Sądy nie powinny wracać do najgorszych tradycji

Z prof. dr. hab. Ryszardem Benderem, senatorem RP, rozmawia Katarzyna Cegielska

Jesteśmy świadkami zaskakujących decyzji sądowych: szafowania aresztem – jak w przypadku synów posła Witolda Tomczaka, którzy jako świadkowie nie stawili się na posiedzenie Sądu Rejonowego w Ostrowie Wielkopolskim, bo nie zadbano o właściwe, w rozumieniu formalnoprawnym, doręczenie wezwania na rozprawę, czy też zasądzania kar nieproporcjonalnych do dochodów – jak w przypadku posła Zbigniewa Ziobry. Panu Profesorowi przed laty także sąd nakazał wykupić drogi czas antenowy w telewizji.

– 21 kwietnia 1992 roku w czasie telewizyjnej debaty w pierwszym programie Telewizji Polskiej „Dekomunizacja po polsku” nazwałem Jerzego Urbana „Goebbelsem okresu stanu wojennego”. W związku z tym kilka tygodni później wytoczył on mi proces, który trwał do 9 grudnia 2005 roku, kiedy to sąd w Warszawie oddalił zarzuty Urbana, jakobym naruszył jego cześć i godność osobistą. Po ponad 10 sądowych rozprawach w sądzie okręgowym, wojewódzkim, apelacyjnym, po 4 decyzjach Sądu Najwyższego – ostatnia z 9 grudnia 2005 roku uwolniła mnie od zarzutu, że niesłusznie nazwałem Jerzego Urbana Goebbelsem stanu wojennego. W związku z tym proces wygrałem, sąd nakazał zwrot kosztów procesu, jakie poniosłem – ponad 3 tysiące złotych, ale do dziś ich nie otrzymałem i wystąpiłem do komornika o ściągnięcie tych kosztów.


Zanim zapadło takie rozstrzygnięcie, musiał się Pan wiele razy odwoływać. Sprawa ciągnęła się 13 lat…


– W czasie procesów sądowych sprawę odrzucano, sąd wojewódzki do sądu apelacyjnego, potem jak apelacyjny wydał wyrok, robiliśmy kasację. Bronił mnie adwokat Walerian Piotrowski z Zielonej Góry, kiedyś senator. Najpierw Sąd Wojewódzki w Lublinie 10 grudnia 1996 roku zobowiązał mnie do opublikowania na własny koszt w Programie 1 Telewizji Polskiej w godzinach między 20.00 a 22.00 w terminie miesiąca oświadczenia odczytanego osobiście lub przez pracownika Telewizji Polskiej o następującej treści: „Przepraszam pana Jerzego Urbana za to, że w audycji 'Dekomunizacja po polsku’ nadanej w Programie 1 Telewizji Polskiej 21 kwietnia 1992 użyłem wobec pana Jerzego Urbana zwrotu, w którym nazwałem go Goebbelsem stanu wojennego, czym naruszyłem jego cześć”. Odwoływałem się od tego, tłumacząc, że to są ogromne koszty, którym nie podołam, i w związku z tym musiałem przedstawić sądowi zaświadczenia o moich dochodach, zaświadczenie z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego o moich zarobkach, oświadczenie o moim stanie majątkowym. Napisałem, ile posiadam książek, że ponad dwa tysiące z okładem, że mam maszynę do pisania, auto wspólnie z córką. Po moich interwencjach Sąd Apelacyjny w Lublinie w czerwcu 1997 roku pofatygował się i sprawdził, że odczytanie takiego oświadczenia trwałoby około 30 sekund, a to wówczas kosztowałoby mnie ponad 95 tys. zł, a przy dzisiejszych cenach za emisję przynajmniej dwa razy tyle z okładem, czyli podobnie do tego, czego żąda się od pana Ziobry.


Jaki był zatem wyrok sądu apelacyjnego?


– W tej sytuacji sąd apelacyjny uzasadnił, że koszt nakazanego przez sąd wojewódzki przeproszenia przekracza możliwości finansowe pozwanego, utrzymującego się z pensji profesora zwyczajnego i dodatku za kierownictwo Katedry Historii Nowożytnej KUL. W związku z powyższym zmienił karę i zamiast przepraszania w telewizji, co by kosztowało wspomnianą sumę, miałem przeprosić na łamach „Rzeczpospolitej”. I ten wyrok obowiązywał mnie do czasu następnej kasacji, kiedy to – jak wspomniałem – po 13 latach i 7 miesiącach – 9 grudnia 2005 roku zostałem zwolniony od wykonania tego wyroku, gdyż wygrałem proces z Jerzym Urbanem. Od tej pory nie jest rzeczą zakazaną, nie jest rzeczą karygodną nazywanie go Goebbelsem stanu wojennego. Sąd Najwyższy po kilku kasacjach uznał, że określenie to nie jest obraźliwie, bo rzeczywiście w okresie komunizmu w Polsce Urban pełnił funkcję i wykonywał działania analogiczne do Goebbelsa w okresie narodowego socjalizmu.


Czym tłumaczyć zasądzanie tego typu kar?


– Wcześniej, w okresie Urbana, bano się go jak nie wiadomo jakiej potężnej siły i sąd wydał taki wyrok. Jednak sąd się umiarkował, bo wiedział, że jest niemożliwe, abym z mojej pensji owe 95 tys. zł zapłacił. Dlatego uważam, że tamten sąd był łagodniejszy nawet w tamtym okresie. Proces trwał 13 lat. Uważam, iż dzisiaj sądy nie powinny wracać do najgorszych tradycji, a właściwie jeszcze pogarszać te tradycje. Bo mówiąc o panu Ziobrze, sąd się sam nie łapie na tym, że za daleko idzie. W moim przypadku sąd apelacyjny zorientował się, iż sąd wojewódzki za daleko poszedł i chciał doprowadzić mnie do ruiny, tak jak teraz chcą, żeby pan poseł Ziobro sprzedał dom. Ja wtedy nie miałbym nawet co sprzedać, bo miałem tylko mieszkanie spółdzielcze, które być może nawet by nie pokryło ceny wyemitowania tego oświadczenia. Niech sądy nie niszczą człowieka, jak to robiły dawniej, niech się miarkują.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj