanie) zagranicznego zadłużenia resort finansów musi w tym roku znaleźć aż 126 mld złotych.
– Jeśli NBP wykupuje obligacje skarbowe od banków, to w tym momencie nie ściągamy tych 127 mld zł z zewnątrz. Banki komercyjne otrzymują pieniądze na tacy, zamiast zabiegać o dostarczenie płynności w swoich zagranicznych centralach-matkach – tłumaczy jeden z finansistów.
Ma to i ten efekt, że zagraniczni inwestorzy, od których banki odkupują obligacje na rynku wtórnym, mogą łatwiej wycofać się z naszego rynku, i robią to – zamieniając złotówki na euro, co jeszcze bardziej wzmaga presję na obniżenie kursu złotówki.
– Polski rynek jest płytki, jedna, dwie transakcje tego typu zdolne są zachwiać kursem – twierdzi analityk rynku.
Batalia o publiczne wsparcie
Środowisko bankowe, zanim wznowi akcję kredytową, zabiega o jeszcze jedną koncesję, a mianowicie o obniżenie rezerw obowiązkowych z 3,5 do 2 proc., co miałoby zwiększyć płynność sektora bankowego. Bankowcy twierdzą, że 1 pkt procentowy obniżki rezerwy obowiązkowej zwiększa możliwości kreacji pieniądza o 6 mld złotych. Część finansistów traktuje jednak tę propozycję jako próbę wywalczenia przez sektor bankowy środków publicznych kosztem bezpieczeństwa systemu. Na jednym z portali internetowych ukazał się artykuł o tym, że banki nie dlatego wstrzymały kredytowanie gospodarki, że nie mają pieniędzy, bo w rzeczywistości „siedzą na pieniądzach”. Powód jest inny: banki po prostu nie chcą udzielać kredytów ze względu na spowolnienie gospodarcze. W tej sytuacji dostarczanie im środków publicznych mijałoby się z celem.
Duże zaniepokojenie w środowisku finansistów wzbudził też kolejny pomysł publicznego wsparcia dla sektora bankowego, a mianowicie propozycja, aby NBP długookresowo wsparł płynność banków pod zabezpieczenie aktywów. Innymi słowy – aby bank centralny wykupił aktywa banków, dostarczając im gotówki na dalszą akcję kredytową. Z naszych informacji wynika, że mogłoby wchodzić w grę przejęcie kredytów zabezpieczonych hipoteką, wykup niepublicznych obligacji emitowanych przez przedsiębiorstwa, które dziś zalegają bankowe portfele itp.
– Obawiam się, że jest to próba wypchnięcia toksycznych aktywów do NBP w zamian za gotówkę – uważa Bielewicz, a obawy te potwierdza jeden z bankowców.
– Obligacje niepubliczne przedsiębiorstw były emitowane bez zabezpieczenia na nieruchomościach – twierdzi. – Banki kupowały je, opierając się na ratingu firmy-matki. Kryzys sprawił, że te papiery przestały być bezpieczne…
Co więcej – okazuje się, że nawet wierzytelności zabezpieczone hipotecznie mogą okazać się „toksyczne”.
– Banki często przeszacowywały wartość hipotek, tj. wyceniały nieruchomość hipoteczną na kilkadziesiąt milionów, gdy warta była znacznie mniej – twierdzi Bielewicz.
– Są to tzw. śmieciowe aktywa. Banki chcą, żeby te „śmiecie” przejął NBP – dodaje jeden z bankowców.
W końcu ubiegłego tygodnia Polska Agencja Prasowa przekazała ostrzeżenie agencji Standard & Poor’s, że nadmierna pomoc publiczna dla sektora finansowego może negatywnie wpłynąć na rating Polski. Kai Stuckenbrock, dyrektor S & P, zaznaczył, że rozważna polityka finansowa rządu ma dla ratingu większe znaczenie niż to, czy poziom deficytu budżetowego wyniesie 2,5 czy 3,5 procent.
Rząd powinien więc działać bardzo rozważnie, nie poddając się presji, nawet tak potężnej, jak ta płynąca z sektora bankowego. Obniżenie ratingu Polski oznaczałoby dla rządu jeszcze większe problemy z pozyskaniem finansowania z zagranicy. A w obecnej sytuacji jest ono dla Polski sprawą „być albo nie być”.
Małgorzata Goss
