Kapłaństwo w cieniu krzyża

Z księdzem infułatem Józefem Wójcikiem, proboszczem parafii św. Andrzeja Apostoła w Suchedniowie, obchodzącym w tym roku jubileusz 50-lecia kapłaństwa, księdzem niezłomnym, dziewięciokrotnie więzionym w czasach PRL, organizatorem i uczestnikiem akcji uwolnienia kopii Obrazu Jasnogórskiego zaaresztowanego przez komunistów, rozmawia Justyna Wiszniewska

Jakie były okoliczności podjęcia przez Księdza decyzji o wyborze kapłaństwa jako swojej drogi życiowej?

– Moja wioska – Gałki Krzczonowskie (te hubalowskie Gałki), w której się urodziłem – została w czasie wojny dwa razy spacyfikowana. Byłem wtedy małym dzieckiem, miałem 6-7 lat. To doświadczenie krzywdy i niesprawiedliwości pozostawiło we mnie przekonanie, że po tym, czego byłem świadkiem w czasie wojny, trzeba zrobić coś dobrego, wynagrodzić Panu Bogu i zło pokonywać dobrem. Dużą rolę w budzeniu się mojego powołania odegrała Mariówka. Uczęszczałem tam do szkoły prowadzonej przez siostry ze Zgromadzenia Sióstr Służek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej, która była słynna w całej okolicy ze swojego patriotycznego nastawienia. Rodzice stawiali sobie za punkt honoru, aby posłać swoje dziecko do Mariówki, bo wiedzieli, że tam siostry wychowają je na dobrego człowieka. Zwierzyłem się, że chciałbym być księdzem, i siostra Irena Dryglewska – nasza wychowawczyni, czuwała nade mną. Po małej maturze zawiozła mnie do niższego seminarium do Sandomierza, gdzie zdałem maturę (wewnętrzną, nieuznawaną w PRL), po której zostałem przyjęty do wyższego seminarium, a potem wyświęcony na kapłana. Już jako ksiądz zrobiłem maturę państwową. Tak więc 50 lat temu rozpoczęło się moje kapłaństwo, a dwa miesiące po święceniach kariera więzienna, niedługo po tym jak ksiądz biskup wysłał mnie na parafię św. Stanisława Biskupa i Męczennika do Ożarowa koło Ostrowca Świętokrzyskiego.


Czy można powiedzieć, że w Księdza przypadku bardzo szybko nakreślony został ten szczególny, indywidualny rys drogi kapłańskiej?


– Kiedy przyszedł dzień święceń kapłańskich, wziąłem ze sobą do kieszeni nieduży krzyżyk. Podczas uroczystości trzymałem go i mówiłem: „Panie Jezu, spraw, żebym Cię nie zdradził, żebym ten krzyż ukochał, żebym pozostał wierny temu krzyżowi”. I okazało się, że właśnie wtedy zostało naznaczone moje kapłańskie życie. Bowiem bardzo szybko potwierdziło się, że Pan Jezus wyznaczył mi jako moje życiowe zadanie obronę krzyża, ponieważ właśnie za to trafiłem po raz pierwszy do więzienia. Dziś cieszę się, że mogłem stanąć pod krzyżem razem z Matką Najświętszą. Ona przez moje późniejsze doświadczenia więzienne przygotowywała mnie do tego, abym lepiej zrozumiał, czym jest wolność; wreszcie, abym lepiej zrozumiał wagę tego wydarzenia, gdy Ona sama w kopii Obrazu Jasnogórskiego została uwięziona; przygotowywała mnie do tego, abym nie bał się Jej uwolnić.


Przypomnijmy więc, jak to było, gdy we wrześniu 1958 r., pod wpływem kazania Księdza dzieci z Ożarowa wystąpiły razem z rodzicami w obronie krzyży…


– W pierwszych dniach września dzieci przyszły do mnie i powiedziały, że w szkole zostały zdjęte wszystkie krzyże. Zareagowałem w ten sposób, że w niedzielę podczas kazania powiedziałem: „Dzieci kochane, Polska to nie Rosja. Jak się w Rosji dzieci uczą bez krzyża, to nie znaczy, że wy macie również uczyć się bez krzyża. Mamy Konstytucję, która nam gwarantuje wolność sumienia i wyznania. Jak wrócicie jutro do szkoły, domagajcie się, żeby krzyże wróciły na swoje miejsce”. I tak się zaczęło. Dzieci przyszły do szkoły, wspaniale się zorganizowały, stanęły na szkolnym podwórku i nie wchodziły do klas. Na pytanie kierownika szkoły, dlaczego nie wchodzą do środka, jeden z uczniów – ministrant, odpowiedział: „Nie pójdziemy do klas, bo w chlewie nie chcemy się uczyć. Tam nie ma krzyża. Domagamy się, żeby krzyże wróciły na swoje miejsce”. Dzieciom przyszły z pomocą ich matki. Przyniosły gwoździe, młotki, weszły do szkoły i powiesiły w salach krzyże.


Ale sprawa oczywiście nie przeszła tak gładko, jak by się mogło wydawać. Według władzy, że kto był winien? Ksiądz Józef Wójcik – młody wikary…


– Zostałem wezwany do kieleckiej prokuratury, gdzie postawiono mi zarzut, że działałem przeciwko zarządzeniu ministra oświaty o świeckości szkoły. Zapytali mnie, czy przyznaję się do winy. Odpowiedziałem, że do winy się nie przyznaję, ponieważ krzyże w szkołach gwarantuje nam Konstytucja. Kiedy zapytali mnie, kogo mają zawiadomić o moim aresztowaniu, byłem przekonany, że oni żartują! Nie byłem zupełnie świadomy położenia, w jakim się znalazłem. Odpowiadając, nawet trochę sobie ironizowałem, że rodziców sam zawiadomię. Napiszę z więzienia: „Kochani rodzice, jestem w więzieniu, czuję się tutaj dobrze” itd. Oni z kolei drwili, mówiąc, że chociaż zdejmują krzyże, to jakoś ani ręka, ani noga im nie uschła, a ja posiedzę sobie dwa lata. Zapomnieli tylko o jednym, że krzyż jest znakiem zwycięstwa, a z krzyżem jeszcze nikt nie wygrał. Niemniej odstawili mnie do więzienia w Kielcach. Do dziś jeszcze na wspomnienie o tym słyszę chrobot klucza w potężnej bramie. Wszedłem do magazynu, w którym również pracowali więźniowie. Kiedy zobaczyli mnie w sutannie, jeden z nich zawołał: „Proszę księdza, dużo tam ludzi na wolności jeszcze chodzi?”. „A czemu pytacie?” – odpowiedziałem. „Bo jak się za księży wzięli, to chyba już niewielu ludzi na wolności chodzi”. Dostałem wyprawkę – aluminiową miskę, łyżkę, drelichy, drewniaki; zrobili ze mnie prawdziwego więźnia.


Warto zaznaczyć, że to było jeszcze przed procesem, był Ksiądz przecież na razie tylko zatrzymany. A jak więźniowie przyjęli obecność Księdza w celi?


– Kiedy oddziałowy prowadził mnie do celi, pomyślałem, że muszę dać więźniom jakiś znak, że jestem księdzem, a przynajmniej, że jestem człowiekiem wierzącym i nie przychodzę tu jako zbrodniarz… W mojej celi było dwóch więźniów, a ja miałem być trzeci. Stanęli pod piecem obok siebie, a ja powiedziałem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Spojrzeli po sobie, jeden z nich zaklął i mówi: „Patrz, jaki pobożny złodziej, chyba kościół okradł”. I od razu zaczął mnie pytać: „Za co cię zwinęli?”. Odpowiedziałem, że jestem księdzem, ale nie uwierzyli. Wziąłem brewiarz, pomodliłem się i położyłem go na parapecie. Jeden z więźniów podszedł, poślinił palec, przewrócił kartki, patrzy, że treść napisana jest po łacinie, i mówi: „Proszę księdza, wierzymy, że ksiądz jest księdzem. Niech się ksiądz nie martwi, nie damy sobie krzywdy zrobić – my starzy ministranci i na dowód tego odmówimy 'Suscipiat'”.


Jak obsługa więzienia odnosiła się do księży?


– Najpierw stoczyłem z nimi wielką batalię o brewiarz i różaniec. Potem zdarzały się utarczki z oddziałowym. W więzieniu był też wychowawca. Jego rolą było rozmawiać z więźniami, tłumaczyć, po co tu przyszli, uświadamiać ideologicznie itd. Mnie również wezwał na rozmowę i tłumaczył mi, że znalazłem się w więzieniu, ponieważ źle rozumiałem Konstytucję. W końcu powiedział do mnie: „Może porozmawialibyśmy o Panu Bogu”. Odpowiedziałem: „Dobrze. Co pan chce wiedzieć?”. A on na to: „Jakie są dowody na istnienie Pana Boga?”. Przytoczyłem mu 5 dróg św. Tomasza, a on w pewnym momencie mówi: „A kto Pana Boga stworzył?”. Odpowiedziałem mu, że jeśli takie pytania zadaje, tzn. że musi się jeszcze douczyć. Postaram mu się o książki, niech je przeczyta i wtedy porozmawiamy. Niestety, wypędził mnie, obraził się, że mu ubliżyłem, ale dzięki temu miałem święty spokój, już mnie więcej nie wzywał. Ksiądz Tadeusz Podkowa, który też siedział w więzieniu za obronę krzyża, żalił się za pomocą grypsów, że mu bardzo dokuczał.

Pamiętam, jak w niedzielę, 7 października, w święto Matki Bożej Różańcowej, przyszedł do mnie oddziałowy i powiedział: „Wójcik, w katedrze dzisiaj odpust, księży się najedzie, kogutki będą jedli, a wy zupy więziennej dostaniecie, co wy na to?”. Mówię: „Wszystko trzeba przyjąć i tę zupkę więzienną też, bo takie jest życie. Niesie radości, niesie też smutki, niesie dobre rzeczy, niesie złe”. Codziennie mi dokuczał. To regulamin przynosił i kazał się go uczyć, bo będzie egzamin. To znowu, kiedy się modliłem na brewiarzu i klęczałem, krzyczał: „Wstać, zachować się nie umiecie!”. To ja mu odpowiadałem: „Proszę mi nie przeszkadzać, ja teraz rozmawiam z Panem Bogiem”. Pewnego dnia przyszedł i ku memu zdumieniu nic nie mówi. Okazało się, że córka mu zachorowała. Obiecałem, że będę się za nią modlił. Powiedziałem: „Niech pan przekaże córce, że ten ksiądz w więzieniu się za nią modli”. Potem okazało się, że stan zdrowia córki się poprawił i wyzdrowiała. Przychodził do mnie i dziękował mi za modlitwę. I to było ciekawe, że kiedy wychodziłem z więzienia, przyszedł i pytał mnie przy wyjściu, czy będę go wspominał jako złego człowieka. Odpowiedziałem: „Panie, nie będę pana wspominał jako złego człowieka. Zapraszam pana do Ożarowa na plebanię, kogutki będziemy jedli!”.


Przyszedł wreszcie pierwszy proces…


– Proces odbył się w Ostrowcu Świętokrzyskim po trzech tygodniach pobytu w więzieniu. Zostałem skazany na miesiąc aresztu. Brakowało mi jeszcze kilka dni do końca kary. Musiałem więc wrócić do Kielc i odsiedzieć co do dnia. Na procesie prokurator mówił, że nie potrzeba krzyży w Polsce, nie potrzeba w Polsce kościołów, bo Polska ma być laicka, ateistyczna.


Jakie znaczenie miało dla Księdza to doświadczenie związane z pobytem w więzieniu?


– Będąc tam, doszedłem do wniosku, że jeżeli znalazłem się w więzieniu za krzyż, to Pan Jezus do czegoś mnie przygotowuje. Potem, z perspektywy czasu nazywałem to moje doświadczenie więziennym bierzmowaniem na moje kapłańskie lata. Nie żałuję niczego. Gdyby mi przyszło powtórzyć moje życie, postępowałbym dokładnie tak samo, bo wiedziałem, że podejmuję cierpienie dla Imienia Chrystusowego. Tak podchodzili do tego rodzaju doświadczeń apostołowie i cieszyli się, kiedy mogli cierpieć prześladowania dla Chrystusa. I ja się cieszę, że przez te więzienia stałem się bliższy Panu Jezusowi. Bo jak można inaczej zaświadczyć, jeśli nie wtedy, gdy cierpi się za krzyż, gdy cierpi się za sprawy Boże? Co to za wina, że staje się w obronie krzyża?


Następne pobyty Księdza w więzieniach związane były z głośną sprawą utworzenia przez komunistów alternatywnej parafii w Wierzbicy. Wydarzenia rozpoczęły się w 1961 roku. Na czym polegała istota tego konfliktu?


– To jest bardzo ciekawa i skomplikowana historia. W Wierzbicy jeden z kapłanów – ks. Zdzisław Kos, notabene mój kolega, zbuntował parafian przeciw proboszczowi tak, że parafianie wywieźli go na taczkach. On sam zaś chciał przejąć po nim tę funkcję. Skorzystał z okazji, że parafianie przychodzili zapisywać nazwiska zmarłych na tzw. wypominki z okazji zbliżającej się uroczystości Wszystkich Świętych, i od razu podstawiał im pismo do podpisania, w którym mieli się domagać, żeby został proboszczem. Nazbierał w ten sposób ok. 6 tys. podpisów. Jego zwolennicy zorganizowali 40 samochodów osobowych i 4 autokary i pojechali z tym pismem do księdza biskupa do Sandomierza. Ksiądz biskup Piotr Gołębiowski, który ich przyjmował, powiedział, że nie może tego księdza mianować proboszczem, a gdyby nawet go mianował pod przymusem, to taka nominacja jest nieważna. Wówczas nastąpiło słynne porwanie ks. bp. Gołębiowskiego. Wieziony był do Wierzbicy, gdzie planowano poddać go głodówce, dopóki nie podpisze tej nominacji. Na szczęście kurialiści zorientowali się, że ksiądz biskup został porwany, i zgłosili to na milicję. Pod Ostrowcem Świętokrzyskim milicja zrobiła blokadę drogi i zatrzymała całą tę kawalkadę samochodów. Zabrała księdza biskupa i odwiozła do Sandomierza.


Czy ks. Kos od początku był instruowany przez SB, czy raczej później wykorzystano jego ambicjonalne pobudki?


– Trudno powiedzieć, czy od początku był instruowany przez SB, ale potem z pewnością był już w ich rękach, odznaczali go itd. Potem był ekspertem od rozbijania Kościoła rzymskokatolickiego w Wydziale ds. Wyznań.


Jakie konsekwencje kościelne poniósł ks. Kos?


– Oczywiście po tym występku zaciągnął kary kościelne. Jak głosiła wydana przez księdza biskupa odezwa do parafian, nie można było uczęszczać na sprawowane przez niego nabożeństwa, przyjmować sakramentów z jego rąk itd. Tymczasem ksiądz ten nie dawał za wygraną i w najbliższą niedzielę ogłosił z ambony, że jest niewinny, i oznajmił, że na znak niewinności teraz na oczach parafian idzie do Mszy Świętej. Jeżeli jest winny, to tej Mszy nie dokończy. I proszę sobie wyobrazić, co się działo. Ludzie w napięciu czekali, skończy czy nie skończy? Skończył, więc w opinii wielu okazał się niewinny. Żadne dekrety biskupa nieważne… Ponieważ nie było mowy ze strony władz kościelnych, aby go zatwierdzić na proboszcza, udał się z tym do władz komunistycznych do Wydziału ds. Wyznań w Kielcach. Potem sprawa oparła się o Urząd ds. Wyznań w Warszawie.

