Cała nadzieja liberała

W komentarzach mediów liberalnych, które na zmianę: lamentują, że „sprawa ojca Rydzyka” jest wciąż „nierozwiązana”, bądź prześcigają się w sporządzaniu donosów na Radio Maryja, najciekawsze są uogólnienia. Odsłaniają nieuchronnie, często wbrew intencjom autorów, styl rozumowania, mentalność. Stanowią niezamierzony autoportret autorów.

Jeden z najbardziej znanych w Polsce publicystów, Rafał Ziemkiewicz (na zdjęciu), poświęcił wysiłkom nowego rządu, by ostatecznie rozwiązać kwestię Radia Maryja – tak wstydliwą, gdy patrzy się z perspektywy salonów Brukseli czy Berlina – niewielki komentarz w „Rzeczpospolitej” z 17 grudnia. To prawdziwa perła wśród tego rodzaju tekstów. Autor patrzy na wydarzenia wokół Radia z rodzajem politowania, z ironicznym dystansem. Obserwuje i śmieje się w kułak. Jakieś mróweczki krzątają się pracowicie, by posprzątać „zaśmieconą” przez ojca Tadeusza i „rydzykoidów” (to częste określenie pana Ziemkiewicza) Polskę, a tymczasem tylko prawdziwym mędrcom dane jest oświecenie, co i jak należy czynić, byśmy wreszcie odetchnęli po dobrej robocie, czyli likwidacji jedynej niezależnej rozgłośni w naszym kraju. Sęk w tym, że cała ta krzątanina wyrobników pióra i rzesz urzędników państwowych, szukających dziury w całym, jest – jak twierdzi komentator „Rzeczpospolitej” – niczym innym, jak tylko radosną twórczością skazaną na przykrą porażkę. Jedyne męskie rozwiązanie to spowodowanie, by Kościół w Polsce przestał wreszcie opierać się na „przywilejach”, którymi, zdaniem Ziemkiewicza, został obdarowany z nadzwyczajną i niczym nieusprawiedliwioną hojnością przez komunistów, gdy w latach 80. zależało im na porozumieniu z biskupami. Wszystko zatem, konstatuje publicysta „Rzeczpospolitej”, co czyni ojciec Tadeusz Rydzyk w sferze biznesowych działań jest, niestety, zgodne z prawem. Ta „kuriozalna” – jak twierdzi – sytuacja, urągająca „standardom cywilizowanego świata”, mogłaby zostać rozwiązana, gdyby w Polsce pojawili się „odważni” politycy, gotowi zmienić prawo.

Pan Ziemkiewicz podsuwa ten tryb działania nie jako szeregowy komentator, nawet nie zdystansowany do wszystkiego niezależny publicysta, ale osoba wpływowa i opiniotwórcza, o wysokiej pozycji w polityczno-medialnym światku. Od lat zajmująca się m.in. konsekwentną obroną polityki finansowej Leszka Balcerowicza. Wiadomo, że na nowych i wielce pomysłowych uregulowaniach prawnych opiera się cały nowoczesny styl sprawowania władzy. Władzy, która, jak przewidywał Jan Paweł II, w miarę, jak zrywać będzie z wartościami moralnymi, coraz bardziej zbliżać się będzie do totalitaryzmu. To właśnie prawo, z jego haczykami i przemyślnie zastawionymi pułapkami, ma stanowić bicz na obywatela, któremu mogłaby zakiełkować w głowie nieodpowiedzialna myśl o wolności – gospodarczej czy też wolności słowa. Na zwodniczych konstrukcjach prawnych i odpowiednio nieprecyzyjnych pojęciach, których interpretację zastrzega sobie areopag ściśle tajnych mędrców, opierać się ma nowy, sztywny kanon postępowania, który ma zastąpić wyśmiewany od lat przez media Dekalog. W prawie i tylko w prawie zatem tkwi cała nadzieja ultraliberała – bo tak sytuuje sam siebie pan Ziemkiewicz, od połowy lat 90. deklarujący się również jako ideowy przeciwnik Radia Maryja.

Bo właśnie na Radiu Maryja kończy się cały liberalizm pana Ziemkiewicza. I zaczyna się snucie ponurego prokuratorsko-donosicielskiego planu, charakterystycznego dla wielbicieli ustroju, który z liberalizmem ma niewiele wspólnego.

Dla uwiarygodnienia tego policyjnego stylu pan Ziemkiewicz nie waha się przed pomówieniami i niczym nieusprawiedliwionymi uogólnieniami – które w ustach tej miary publicysty muszą zastanawiać – jakoby Radio Maryja „większości Polaków kojarzyło się jak najgorzej, z obskurantyzmem i obsesyjną żydofobią, zresztą zasłużenie”. Rafał Ziemkiewicz pokazał tu swój liberalizm jako moralne dno – gdy trzeba się rozprawić z inaczej myślącymi albo pragnie się zajrzeć do cudzej kieszeni, doprawdy nie ma barier. Poprawność polityczna, z którą Ziemkiewicz oficjalnie w innych swoich tekstach walczy, zaprowadziła go do posłużenia się prymitywnymi kłamstwami, na które nie ma żadnych dowodów. A powoływanie się na rzekomą „większość Polaków” jest dziecinnym zaklinaniem rzeczywistości.

W całej sprawie znamienna jest rola „Rzeczpospolitej”. Ten dziennik z bardziej konserwatywnie zorientowaną publicznością czytelniczą prowadzi swoistą grę. Kusi ich i przyciąga, zachowując wszakże – wyznaczony międzynarodowymi uwarunkowaniami – stosowny dystans. Zależy mu na niej i dlatego na co dzień nie pozwala się do końca zakwalifikować jako gazeta antykatolicka. Przeciwnie, publikuje szereg tekstów, które mogłyby świadczyć o chęci prowadzenia bardziej otwartej debaty w kwestiach wiary, tradycji i w kwestiach światopoglądowych. Ta taktyka lisich podchodów gwałtownie się przekształca, gdy „Rzeczpospolita” przystępuje do swoich wielkich kampanii wymierzonych w Kościół, które pojawiają się na jej łamach z iście zegarmistrzowską regularnością – czego ostatnim jaskrawym przykładem była sprawa ks. abp. Wielgusa – w których odgrywa rolę lidera i nie ustępuje niczym standardom etyki dziennikarskiej „Gazety Wyborczej”.

Smutny tekst Rafała Ziemkiewicza, w którym ostatecznie rozprawił się on ze swoim długo pielęgnowanym, cyzelowanym i odkurzanym mitem „liberała” – miłego pana, który cieszy się wolnością innych ludzi, bo wie, że ostatecznie tylko ludzie wolni są w stanie zrobić coś pozytywnego dla siebie i dla społeczeństwa – na rzecz ponurego grożenia Kościołowi „prawem”, którego jeszcze nie ma, ale które musi nadciągnąć, by pokonać wroga, któremu na imię Radio Maryja, jest jeszcze jednym świadectwem tej dziwacznej, pokrętnej drogi dziennika o dumnej nazwie „Rzeczpospolita”.


Ewa Polak-Pałkiewicz
drukuj