Żył w obecności Boga
Santo Subito
Z ks. infułatem Jerzym Bryłą, duszpasterzem artystów, kapelanem Bractwa Kurkowego w Krakowie, długoletnim współpracownikiem ks. kard. Wojtyły, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Przez wiele lat był Ksiądz blisko związany z Karolem Wojtyłą. Kiedy po raz pierwszy spotkał się Ksiądz z przyszłym Papieżem?
– Pierwszy raz zobaczyłem młodego Karola Wojtyłę w 1947 r. na dziedzińcu Kurii Biskupiej w Krakowie, kiedy przygotowywał się do święceń subdiakonatu. Zaintrygowało mnie Jego wielkie skupienie, powaga i zaduma. Kolega, którego wówczas odwiedzałem w seminarium, szepnął mi do ucha: „To jest Karol Wojtyła, najmądrzejszy z naszych kleryków i najbardziej święty”. Opowiedział mi także o wielkim miłosierdziu Wojtyły, który mając dwie koszule, oddał jedną repatriantowi ze Wschodu, który wraz z innymi ogołocony powracał ze Związku Sowieckiego. Później spotkaliśmy się dopiero po 11 latach, w 1958 r., kiedy ks. Wojtyła został biskupem, a ja jako wikariusz w parafii św. Floriana przejąłem po nim duszpasterstwo akademickie. Nie ukrywam, że byłem bardzo przejęty tym, czy sobie poradzę z prowadzeniem młodzieży po tak wykształconym i mądrym człowieku, o nieprzeciętnej osobowości. Od czasu do czasu odwiedzał nas ks. bp Wojtyła.
Na czym polegał fenomen kontaktów ks. Wojtyły, a następnie Jana Pawła II z młodzieżą?
– Przede wszystkim był to człowiek autentyczny, o wielkiej osobowości. Tym, czym przyciągał młodzież, była również szczerość i osobista świętość, która z niego emanowała. Przyciągał swoim sposobem bycia, autentyzmem. Jako biskup, kardynał, a przede wszystkim jako Papież posługiwał się językiem prostym, jasnym, którym docierał do wszystkich i dzięki któremu – w myśl przepowiedni Słowackiego – stał się Papieżem ludowym, porywał tłumy. Wszędzie, gdzie się pojawiał, mocno, zdecydowanie, ale z miłością i troską o człowieka, głosił prawdę Bożą.
W 1971 r. zorganizował Ksiądz pierwszy opłatek artystów krakowskich z ks. kard. Wojtyłą, dając początek corocznym spotkaniom. Jak do tego doszło?
– Od początku mojej posługi kapłańskiej w Krakowie uczęszczałem na większość koncertów do filharmonii, a także na premiery do teatru. Dzięki temu poznałem wielu muzyków, aktorów. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy na różne tematy, wzajemnie się ubogacając. Pewnego dnia, w okresie Bożego Narodzenia, poprosiłem ks. kard. Wojtyłę, czy nie zechciałby przyjść do nas na opłatek, a On zaprosił nas do siebie. I tak się zaczęło. Przyszły Papież bardzo przeżywał każdy opłatek z artystami, słuchał poezji, zwłaszcza Norwida, był także zafascynowany muzyką wykonywaną podczas minikoncertów w Pałacu Arcybiskupim. Ludzie się do Niego garnęli.
Po wyborze na Stolicę Piotrową kontakty z Ojcem Świętym trwały nadal. Jak wyglądały, czy były częste?
– Szczerze mówiąc, zawsze rozumieliśmy się bardzo dobrze. Może to zabrzmi trochę nieskromnie, ale miałem zdolność niejako wnikania w Jego duszę, a On w moją. Dlatego będąc na inauguracji pontyfikatu, patrzyłem, jak się czuje na tym nowym stanowisku. Zobaczyłem, że mimo ogromu zadań, jakie Bóg przed Nim postawił, jest na swoim miejscu, czuje się dobrze i pewnie pokieruje Kościołem. Później, przynajmniej dwa razy do roku, gościłem w Rzymie. Byłem też zapraszany na spotkania z Papieżem, często rozmawialiśmy podczas posiłków. Lubił mnie i do końca Jego życia byliśmy ze sobą blisko.
Ojciec Święty, choć odszedł, wciąż żyje w nas. Jaki Papież obecny jest w sercu Księdza Infułata?
– Pozostał w moim sercu jako człowiek autentyczny, który bezgranicznie kochał i był zjednoczony z Panem Bogiem, ale równocześnie był dla ludzi. Gołym okiem można było dostrzec, że żyje w obecności Boga. Wszystkie dokumenty apostolskie, encykliki, adhortacje czy listy do wiernych pisał, klęcząc przed Najświętszym Sakramentem. To jego wielkie oddanie, zawierzenie Chrystusowi i Matce Najświętszej sprawiało, że wszystko, co czynił, miało moc samego Boga. Możemy i powinniśmy się uczyć od Jana Pawła II świętości, autentyczności, pracy na sobą, bo każdy z nas jest powołany i może być świętym tak jak On.
Bóg zapłać za rozmowę.