Została ustanowiona niezależna parafia, która miała tzw. statut niezależnej parafii. Parafia miała być niezależna od Ojca Świętego, od ks. biskupa, władz kościelnych, a zależna od sekretarza partii. Przyjeżdżał on i instruował „proboszcza”, co ma np. mówić ludziom itd. Biskup wprawdzie przysyłał kapłanów, z nadzieją na przejęcie parafii w prawowite ręce, ale część parafian, która uległa manipulacji, wypędzała ich, broniła dostępu do kościoła, zdarzały się pobicia. Nie było możliwości, aby ksiądz przysłany przez biskupa dostał się do kościoła bądź na plebanię.


I wtedy Ksiądz zgłosił się na tę parafię na ochotnika. Dlaczego?


– Ze względu na wierność krzyżowi. Znowu ten wątek się przewija. Pomyślałem, że tylu księży już stamtąd wypędzono, a parafianie, którzy zostali wierni Kościołowi, wciąż nie mieli opieki. Siedziałem już w więzieniu, miałem doświadczenie i nie bałem się. Pomyślałem, że jakby mi przyszło siedzieć jeszcze raz, to zaryzykuję, ale trzeba się tymi opuszczonymi ludźmi zająć. Zadzwoniłem do księdza biskupa i złożyłem propozycję pójścia na parafię do Wierzbicy. Propozycja została przyjęta i zostałem tam oddelegowany razem z ks. Janem Rogusiem. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, od razu zostaliśmy pobici. Milicjanci, choć byli tego świadkami, nie interweniowali. Ksiądz Roguś został wywieziony na stację kolejową do Jastrzębia. Ja natomiast wyrwałem się i trafiłem do jednego życzliwego nam gospodarza, u którego zorganizowaliśmy kaplicę – „Na chałupce”. Tam zaczęliśmy odprawiać Msze św., uczyć religii itd. W ten sposób przeciwstawiliśmy się alternatywnej parafii. To był znak, że nie wszyscy się poddali, że są kapłani od biskupa, że są parafianie wierni Kościołowi.


Jakie konsekwencje spotykały Księdza za tę odważną decyzję?


– Za to, że odprawialiśmy Msze św., byliśmy karani za każdym razem grzywną 4,5 tys. zł (ok. 1,5-miesięcznej pensji) albo trzema miesiącami więzienia. Miałem też dwa lub trzy wyroki sądowe za nauczanie religii, które trzeba było odsiedzieć. Urządzaliśmy to w ten sposób: odprawiałem wszystkie Msze św. w niedzielę i byłem karany kolegium dotąd, dopóki nie poszedłem do więzienia. Jak się nie stawiałem, to gdziekolwiek mnie złapali, zaraz aresztowali i jeśli to było za dnia, odstawiali do więzienia. Jeśli miało to miejsce w nocy, to najpierw prowadzono mnie do piwnicy milicyjnej, nocowałem na barłogu pod kocem, a potem rano przyjeżdżali i odstawiali mnie do więzienia, tego, w którym akurat było wolne miejsce.

Za każdym razem, kiedy siedziałem w więzieniu, ludzie zbierali pieniądze, żeby mnie wykupić. Wracałem do Wierzbicy i od nowa pracowałem… na kolejne kolegium. Sprawa ciągnęła się przez sześć lat, więc nazbierało się, jak już wspomniałem, 18 wyroków i 8 pobytów w więzieniu. Kolega był więziony sześć razy.

