U boku Stanisława Augusta

Stanisław Michalkiewicz


Nie ma chyba polityka, który przynajmniej od czasu do czasu nie pragnąłby zająć miejsca w historii. Niekiedy udaje się to osiągnąć dzięki szczęśliwemu przypadkowi, jak np. pewnemu francuskiemu parlamentarzyście. Kiedy w Zgromadzeniu Narodowym wybuchła podłożona przez terrorystów bomba i sala pogrążyła się w ciemnościach, ów deputowany krzyknął: „Panowie, posiedzenie Izby trwa!”. Nigdy niczego więcej już nie dokonał, ale – jak to mówią – dobra psu i mucha.

Pan prezydent Lech Kaczyński jest w zdecydowanie lepszej sytuacji. Miejsce w historii ma już zapewnione, nawet gdyby nie dokonał już niczego więcej. Kiedy tylko, zgodnie z upoważnieniem udzielonym mu 1 kwietnia przez Sejm i 2 kwietnia przez Senat, ratyfikuje w imieniu Polski traktat reformujący, już na wieki zajmie miejsce obok króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który 25 listopada 1795 roku, miesiąc po III rozbiorze Polski, podpisał podsunięty mu przez Mikołaja Repnina akt abdykacji, w którym czytamy m.in.: „niniejszym aktem najuroczyściej ogłaszamy, że wolnie i z własnej woli wyrzekamy się bez ekscepcji wszelkich praw Naszych do Korony Polskiej, do Wielkiego Księstwa Litewskiego i innych należących do nich krajów, jako też znajdujących się w nich posesji i przynależności; akt ten uroczysty abdykacji Korony i rządu Polski w ręce Najjaśniejszej Imperatorowej Wszech Rosji składamy dobrowolnie…”. Dlaczego Imperatorowej zależało na podpisie Stanisława Augusta? Rozbiory przecież były już faktem dokonanym, Insurekcja Kościuszkowska – krwawo stłumiona, Naród doprowadzony do stanu bezbronności. Jednak królewski podpis rozbiór i likwidację państwa legitymizował i za to właśnie Stanisław August pozostanie już na zawsze postacią, jak to się dzisiaj mówi, kontrowersyjną.

Prezydent Lech Kaczyński, ratyfikując traktat reformujący, zwany również lizbońskim, wyrzeknie się de facto niepodległości państwa, na czele którego stoi, przyłączając Rzeczpospolitą Polską do nowego państwa, które w efekcie ratyfikacji traktatu reformującego przez 27 państw zostanie proklamowane 1 stycznia 2009 roku i będzie się nazywało Unią Europejską. Polska stanie się odtąd jego częścią składową, a nigdy jeszcze żadna część składowa jakiegokolwiek państwa nie była niepodległa. Przeciwnie – zawsze podlegała władzom tego państwa, właśnie jako jego część składowa. I na to właśnie, ratyfikując traktat reformujący, zgodzi się pan prezydent. Dlatego też na dźwięk nazwiska „Najjaśniejszej Imperatorowej”, czyli pani kanclerz Anieli Merkel, przezorni parlamentarzyści już zawczasu zareagowali przymilnymi oklaskami.

Wprawdzie pan prezydent utrzymuje, jakoby Unia Europejska nie była państwem, bo właśnie w traktacie reformującym zrezygnowała z takich atrybutów państwowych, jak flaga i hymn, ale warto zwrócić uwagę, że ta opinia została wypowiedziana

1 kwietnia, w związku z czym uprzejmie traktujemy ją jako dowcip primaaprilisowy, wprawdzie trochę ponury, ale przecież pan prezydent nie jest zawodowym humorystą, tylko uczonym profesorem prawa. Inna sprawa, że skoro w traktacie reformującym zrezygnowano z flagi, to dlaczego przed Pałacem Namiestnikowskim obok flagi biało-czerwonej powiewa również flaga niebieska z 12 złotymi gwiazdami… Dlaczego podczas uroczystości w prezydenckim pałacu ta niebieska flaga ustawiona jest obok flagi polskiej? Prezydent Republiki Czeskiej Wacław Klaus kazał zdjąć flagę Unii Europejskiej z pałacu na Hradczanach i nic się nie stało ani jemu, ani Czechom. Dlaczego zatem pan prezydent Kaczyński nie odważył się na taki gest, skoro flaga ta, jego zdaniem, żadnego państwa już nie symbolizuje?

