Chrystianofobia

– Tygodniowy przegląd prasy –


Zaciekłe ataki na chrześcijaństwo mają miejsce nie tylko w Indiach czy Chinach, ale również w naszej Ojczyźnie. Z prześladowaniem chrześcijan nie mamy bowiem do czynienia tylko wówczas, gdy totalitarna władza lub ideologiczni fanatycy dopuszczają się zbrodni – jak podaje Antonio Socci w książce „Mroki nienawiści”, każdego dnia ginie średnio 438 chrześcijan – lecz i wtedy, gdy pod płaszczykiem demokracji ruguje się Boga z życia publicznego. Nieprzestrzeganie fundamentalnych praw danych człowiekowi przez Stwórcę, także w wydawałoby się cywilizowanych państwach Zachodu, niejednokrotnie prowadzi do zbrodniczych praktyk, chociażby w postaci dopuszczenia przez prawo aborcji czy eutanazji.

– Jak donosi „Nasza Polska” z 30 września br. za włoskim dziennikiem „Avvenire”: „W świecie szerzy się chrystianofobia (…), nienawiść do chrześcijaństwa globalizuje się i przybiera formy nowego antysemityzmu. Podczas gdy antysemityzmowi czy islamofobii stawia czoła na świecie wiele międzynarodowych organizacji, to za chrześcijanami nie ujmuje się nikt z wyjątkiem Kościoła”.

– Próbą marginalizacji Kościoła jest powtarzający się postulat zaniechania nauki religii w szkołach. W tygodniku „Przekrój” z 2 października 2008 r. znajdujemy tekst zatytułowany „Religio, wracaj do sal”, którego autorzy, używając pokrętnych argumentów, próbują wykazać, że szkoła, do której uczęszczają dzieci w przytłaczającej większości pochodzące przecież z rodzin katolickich, nie jest miejscem do nauki religii. Szkoła, która utrzymuje się z podatków katolików, ma nie wspierać katolickich rodziców w religijnym wychowaniu dzieci i młodzieży, gdyż – jak argumentują redaktorzy „Przekroju”, miejscem nauki religii jest salka przy kościele. Ten postulat zepchnięcia katolików do swoistych gett publicyści „Przekroju” mają nadzieję zrealizować z pomocą ideologicznie im bliskiego rządu Donalda Tuska, do którego zwrócili się ze swoistym apelem. A na razie religia ma przerodzić się w religioznawstwo, chociaż najlepiej, by zastąpiła ją swoiście pojmowana etyka. Proponowany przez redaktorów tego pisma zakres etyki zakłada, że nie będzie to nauka o ludzkich czynach ocenianych ze względu na ich wartość moralną, a więc ze względu na dobro lub zło. Jak się sugeruje, młodzi ludzie mają swobodnie decydować, co jest dobre, a co złe. Za wzorcowe rozwiązanie, podobno mające nauczyć samodzielnego myślenia, uznaje się przeprowadzane na Zachodzie eksperymenty, w których „nauczyciele zachęcają uczniów do kwestionowania oczywistości powszechnie przyjętych (…) nie po to jednak, żeby je odrzucić, lecz po to, żeby się nad nimi zastanowić, a odrzucić wtedy tylko, gdy po analizie okażą się przesądem lub uprzedzeniem, jak np. rzekoma pozytywna wartość dziewictwa lub nierozerwalności małżeństwa (…)”. Tego typu postulaty mające siać zamęt wśród kształtującej swój kręgosłup moralny młodzieży popiera Andrzej Dominiczak, szef ateistycznego Towarzystwa Humanistycznego – promowany w analizowanym tekście na eksperta, który na lekcje z tego przedmiotu proponuje chociażby „temat pedofilii [podczas realizacji którego – dop. P.P.] należałoby omówić problem winy za czyny popełnione przez ludzi z wrodzonymi, nieakceptowanymi społecznie skłonnościami, na które jednak obwiniony nie ma wpływu”. Czytając te postulaty, wyraźnie widzimy, iż proponuje się w „Przekroju” lekcje nie z etyki, a z antyetyki. Tworzy się też fałszywe podziały, przeciwstawiając wychowanie religijne wychowaniu moralnemu. Przecież sprawnie funkcjonujące społeczeństwo potrzebuje jasnych zasad odwołujących się do natury człowieka i określających jego postępowanie chociażby w postaci nakazów: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywie o innych. Warto też przypomnieć, że cywilizacja łacińska, w której wyrośliśmy, opiera się na etyce chrześcijańskiej. Historia wykazała też dobitnie, że brak odniesienia do Dekalogu jako minimum etycznego prowadzi w dłuższej perspektywie do zakwestionowania godności człowieka, co może w skrajnych przypadkach być przyczyną zbrodni na masową skalę.

– Niestety niewiele lepszy wydźwięk ma artykuł o nauczaniu religii w szkołach w bieżącym numerze „Tygodnika Powszechnego”. Redakcja zatytułowała go „Ciało obce”, co już na wstępie poddaje czytelnikom myśl, że lekcje religii są takim właśnie niepożądanym elementem wśród przedmiotów nauczanych w szkole. Artykuł sugeruje, że te zajęcia to pasmo udręk dla większości katechetów, którzy muszą zmagać się z dorastającą młodzieżą. W tekście pada również sugestia, że warta zastanowienia jest idea przeniesienia części katechez do sal parafialnych. W szkole przekazywano by suchą wiedzę, a przy parafiach odbywałaby się formacja duchowa. Przecież tworzenie sztucznych podziałów tego przedmiotu nie jest dobre wychowawczo. Warto przypomnieć, że nauka religii ma pomóc młodym ludziom w nawiązaniu osobistego kontaktu z Bogiem. Obecność katechezy w klasie szkolnej jest też istotnym doświadczeniem uczącym dzieci i młodzież, że dla zasad wiary nie ma enklaw, gdzie Dekalog nie obowiązuje. Powinni oni bowiem przyswoić sobie fundamentalną prawdę, że katolikiem jest się zarówno w kościele, szkole, zakładzie pracy czy każdym innym miejscu. Muszą też już w młodości nauczyć się, że mają prawo do wyznawania swojej wiary i manifestowania przywiązania do niej także w miejscach publicznych. Spychanie lekcji religii do salek przy kościołach może sugerować, że powraca sytuacja z PRL, gdzie aktywnie w życiu publicznym mógł uczestniczyć tylko ateista lub osoba, która nie przyznawała się do swej wiary.


Paweł Pasionek
drukuj