Brudne kombinacje
Rząd deklaruje przeprowadzenie reformy opieki zdrowotnej, lecz unika publicznej prezentacji przygotowanych przez minister Ewę Kopacz projektów ustaw. Liczy zapewne, że przeforsuje je w Sejmie, zanim się ktokolwiek zdąży odezwać. Mamy więc do czynienia z taką praktyką sprawowania władzy, która odrzuca powszechnie przyjęte zasady rządzenia: przejrzystość i potrzebę komunikacji społecznej. Rząd z własnej woli naraża się na podejrzenie, że za jego zapowiedzią reformy kryją się niejasne i ukrywane przed społeczeństwem motywy czy interesy. Z bardzo fragmentarycznych enuncjacji dotyczących wspomnianych projektów ustaw zdrowotnych wynika, że nie jest to podejrzenie bezzasadne.
W projektach tych kluczową rolę odgrywa pozornie drugorzędna propozycja przekształcenia placówek szpitalnych w spółki prawa handlowego. Wielu uważnych obserwatorów obecnej sytuacji w opiece zdrowotnej wychwytuje sztuczność takiego rozwiązania. Propozycja bowiem zakłada, że szpitale publiczne mogą być „komercjalizowane”, czyli że mogą stracić wymiar przedsięwzięć publicznych. Przewiduje się, iż mogą być podporządkowane regułom prawno-organizacyjnym charakterystycznym dla działalności biznesowej, a nie wymogom funkcjonowania sektora publicznego. Czyli zakłada, że „biznes na szpitalach będzie robiony”.
Wrogie przejęcia
Zamysł, który przebija się przez omawianą propozycję, niesie znacznie poważniejsze skutki. Przekształcenie szpitali w spółki zapewni możliwość przejmowania nad nimi kontroli (własności) przez osoby nabywające udziały w takich spółkach. Do tego punktu wszystko wydaje się racjonalnie uzasadnione. Z góry wiadomo, że koronnym argumentem przemawiającym za takim przekształceniem będzie stwierdzenie, iż umożliwia ono pozyskiwanie przez szpitale (od prywatnych inwestorów) potrzebnego kapitału.
Jednak dalej argumentacja ta rozpryskuje się jak bańka mydlana. Przekształcenie szpitali publicznych w spółki prawa handlowego umożliwia wykorzystanie pułapki zadłużeniowej w celu taniego przejęcia własności. Innymi słowy, mamy tutaj do czynienia z dwoma etapami działania: kreowaniem zadłużenia i wywoływaniem w ten sposób sytuacji kryzysowej, co zdecydowanie obniża wartość udziałów w spółce, a następnie wykorzystania tej sytuacji przez wierzycieli i związanych z nimi inwestorów do przejęcia kontroli (własności). Ten schemat działania jest określany mianem wrogiego przejęcia i jest stosowany od kilku dziesiątków lat. Znane są mniej lub bardziej wyrafinowane sposoby pozyskania zarządów spółek do przeprowadzenia wrogich przejęć. Znane są także techniki finansowe osiągania korzyści z tych przejęć, jak na przykład „ćwiartowanie krów”, czyli intratne wysprzedawanie majątku przejętych spółek (i doprowadzenie ich do bankructwa). Jest ona jedną z typowych, amoralnych i niebezpiecznych praktyk przestępczości finansowej na świecie. Nic dziwnego, że taka praktyka jest powszechnie prawnie zakazana i ostro zwalczana. Od 1989 r. obowiązują w Europie regulacje prawne w sprawie fuzji i przejęć zabezpieczające przed tym rodzajem przestępczości finansowej. Z wyjątkiem… Polski (i prawdopodobnie Węgier).
W naszym kraju praktykę wrogiego przejęcia zastosowano na szerszą skalę pod płaszczykiem „prywatyzacji” przedsiębiorstw i banków państwowych. W świetle prawodawstwa polskiego wrogie przejęcia są dopuszczalne, ale nie znaczy to bynajmniej, że dzięki temu spada z nich odium przestępczości. Nierespektowanie międzynarodowych standardów prawnych nie powoduje, że działania powszechnie uznawane za kryminalne zostają wybielone. Czy propozycje rządowe przewidują skuteczną regulację prawną i formy nadzoru ograniczające możliwość wrogich przejęć? Nic podobnego.
Uwagę tę adresuję przede wszystkim do posłów RP, którym być może przyjdzie niebawem uchwalać ustawę przewidującą komercjalizację szpitali publicznych. Sądzę, że nie powinni pochopnie liczyć na neutralność opinii publicznej albo na nikłe zainteresowanie stenogramami gromadzonymi w bibliotece sejmowej. W przestępczości posługującej się tworzeniem pułapek zadłużeniowych w celu wyciągania niepoślednich korzyści często sięgano po tzw. ekonomistów od brudnej roboty (polecam zwierzenia Johna Perkinsa zawarte w jego książce „Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”). Czy niebawem przyjdzie nam mówić o polskich parlamentarzystach od brudnej roboty?
Jak zgubiono interes publiczny?
Problemy systemu opieki zdrowotnej są skutkiem odrzucenia przez rządy odpowiedzialności za rozwój służby zdrowia, a w szczególności za ciągłość, jakość i bezpieczeństwo korzystania z usług zdrowotnych. Zaowocowało to beztroskim i krótkowzrocznym ograniczaniem nakładów publicznych na zdrowie, a zarazem odstawieniem w kąt nadzoru finansowego nad gospodarką placówek opieki zdrowotnej. W tym sensie rządy traktujące opiekę zdrowotną jak uciążliwy balast, a nie kluczowy element sektora publicznego są winne zaniedbań, w tym także złej kondycji tych placówek.
Rządy są odpowiedzialne za zobowiązania sektora publicznego, w tym za zobowiązania publicznych placówek opieki zdrowotnej. Jednak ten podstawowy kanon ekonomii sektora publicznego został zlekceważony. Kolejne rządy nakręcały, a później nie potrafiły zatrzymać spirali zadłużenia szpitali, stawiającej je w sytuacji kryzysu finansowego. Zadłużenie w znacznym stopniu wynikało z niedostatecznego poziomu finansowania usług zdrowotnych oraz wadliwego rozdziału funduszy. Mimo że nowoczesne metody i narzędzia informatyczne wartościowania osiągnięć są już tak zaawansowane, że odpowiedź na pytanie „ile komu?” nie nastręcza większych trudności, to obciąża bezpośrednio rządy, stając się przykładem braku odpowiedzialności. Oczywiście długi są często skutkiem złego gospodarowania majątkiem szpitali, ale efektywny system nadzoru finansowego i metody restrukturyzacji finansowej powinny zapewniać szybkie unormowanie sytuacji. Brak takiego systemu nadzoru i niechęć do restrukturyzacji obciąża pośrednio rządy, okazuje się więc przykładem ich braku odpowiedzialności.
Obecny rząd jakby tego nie dostrzega. Przerzucając roszczenia lekarzy, pielęgniarek i personelu technicznego na barki dyrektorów szpitali, czyni to ze świadomością, że możliwości zaspokojenia tych roszczeń są znikome. W ten sposób okazuje nie tylko skrajny brak odpowiedzialności, lecz wywiera presję, aby dyrektorzy szpitali w gorączkowym poszukiwaniu funduszy na wzrost wynagrodzeń zwiększali ponad wszelką miarę zadłużenie kierowanych przez siebie placówek. Oznacza to, że rząd zamiast wyprowadzić szpitale z kryzysu finansowego, decyduje się na jego pogłębienie. A wtóruje temu wpływowa część środowisk lekarzy, nie dostrzegając oparów absurdu i udając, że dyrektorzy są odpowiednimi adresatami ich roszczeń. Innymi słowy, usiłuje się zmontować jak najwięcej pułapek zadłużeniowych. Szykuje się warunki pod szeroko zakrojone wrogie przejęcia.
Wpisanie proponowanych szpitalnych spółek prawa handlowego na listę organizacji pożytku publicznego jest ornamentem mającym sugerować respektowanie interesu publicznego albo uzewnętrznieniem wyrzutów sumienia. Nie zmienia charakteru tych spółek, lecz (dzięki ustawie z 24 kwietnia 2003 r. o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie) tylko dokłada plaster miodu w postaci przysługujących tym organizacjom zwolnień podatkowych. Może nawet prowokować stawianie pytania: kto w ostatecznym rachunku będzie spijał ten miód (może niecierpliwie czekający kombinatorzy)?
Nie chodzi więc o reformę czy komercjalizację szpitali, lecz o wcielenie w życie brudnych kombinacji finansowych. Widać to jak na dłoni.
Prof. Artur Śliwiński