Niepodległość państwowa nie jest wartością absolutną. Pamiętam, że kiedy w latach 70. przyłączyłem się do Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, wydawało mi się, iż wystarczy tylko, by Polska odzyskała niepodległość, żeby wyzwoliła się spod sowieckiego jarzma, a wszystko będzie dobrze. Jednak po chwili przyszła refleksja, że przecież Związek Sowiecki za Stalina był niewątpliwie państwem niepodległym, podobnie jak Chiny w czasach Mao Zedonga, a przecież ani tu, ani tu nie chciałbym mieszkać. Niepodległość nie jest zatem wartością absolutną, ale bez niej na ogół bywa jeszcze trudniej osiągnąć cel, jakim jest „zażywanie wolności” – cel, jakiemu ma służyć, według naszych sarmackich przodków, własne niepodległe państwo. Dzisiaj wielu ludzi w Polsce pod wpływem propagandy i stręczycielskiej gorliwości wielu polityków uważa, że dopiero Niemcy czy Francuzi przychylą im nieba. Dlaczego jednak Niemcy czy Francuzi bardziej mieliby troszczyć się o nich niż o siebie – tego chyba sami nie wiedzą. Inne narody mogą co najwyżej przygiąć nam karku, zwłaszcza gdy przekonają się o naszej naiwności i bezbronności. Dlatego właśnie niepodległość państwowa, chociaż nie jest wartością absolutną, jest taka ważna. Dlatego właśnie ludzie kochający wolność, a nie chwilowe pozwolenie na swawolę, gotowi byli ryzykować, a nawet oddawać życie w obronie niepodległości. W jednej z bajek Ignacy Krasicki opowiada o cielęciu, które zostało schwytane przez wilki. Kiedy zażądało wyjaśnień, jakim prawem wilki zamierzają je rozszarpać, te odpowiedziały: „smacznyś, słaby i w lesie”.

Posłowie uzasadniający 1 kwietnia konieczność uchwalenia ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji traktatu reformującego mieli pełne usta patriotycznych frazesów. Koronnym argumentem była opinia, że dla umocnienia niepodległości państwowej powinniśmy najpierw się jej wyrzec. Taka osobliwa logika nie jest w dziejach parlamentaryzmu polskiego bez precedensu. Józef Kossakowski, biskup inflancki, jurgieltnik i złodziej, uczestnik konfederacji targowickiej, która m.in. patetycznymi deklaracjami złożyła również tę, że nie odstąpi „ani cząsteczki” polskiej ziemi, tak oto uzasadniał konieczność zatwierdzenia przez sejm grodzieński II rozbioru Polski. Nie chodzi – powiadał – o „cząsteczkę”, ale o duże części Polski, zatem zatwierdzenie rozbioru nie będzie oznaczało złamania przysięgi. A przecież każdy poseł także „uroczyście” ślubował „strzec suwerenności” państwa, zaś prezydent przysięgał „strzec niezłomnie” już wprost „niepodległości” – więc rzeczywiście – trudno pogodzić entuzjazm do ratyfikacji traktatu reformującego z tymi uroczystymi deklaracjami bez uciekania się do osobliwej logiki biskupa Józefa Kossakowskiego. Można powiedzieć, że dzisiejsza większość sejmowa dochowała tradycji – szkoda tylko, że takiej.

Grupa posłów głosujących przeciwko ustawie upoważniającej prezydenta do ratyfikacji traktatu reformującego próbuje złożyć do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności tego traktatu z polską Konstytucją. Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński uznał tę inicjatywę za pożyteczną, bo może stworzyć również Trybunałowi Konstytucyjnemu okazję do wypowiedzenia identycznych zaklęć, które PiS w porozumieniu z Platformą Obywatelską i PSL powpisywało do sejmowej uchwały, towarzyszącej ustawie ratyfikacyjnej. Ta pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia prawnego uchwała jest listkiem figowym, na jaki premier Donald Tusk pozwolił Jarosławowi Kaczyńskiemu w ramach tzw. kompromisu. Prezes PiS nadal pragnie udawać, że własną piersią ratuje Polskę przed niebezpieczeństwami z powodu ratyfikacji traktatu, który sam wynegocjował i gotów był podpisać jeszcze we wrześniu ubiegłego roku – co potwierdziła Anna Fotyga, minister spraw zagranicznych w kierowanym przez niego rządzie. Oczywiście udaje, bo przecież doskonale wie, że zgodnie z art. 2 ust. 2 ustawy z 1 sierpnia 1997 roku o Trybunale Konstytucyjnym, w okresie poprzedzającym ratyfikację umowy międzynarodowej wnioskować o stwierdzenie jej zgodności z Konstytucją może tylko prezydent, a nie posłowie. Tymczasem pan prezydent wcale nie spieszy się z ratyfikacją i w rezultacie ani posłowie, ani rzecznik praw obywatelskich mogą nie mieć możliwości skutecznie wnioskować do TK o sprawdzenie zgodności traktatu reformującego z Konstytucją aż do 1 stycznia 2009 roku. Czy to również było objęte „kompromisem” pana prezydenta Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem w Juracie? Jeśli było, to prezes PiS Jarosław Kaczyński w żadnym wypadku nie może o tym nie wiedzieć. Kłamstwo ma krótkie nogi, dla których buty Tadeusza Rejtana są o wiele za duże.

drukuj