Ożywa zmora „przyspieszonej prywatyzacji”
Rząd przygotowuje się do „przyspieszenia prywatyzacji”. Zostało to zapowiedziane z niebywałym rozmachem i determinacją w inauguracyjnym przemówieniu sejmowym premiera Donalda Tuska, a teraz ukazują się pierwsze koncepcje „prywatyzacji”. Niebezpieczne koncepcje.
Warto więc przyjrzeć się dokładniej prywatyzacyjnym zamysłom premiera. Przede wszystkim rzuca się w oczy jego postanowienie przywrócenia zaufania do prywatyzacji skierowane do sali sejmowej: „Jestem świadomy, bo czuję się tak, jak powinna się czuć ta sala, współodpowiedzialny za to, że dzisiaj słowo 'prywatyzacja’ nie budzi zaufania obywateli. Chciałbym przy państwa pomocy, dzięki przejrzystym, uczciwym do bólu działaniom, przywrócić zaufanie obywateli do tego procesu wycofywania biurokracji państwowej z życia gospodarczego”.
Pomijam fakt, iż przywrócenie zaufania do prywatyzacji jest zadaniem karkołomnym. Wymagałoby bowiem naprawienia niebywałych szkód społecznych i gospodarczych, które spowodowała kilkunastoletnia „przyspieszona prywatyzacja”, usunięcia ludzi winnych tych szkód, a zwłaszcza poprawienia prawnej regulacji transakcji majątkiem publicznym, która w obecnej postaci przeczy elementarnym zasadom ochrony interesów majątkowych Polski. Na to się wcale nie zanosi.
Premier Tusk w gruncie rzeczy nie traktuje chyba swej zapowiedzi poważnie. Początkowo stwierdza, że nie budzi zaufania samo słowo „prywatyzacja”, a nie dotychczasowa praktyka prywatyzacyjna. Różnica jest znaczna, gdyż wcale nie chodzi o jedno słowo, które rzeczywiście źle się kojarzy, lecz o negatywną ocenę kilkunastoletniej praktyki wyzbywania się majątku narodowego. Potem mówi już o czymś innym, o przywróceniu zaufania do samej prywatyzacji, przedstawiając ją jako proces wycofywania biurokracji państwowej z życia gospodarczego. Tymczasem okazało się (o czym mogliśmy się wielokrotnie przekonać na własnej skórze), że paradoksalnie prywatyzacja nie spowodowała ograniczenia aktywności biurokracji w sferze gospodarczej. Okazała się natomiast „biznesem prywatyzacyjnym” uprawianym na szeroką skalę z aktywnym udziałem aparatu państwowego, zwiększyła jego wpływy w życiu gospodarczym i pogłębiła korupcyjne powiązania władzy i ekonomii.
Niech więc politycy wraz z podległą im biurokracją rządową zaczną się wreszcie wycofywać z powiązań biznesowych. Niech zrezygnują z pokaźnych wpływów politycznych i finansowych, jakimi nęci ich „przyspieszona prywatyzacja” (zastępując ją rozumnym zarządzaniem mieniem publicznym). „Uczciwość do bólu” nie jest potrzebna. Potrzebne jest wprowadzenie metod analizy kosztów i korzyści, umożliwiających obiektywną ocenę i kontrolę wykorzystywania majątku publicznego. Nie oszukujmy się dalej: metody te są znane i stosowane w innych krajach przynajmniej od ćwierci wieku. Są znane nawet na poziomie wiedzy podręcznikowej (z ekonomii sektora publicznego). Są znane i wymagane w projektowaniu przedsięwzięć wspomaganych z funduszy Unii Europejskiej.
Właśnie stosowanie obiektywnych kryteriów oceny i kontroli decyzji prywatyzacyjnych jest podstawowym probierzem uczciwości.
Jakie zatem metody oceny i kontroli efektywności przedsięwzięć prywatyzacyjnych stosowano dotychczas, zamiast powszechnie uznanych metod analizy kosztów i korzyści? Odpowiedź jest jednoznaczna: żadnych. Wyznaczano kontyngenty przedsiębiorstw przeznaczonych do „prywatyzacji”, niszcząc w ten sposób kolejne sektory polskiej gospodarki, analogicznie jak w latach 50. niszczono obowiązkowymi dostawami gospodarstwa chłopskie. Jedyną silnie forsowaną przez wszystkie kolejne rządy dyrektywą (z chwalebnym w tym zakresie wyjątkiem rządów Prawa i Sprawiedliwości) było „prywatyzowanie” jak najszybsze, bez względu na racjonalność ekonomiczną, bez względu na koszty i korzyści społeczne.
Ekonomiczne zafałszowania
Zarzutów kierowanych przez ekonomistów pod adresem czynników odpowiedzialnych za „przyspieszoną prywatyzację” nagromadziło się sporo. Nie wszystkie może zasługują na przypomnienie. Toteż zamierzam przypomnieć niektóre z nich.