Najczęściej trafiałem do więzień w Radomiu i w Pińczowie. Z radomskim więzieniem wiąże się ciekawa historia. Kiedy przyszedłem tam po raz kolejny, naczelnik powiedział do mnie: „Wójcik, skończymy z Wierzbicą. Biskupa Gołębiowskiego ukarzemy. Kolegium zrobimy, zamkniemy w więzieniu i będzie koniec”. A ja mówię: „My na to czekamy, żebyście ukarali księdza biskupa. W więzieniu siedzę ja i ksiądz Roguś. Przyjdzie ksiądz biskup Gołębiowski i zrobimy tam kurię!”. I proszę sobie wyobrazić, że w tym budynku, gdzie wtedy znajdowało się więzienie, teraz znajduje się kuria, bo to był budynek zabrany siostrom.

Potem trochę się wycwaniliśmy. Ksiądz biskup wysyłał do Wierzbicy w niedzielę księży z innych parafii, żeby odprawiali Msze Święte. Przebierali się np. za rybaków, brali wędkę na ramię, jechali na motocyklu. Odprawiali Msze św., potem ludzie ukradkiem wyprowadzali ich polami. Brało w tym udział 40 księży. Niektórych złapano i też byli karani, ale cała diecezja była zaangażowana.


Czy zdarzało się, że SB proponowała Księdzu współpracę?


– Kiedy siedziałem w Radomiu za jeden wyrok, miałem mieć za dwa dni proces w kolejnej sprawie. Przyjechało dwóch panów. Przedstawili się i mówią: „Proszę księdza, wiemy już, jaki będzie wyrok – trzy miesiące aresztu. Może ksiądz uniknąć tego wyroku”. Zapytałem: „W jaki sposób?”. „Niech się ksiądz wycofa z Wierzbicy, a my załatwimy księdzu studia w Rzymie. Potem czeka księdza kariera itd.” Odpowiedziałem im, że się dowiaduję nowych rzeczy, bo do tej pory na studia do Rzymu wysyłał biskup. „Odkąd – pytam – macie taką władzę, żebyście wysyłali księdza na studia do Rzymu? Jak załatwicie z księdzem biskupem i odwoła mnie z Wierzbicy i wyśle na studia, to ja się tej woli księdza biskupa poddam”. Powiedzieli mi tylko, żebym nic nie mówił o tej rozmowie księdzu biskupowi, i na tym się skończyło.


A jak ostatecznie zakończył się konflikt w Wierzbicy?


– Z czasem przybywało parafian, ale najwięcej powróciło po wizycie Prymasa ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Ksiądz Prymas wiele razy mi powtarzał: „Józef, musisz siedzieć, niezależnie od tego, na ilu wyrokach to się skończy, nie możemy tej sprawy przegrać. Nie możemy oddać Kościoła w ręce komunistów”. Poddałem więc myśl, żeby ksiądz Prymas przyjechał do Wierzbicy i minął kościół, a stanął na tzw. Chałupce, to dałoby wreszcie zbuntowanym parafianom do myślenia, że coś jest nie tak. Oni byli wtedy przekonani, że bronią kościoła – tych cegiełek… I ksiądz Prymas to podchwycił. Pojechał w tym czasie do Ojca Świętego Pawła VI i podczas tej wizyty powiedział Papieżowi o wypadkach w Wierzbicy i o tym, że są tam prześladowani kapłani, którzy kilkakrotnie siedzieli w więzieniach. Poprosił, aby Ojciec Święty ich pobłogosławił, dał im jakiś znak, że jest blisko nich. Ojciec Święty ofiarował nam różańce i prosił, żeby ks. Prymas przywiózł nam je i przekazał osobiste błogosławieństwo papieskie „dla kapłanów, którzy pracują, i dla tych ludzi, którzy wiernie stoją przy Kościele Chrystusowym”.

Ustaliliśmy, że ks. Prymas przyjedzie do Wierzbicy inną drogą, bo istniało niebezpieczeństwo, iż powtórzy się historia, jaka miała miejsce z ks. bp. Gołębiowskim.

„Na Chałupce” zebrało się 12 tys. ludzi. Wynieśliśmy stół na chodnik i ks. Prymas z tego stołu wygłosił wspaniałe kazanie.

