Każde dziecko jest kochane

Powiedzieć życiu TAK

Na obrzeżach Krakowa stoi ładny, murowany, piętrowy dom. Obok niego znajduje się zadbany ogród, w którym – kiedy tylko pogoda dopisuje – baraszkuje trójka maluszków. Obok nich zawsze „kręci” się pani Basia lub jej córka. Nie spuszczają z dzieci oczu. Są ich skarbami.

– Przez wiele lat nie pracowałam zawodowo, tylko wychowywałam syna i córkę. W końcu dzieci dorosły, poszły na studia, a ja poczułam się jakoś dziwnie niepotrzebna. Wtedy przeczytałam w gazecie, że istnieje coś takiego jak pogotowie rodzinne. Spodobało mi się, że w taki sposób można pomagać dzieciom. O dziwo, mąż zgodził się bez problemów. Tylko początkowo dzieci kręciły nosem – rozpoczyna swoją opowieść kobieta.

I tak cztery lata temu w domu pani Barbary powstało pogotowie rodzinne. Od tego czasu przez jej dom przeszło około 30 dzieci. – Każde jest kochane, każde wnosi ze sobą do naszego domu wiele radości, choć – to trzeba podkreślić – często trzeba z tymi dziećmi bardzo dużo pracować. Kiedyś trafiła do nas trzyletnia dziewczynka, która nie dała się przytulić, a kiedy się ją dotykało, krzyczała, płakała. Bała się, bo wszystko kojarzyło się jej z biciem, przemocą. Oswajaliśmy ją pomalutku, a dziś ma cudownych rodziców. Dzieci u nas bowiem czekają na uregulowanie swojej sytuacji prawnej, na nowy dom – wyjaśnia pani Barbara.

Wśród 20 dzieci, jakie „zakotwiczyły” w pogotowiu pani Barbary, było jedno szczególne. – Ania mieszkała z nami dwa lata. Była ciężko chora. Jej rodzice nie chcieli jej. Dziewczynka nie chodziła, nie siadała, trzeba było wszystko koło niej robić. Tylko sygnalizowała, czego potrzebuje, a my ją doskonale rozumieliśmy. Ania odchodziła do Pana z naszego domu. To było dla nas wielkie przeżycie. Choć bardzo cierpiała, w tych ostatnich chwilach byliśmy przy niej, trzymałam ją za rękę. Ania była i jest nam bardzo bliska – ze łzami w oczach mówi pani Barbara.

Swoją tymczasową przystań w tym niezwykłym domu znalazła także dwuletnia Marysia. – Jej mama ciężko zachorowała. Tato dziewczynki musi opiekować się żoną niemal całą dobę. Nie mają rodziny, więc „oddali” nam na ten trudny czas dziewczynkę. Pan Wojtek, kiedy tylko może, odwiedza córkę, zabiera ją na spacer. Marysia wie, że kiedy mama wyzdrowieje, wróci do domu – mówi kobieta.

Patrząc na zaangażowanie pani Barbary i jej rodziny, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w tym domu panuje harmonia. Każdy domownik włącza się w pomoc przy dzieciakach. – Często ludzie pytają mnie, czy nie szkoda oddawać mi dzieci. Wtedy odpowiadam, że jestem szczęśliwa, że mogłam im pomóc w trudnym momencie życia. Że w sytuacji, kiedy potrzebowały domu, znalazły go. Radość miesza się jednak w moim sercu ze smutkiem, bo już ich nie przytulę, nie pocałuję. Cieszę się jednak, kiedy widzę, że odchodzą, trzymając swoje małe dłonie w dużych, które z miłością przytulą, pogłaszczą. Każda matka „wypuszcza z gniazda” swoje dzieci, a ja ich wypuszczam trochę więcej. Potem z daleka obserwuję, czy są szczęśliwe. A kiedy one są szczęśliwe, ja także jestem – mówi pani Barbara. I dodaje: – Pomagać dzieciom… to moje powołanie.


Małgorzata Pabis
drukuj