Godzina powstania ze snu
Każdy początek niesie w sobie potencjał ziarna rzuconego w świeżą rolę, nadzieję kwiatu, który w swoim delikatnym pięknie kryje tęsknotę dojrzałego owocu. Każda chwila w życiu ma wpisane w siebie oczekiwanie. Kwintesencją chrześcijańskiego oczekiwania jest Adwent. Dziś wchodzimy w jego nurt, logikę i nadzieję, jaką ma w sobie wpisaną.
Adwent jest tak skonstruowany, że jego pierwsze dwie niedziele kierują naszą uwagę na wydarzenia ostateczne – przyjście Pana na końcu czasu. Druga część to już oczekiwanie spełnienia się obietnic mesjańskich – nasze oczy skierowane są na Betlejem, gdzie wkrótce ciałem stanie się Obietnica Ojca. Coroczne przygotowania, a potem przeżywanie Bożego Narodzenia to oczywiście pewna konwencja, wplatanie w rytm codzienności pamięci wydarzenia, które dokonało się dwa tysiące lat temu. Ale niczego z konwencji nie ma ludzkie życie – prawdziwe aż do bólu, wypełnione oczekiwaniem, zszargane pośpiechem, zszarzałe zwyczajnymi problemami i tęsknotą za ciszą, pokojem, miłością. Pozbawione prawdy o Bogu staje się jak zwietrzała sól, a chrześcijanie zapatrzeni tylko w swoją historię, niezdolni dostrzec własnych dziejów z innej perspektywy, pisanych przez Pana Boga – jakże radośniejszych i pełniejszych niż te pisane na poplamionych grzechem kartach doczesności – zamiast nadawać smak światu, zamieniają się w słupy soli jak żona Lota…
„Rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu” – napomina dziś święty Paweł. Jakiego snu? Czy można spać – zanurzyć się w błogą bierność – w sytuacji, gdy utrzymanie się na powierzchni życia wymaga włożenia weń maksimum wysiłku? Pamiętam mojego ojca: zmęczony pracą na kolei, często po nocnych zmianach, kiedy tylko siadał, by odpocząć, od razu zasypiał. Organizm wykorzystywał każdą chwilę, by się zregenerować. Nie przeszkadzał mu włączony telewizor, bawiące się dzieci. Można spać nawet z otwartymi oczami, w zgiełku i hałasie. Ale nie o takim śnie pisze dziś Apostoł Narodów. Chodzi mu o coś zupełnie innego: o życie jednowymiarowe, płaskie, niezdolne do tworzenia głębokich relacji. Z zamkniętymi oczami. To tak, jakby jechać pociągiem, patrzeć w szybę i zamiast podziwiać krajobrazy za oknem, dostrzegać tylko bliższe odbicie – siebie samego…
Zatraciliśmy zdolność czuwania, kształtowania w sobie owej wewnętrznej dojrzałości, która pozwala w pełni przyjąć odpowiedzialność za siebie, swoją teraźniejszość i wieczność. Dlatego tak ważne jest to, by zwolnić. Nabrać dystansu do codziennego zabiegania, sterroryzowanego koniecznością zarabiania na kolejne raty kredytu na mieszkanie, utrzymania się na powierzchni życia. To odbiera wolność, zabija ducha, poszarza twarze. Może pierwszym zadaniem adwentowym powinno być właśnie uświadomienie sobie tej niewoli? Odkrycie konieczności spojrzenia – wreszcie! – na Tego, który może w pełni obdarzyć wolnością? Wcale nie jest to łatwe zadanie. „Niewola współczesna – pisze Konwicki w 'Kompleksie Polski’ – przypomina pewne sytuacje z filmów gangsterskich: oto dzwoni telefon, gangster każe zaszantażowanej ofierze podnieść słuchawkę i normalnym, towarzyskim tonem rozmawiać o byle czym z osobą towarzyszącą. Oto ktoś wszedł niespodziewanie do domu opanowanego przez gangsterów. Właściciel mieszkania, czując na sobie muszkę pistoletu ukrytego bandyty, częstuje gościa drinkiem, rozmawia normalnym tonem, stara się normalnie zachowywać i pozbyć się jak najszybciej jedynego człowieka, który mógłby mu pomóc…”.
Tylko Chrystus jest w stanie wyzwolić człowieka; pomóc mu zbudować właściwą perspektywę codzienności, odkryć prawdę o sobie, nikt inny. Pozwólmy Mu się poprowadzić, a „zbawienie stanie się bliżej nas”.