Po tym wytworzyła się grupa parafian obojętnych, którzy jednak odstąpili od części zbuntowanej i ks. Kos po tym wydarzeniu stracił zwolenników.

Wszystko zakończyło się w 1968 roku. Miała miejsce autentyczna bitwa w kościele. Cały czas starałem się osobiście docierać do zbuntowanych parafian, którzy zaczęli się już łamać. Tłumaczyłem im, że to nie ma sensu i oni to zrozumieli. Pojechaliśmy do księdza biskupa z delegacją do Sandomierza, z prośbą, aby przyjechał do Wierzbicy i żeby nastąpiło pojednanie, a kościół wrócił we właściwe ręce. Po wizycie ks. biskupa nastąpiło pojednanie, z którego potem na skutek nacisków SB ks. Kos się wycofał. Ostatecznie kościół odbiliśmy w Wielki Piątek. Przedtem pojechałem do Urzędu ds. Wyznań do Warszawy. Po przedstawieniu sprawy urzędnik, który nazywał się Wierzbicki, odpowiedział mi, że oni kościoła nie zamykali, żeby teraz mieli go otwierać. Powiedziałem: „Dziękuję”. Po powrocie oznajmiłem więc: „Słuchajcie, w Warszawie powiedzieli mi, że jak sobie odbijecie kościół, to będzie wasz”. Przygotowaliśmy akcję z udziałem młodzieży. Do kościoła oczywiście nie mieliśmy wstępu. Odprawialiśmy Msze św. w ogrodzie przy kościele. Kiedy ks. Kos i jego zwolennicy stali przy kościele, młodzież ruszyła pierwsza, pogonili ich i kościół opanowali.

Jak już się sprawa zakończyła, zaprosił mnie do siebie ks. kard. Karol Wojtyła i powiedział, że bardzo dobrą robotę zrobiliśmy w Wierzbicy. Miał świeże wiadomości na temat konferencji, jaka odbyła się w Pradze, w której brali udział dyrektorzy Urzędów ds. Wyznań i dyskutowano tam, jak rozbijać Kościół. Nasz dyrektor z Warszawy podał przykład, że już opracowali metodę rozbijania Kościoła przy pomocy tzw. niezależnej parafii. Zalecał, żeby stosować ją w całym bloku socjalistycznym. Niepowodzenie tego rodzaju planów, jak w Wierzbicy, zastopowało groźbę podziału Kościoła, który nastąpił np. w Chinach.


Jak po tych sześciu trudnych latach potoczyły się dalsze losy Księdza?


– Po zakończeniu sprawy Wierzbicy zostałem przeniesiony do Szydłowca. Byłem tam trzy miesiące. Od razu podpadłem za kazanie, w którym głosiłem, że w Polsce nie ma wolności. W notatce SB jest informacja, że jestem zdecydowanym wrogiem Polski Ludowej. Potem z Szydłowca poszedłem do Radomia, do parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny – dzisiejsza katedra, i stamtąd dojeżdżałem na studia i robiłem doktorat. Z Radomia w 1972 r., 36 lat temu, przyszedłem do Suchedniowa. Przez pięć lat władze w ogóle nie chciały ze mną rozmawiać, a trzeba było budować wikariat itd. Dopiero ks. abp Bronisław Dąbrowski, po rozmowie z Kazimierzem Kąkolem [szef Urzędu ds. Wyznań – przyp. red.], sprawił, że dostałem pozwolenie na budowę wikariatu, zostałem zatwierdzony na proboszcza i pierwszy raz mogłem jechać za granicę.


