Anatomia świętokradztwa

Ścieżka obok drogi

Ajajajajajajaj! Wprawdzie letnie kanikuły dobiegają powoli końca, na Kaukazie rozpoczyna się rozbiór Gruzji, przy pomocy którego Cesarstwo Amerykańskie próbuje wzniecić zarzewie konfliktu między powstającym Cesarstwem Europejskim a Cesarstwem Rosyjskim, ale co to wszystko znaczy w porównaniu ze świętokradztwem, jakie wykryli przodujący w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym funkcjonariusze „Gazety Wyborczej”? Świętokradztwo dotyczy Lecha Wałęsy, którego „Gazeta Wyborcza” lansuje („a potem lansował mnie przez dwie godziny…”) na kolejny autorytet moralny. Polega zaś na tym, iż Instytut Pamięci Narodowej rozpoczął publikowanie listy osób prześladowanych przez komunistyczny reżim w okresie PRL i nie zamieścił tam nazwiska Lecha Wałęsy. Tymczasem Lech Wałęsa, jak wynika z jego własnych deklaracji, obalił komunizm sam jeden, „bo nie miał ludzi”. „Gazeta Wyborcza” z jakichś tajemniczych powodów przechodzi nad tymi deklaracjami byłego prezydenta do porządku dziennego, chociaż w takiej sytuacji mogą pojawić się pytania, gdzie w takim razie był i co robił, dajmy na to, Jacek Kuroń czy „drogi Bronisław”, nie mówiąc już o Adamie Michniku? Ale rozumiemy, że „kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” i że na razie trzeba podtrzymywać tak zwaną legendę Okrągłego Stołu, a więc nolens volens – również „legendę Lecha Wałęsy”, które podobno są dla Narodu Polskiego niezbędne. Wszystko to oczywiście być może, ale warto wiedzieć, że w odróżnieniu od historycznej prawdy tzw. legenda jest podkoloryzowaną, zafałszowaną wersją wydarzeń. Ciekawe, dlaczego zdaniem michnikowszczyzny i razwiedki, które w tej sprawie, jak zresztą i w innych, idą ręka w rękę, Narodowi Polskiemu niezbędne są akurat „legendy”, natomiast historyczna prawda jest dlań niebezpieczna i szkodliwa?

Wprawdzie od dawna powiadam, że kto słucha Lecha Wałęsy, ten sam sobie szkodzi, ale niektóre media podniosły tak jazgot, że niepodobna było go nie dosłyszeć. Kulminacyjnym momentem było przesłuchanie byłego prezydenta w ekspozyturze razwiedki, zakamuflowanej pod postacią stacji telewizyjnej TVN, przez przodującą w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym Monikę Olejnik. Podczas tego przesłuchania Lech Wałęsa, jak potem tłumaczył, wpadł w „amok” i w tym amoku oskarżył JE ks. abp. Kazimierza Nycza o jakieś powiązania ze Służbą Bezpieczeństwa. Warto w tej sytuacji przypomnieć, iż to nie pierwszy przypadek amoku w rodzinie Wałęsów; w swoim czasie jeden z synów b. prezydenta dopuścił się był bezeceństw w stanie tzw. pomroczności jasnej, a więc też swego rodzaju „amoku”. Co tu dużo mówić – możliwość, że prezydentem Polski mógł być człowiek notorycznie cierpiący na amoki, dobrze nie wygląda.

Ale to wszystko drobiazg w porównaniu z sytuacją, że funkcjonariusze „Gazety Wyborczej” tak się zapamiętali w zadaniu oskarżania IPN, że ich uwadze zupełnie umknęła okoliczność, iż postępowanie pracowników Instytutu jest całkowicie zgodne z ustawą z 18 grudnia 1998 roku o IPN, a konkretnie – z artykułem 53 punkt 8. Stanowi on, że IPN „publikuje (…) dane osobowe osób, wobec których zachowały się dokumenty świadczące o tym, że organy bezpieczeństwa państwa zbierały o nich informacje (…) a wobec tych osób nie stwierdzono istnienia dokumentów świadczących, że byli (…) traktowani przez organy bezpieczeństwa państwa jako osobowe źródła informacji, a w szczególności w tym charakterze byli przez te organy zarejestrowani lub odnotowani”. Za tak sformułowanym przepisem 18 grudnia 1998 r. głosował nie tylko poseł Balcerowicz, nie tylko poseł Borusewicz, nie tylko poseł Mazowiecki, nie tylko poseł Frasyniuk, nie tylko poseł Lityński, ale również poseł Geremek, czyli sam „drogi Bronisław”. Czyżby nie wiedzieli, za czym głosują? Oj, chyba wiedzieli, bo każdy z nich coś tam musiał wiedzieć – o Lechu Wałęsie również.


Stanisław Michalkiewicz
drukuj