Pierwszy i najważniejszy zarzut dotyczy właśnie sygnalizowanego wyżej unikania kryteriów oceny efektywności decyzji prywatyzacyjnych. Jasne jest, że niektóre przedsięwzięcia prywatyzacyjne mogą być opłacalne, a inne przeciwnie – nieopłacalne. Inaczej być nie może. Każdy ekonomista musi więc przyznać, że realizacja przedsięwzięć ekonomicznie nieopłacalnych, zwłaszcza na szeroką skalę, jest działaniem zabójczym. Mogą oczywiście wystąpić jakieś okoliczności zewnętrzne skłaniające do ich realizacji, a nawet wymuszające ją, ale to nie zmienia istoty rzeczy.
W tym świetle „przyspieszona prywatyzacja” wygląda szczególnie podejrzanie. Po pierwsze, rządy lansujące „przyspieszoną prywatyzację” unikały jak ognia jasnych, a zarazem wymiernych kryteriów opłacalności przedsięwzięć prywatyzacyjnych. Często natomiast posługiwały się żenującymi bajeczkami (jakoby prywatyzowany majątek miał znikomą wartość). Innymi słowy, rządy działały wbrew zasadom racjonalności (czyli rozumności) ekonomicznej. Po drugie, nie potrafiły wyjaśnić, jakie szczególne okoliczności zewnętrzne skłaniały lub zmuszały je do „prywatyzacji” (owe okoliczności musiały być wyjątkowo silne, skoro górowały nad zasadą racjonalności). Tak więc rządy same, z własnej woli, nakreśliły szeroki krąg podejrzeń wobec swojej działalności prywatyzacyjnej i co tu ukrywać – uzasadnionych podejrzeń. Forsując „przyspieszoną prywatyzację”, zachowały się podobnie jak kierowca autobusu, który zdejmuje ręce z kierownicy i mocno naciska pedał gazu, wyjaśniając pasażerom: nieważne dokąd, ważne, aby jechać jak najszybciej.
Obrona prywatyzacji
Przyjrzyjmy się z kolei obronie „przyspieszonej prywatyzacji”. Widać wyraźnie, że obrona ta ma charakter ideologiczny, a nie ekonomiczny. Zwolennicy powrotu do „przyspieszonej prywatyzacji” mówią: skoro własność prywatna jest fundamentem gospodarki rynkowej, konieczne jest najszybsze sprywatyzowanie majątku publicznego. Innymi słowy, czują się powołani do budowy tego fundamentu. Ilość błędów ekonomicznych zawartych w tym (pozornie słusznym) poglądzie jest zatrważająca.
Oto jeden z najważniejszych błędów.
Prywatyzacja, czyli ze wszech miar pożądane przywrócenie roli własności prywatnej, nie polega na „prywatyzacji” (raczej likwidacji, wyprzedaży) majątku publicznego. Polega przede wszystkim na takim ukształtowaniu instytucji praw własności, aby właściciele nabytych legalnie zasobów majątkowych nie czuli się zagrożeni ze strony państwa lub współobywateli utratą tych zasobów. Chodzi o prawa konstytucyjne, ustawy i rozporządzenia gwarantujące i chroniące te prawa. W tym zakresie zamiast faktycznego usankcjonowania (prawnego i moralnego) praw własności otrzymaliśmy puste deklaracje. Najlepiej potwierdzają to trzy następujące fakty.
Pierwszy dotyczy własności publicznej, która została powierzona (czyli oddana w powiernictwo) instytucjom rządowym i samorządowym. Okazuje się, że w dotychczasowym systemie prawnym gwarancje i ochrona praw własności publicznej były i są nadal znikome. Skarb Państwa w Polsce nie jest podmiotem, lecz prawną abstrakcją. W latach 1989-1993 wszelkie więzy krępujące swobodne dysponowanie majątkiem publicznym zostały z przepisów prawnych usunięte jako… utrudniające przyspieszoną prywatyzację. Unikano ograniczeń samowoli prywatyzacyjnej jak diabeł święconej wody. Wystarczy choćby przypomnieć zaciekły opór przed wprowadzeniem systemu kontroli procesów „prywatyzacyjnych” na wzór przedwojennej Prokuratorii Generalnej (po latach utarczek wprowadzono zaledwie jej namiastkę).
Drugi poważny fakt potwierdzający deklaratywność praw własności dotyczy braku reprywatyzacji. Reprywatyzacja jest po prostu przywróceniem utraconych praw własności. Mówienie o przywróceniu instytucji praw własności bez faktycznego przywrócenia tych praw tym, którym je zabrano, jest po prostu nielogiczne. Jednakże niepohamowana ekspansja „przyspieszonej prywatyzacji” omijała reprywatyzację szerokim łukiem. A hojność w rozdawaniu majątku publicznego przeistaczała się w płaczliwy głos o potrzebie oszczędnego gospodarowania majątkiem publicznym, gdyż jest go zbyt… mało. To były drwiny ze społeczeństwa.
Trzeci fakt dotyczy pozostawienia odłogiem spornych tytułów własności. Z prywatyzacją spieszono się tak bardzo, że nie zwracano uwagi na wyjaśnienie stanu prawnego licznych nieruchomości posiadanych przez państwowe przedsiębiorstwa i agencje albo gminy. Dotychczas sporne tytuły własności obejmują większość publicznego majątku nieruchomego. „Prywatyzowanie” tego spornego majątku jest zwykłym skandalem.
Jak można wracać do tej stajni Augiasza, nie mając chęci jej oczyszczenia?
Prof. Artur Śliwiński