Podczas pobytu w parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu nastąpił wreszcie moment, który ks. Prymas kard. Stefan Wyszyński określił jako najpiękniejsze dzieło kapłańskiego życia Księdza, czyli pomysł odbicia uwięzionej przez komunistów kopii Obrazu Jasnogórskiego…


– Nie mogłem się pogodzić z tym, że Obraz Matki Bożej jest uwięziony. Przyszła mi więc do głowy myśl, żeby ten Obraz uwolnić i podzieliłem się najpierw tym pomysłem z ks. Wojciechem Staromłyńskim, proboszczem parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu oraz z ks. Romanem Siudkiem, rezydentem tej parafii. Bardzo im się ten pomysł spodobał. Pojechałem do ks. Prymasa, który po wysłuchaniu mnie powiedział: „Józef, to byłaby nadzwyczajna rzecz, gdyby to się udało, ale jak się nie uda, to ja cię ostrzegam, że ty z więzienia nie wyjdziesz”. Wtedy powiedziałem, że mogę siedzieć po raz dziesiąty w więzieniu dla Matki Bożej. I dostałem zgodę. Włączyłem do akcji dwie siostry zakonne z Mariówki – s. Marię Kordos, ekonomkę zgromadzenia, i s. Helenę Trentowską, kierowcę, dlatego że potrzebna nam była nyska. Prowadziliśmy długie przygotowania, jeździliśmy kilka razy do Częstochowy, sprawdzając trasę, musieliśmy dorobić klucze do kraty, za którą ukryty był obraz itp. 13 czerwca 1972 r., we wspomnienie św. Antoniego, z samego rana, niezauważeni przez nikogo wynieśliśmy obraz z kaplicy św. Pawła Pustelnika i przewieźliśmy go do Radomia, gdzie przeczekał do 18 czerwca na rozpoczęcie peregrynacji w naszej diecezji. Gdy obraz został wyniesiony na zewnątrz, zapanowała niebywała radość i euforia. W pierwszej parze szedł ks. Prymas kard. Stefan Wyszyński i ks. kard. Karol Wojtyła, a za nimi ośmiu biskupów. Ludzie klękali, płakali, machali chusteczkami. Po sześciu latach uwięzienia, Obraz wrócił na szlak nawiedzenia.


Czy te wszystkie wydarzenia: więzienia, konflikt w Wierzbicy, niezwykła przygoda życia związana z uwolnieniem Obrazu odcisnęły jakieś osobiste piętno na życiu Księdza?


– Bardzo się cieszę, że Matka Boża mnie wybrała, żebym Jej bronił. Cieszę się, że jestem rycerzem Matki Bożej. Chciałbym Jej nie zawieść i nie zawieść Jej czcicieli.


Dzisiaj nadarza się ponownie okazja, aby powrócić wspomnieniami do tych wydarzeń, a to za sprawą spektaklu Sceny Faktu Teatru Telewizji pt. „Złodziej w sutannie”, autorstwa i w reżyserii Pawła Woldana, który zostanie wyemitowany w Programie 1 o godz. 20.20. Miał Ksiądz okazję obejrzeć pokaz przedpremierowy. Jak Ksiądz ocenia tę sztukę?


– Przede wszystkim cieszę się, że temat ujrzał światło dzienne i przebił się na ekrany telewizyjne. Ja patrzę na to w duchu wiary. Przedpremierowy spektakl odbył się w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, i to w 55. rocznicę aresztowania ks. Prymasa. Przez ten spektakl niejako Prymas Polski wkroczył do Pałacu Kultury – symbolu radzieckiej dominacji, i wkroczył też ten prześladowany i więziony Obraz Matki Bożej. Tak działa Opatrzność Boża. Ci zaś, którzy prześladowali Kościół, przechodzą do historii zapomniani, prawda zaś zwycięża. Po obejrzeniu spektaklu wszystkie te wydarzenia na nowo we mnie odżyły. Aktorzy wiernie je przedstawili, wczuli się w swoje role. Artur Żmijewski dobrze odegrał swoją rolę, czyli mnie, Marian Opania – proboszcza Staromłyńskiego, i Olgierd Łukaszewicz ks. Prymasa. Prawda o prześladowaniu Kościoła podana tam jest w świetle wiary – optymistycznie, ale nie cukierkowo, dlatego spektakl można polecić każdemu, zwłaszcza młodzieży.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj