Nie wystarcza mi jeden rodzaj aktywności
Z Jackiem Jezierskim, prezesem Najwyższej Izby Kontroli, rozmawia Mariusz Bober
Jak na Pana awans zareagowała rodzina? Objęcie funkcji szefa NIK jeszcze bardziej zwiąże Pana, gdańszczanina, z Warszawą?
– Od urodzenia mieszkałem w Sopocie i nadal czuję się z tym miastem mocno związany. Tam też mieszkają moi rodzice. Po ślubie przenieśliśmy się z żoną do Gdańska, ale tuż za granicę z Sopotem, którego panoramę oglądamy z naszego mieszkania. Natomiast w Warszawie mieszkamy już 15 lat i na tym etapie życia tu mieści się nasz główny dom. Mamy dwóch synów. Obaj zaczęli chodzić do szkoły już w stolicy i dziś bardziej czują się związani z Warszawą niż z Trójmiastem. To właśnie tutaj mają większość kolegów i znajomych. Ja jednak wracam do Trójmiasta, gdy tylko nadarza się okazja.
W Pańskiej biografii można znaleźć informacje o drugiej stronie Pana życia kontrastującej z pracą urzędnika. Chyba dość daleko odszedł Pan od swoich pierwszych zainteresowań – biologii, nauk o ziemi?
– Na czele NIK powinna stać osoba, która dobrze rozumie, jaką funkcję ma pełnić kontrola państwowa. Naszym zadaniem jest ocena kontrolowanych obszarów funkcjonowania państwa. Państwowa kontrola zewnętrzna ocenia kontrolowanych z punktu widzenia ogólnych zasad obowiązujących w państwie. Czasem napotykamy problemy ze zrozumieniem naszej roli. Pamiętam, że gdy na początku lat 90. wchodziliśmy z kontrolami do wojska czy policji, budziło to ich zdziwienie i sprzeciw, ponieważ byli przyzwyczajeni, iż funkcjonowali poza kontrolą społeczną. Musieliśmy przekonywać te instytucje, że generalne reguły ich również obowiązują. Na przykład procedury wykonywania budżetu czy też kodeks postępowania administracyjnego dotyczą całej administracji. Do tego nie trzeba być ekonomistą czy prawnikiem, choć najwięcej osób z takim przygotowaniem zawodowym zatrudniamy.
A dlaczego wybrał Pan studia biologiczne i ornitologię?
– Od dziecka interesowałem się przyrodą – niewątpliwie dzięki rodzicom. Spędzaliśmy wszystkie wakacje na łonie przyrody. Często chodziliśmy też na spacery nad morze czy do lasu. Już wtedy uczyłem się rozpoznawania drzew, głosów ptaków. Gdy zacząłem chodzić do szkoły, zdecydowałem, że będę się tym zajmował. W okresie studiów interesowałem się głównie ptakami. Z ornitologią była związana także część moich zainteresowań polarnych, ponieważ podczas studiów zacząłem wyjeżdżać na Spitsbergen w ramach pracy w kołach naukowych. Zaproponowano mi wówczas udział w programie, którego celem było opisanie zjawisk przyrodniczych zachodzących na styku ekosystemów lądowego i morskiego w Arktyce.
Czyli to ptaki przyciągnęły Pana na Spitsbergen?
– Ptaki, góry, a przede wszystkim chęć przeżycia przygody, z którą nieodparcie kojarzyła mi się Arktyka. Na Spitsbergenie po raz pierwszy zetknąłem się z górami lodowcowymi. Tam uczyłem się poruszać po lodowcach i skałach pokrytych lodem.
To całkowicie nieporównywalne doświadczenie ze wspinaczką np. po polskich górach czy nawet Alpach?
– Jeśli chodzi o polskie góry, rzeczywiście jest to inna skala, ponieważ u nas nie ma lodowców. Natomiast w porównaniu do Alp góry Spitsbergenu są o wiele niższe, ale za to zupełnie bezludne i dużo trudniej dostępne. Przynajmniej tak było na początku lat 80., kiedy to większość szczytów miało dopiero pojedyncze wejścia.
Co Pan najbardziej ceni z tego pobytu na Spitsbergenie?
– Arktyka jest niezwykła – urzeka prostotą i dziką naturą. Uczy pokory, ale w zamian odkrywa swoje srogie, a zarazem delikatne piękno. Uczyliśmy się, jak żyć w trudnych warunkach polarnych, dostosowując się do nich. Dzisiaj mam wrażenie, że również tam człowiek coraz bardziej dostosowuje otoczenie do siebie, przez co ułatwia sobie życie, ale traci smak czegoś autentycznego i dziewiczego.
To góry Spitsbergenu zainspirowały Pana do wspinaczek wysokogórskich?
– Nie. Zainteresowałem się wspinaczką podczas studiów, pod koniec lat 70. Zapisałem się do klubu wysokogórskiego „Trójmiasto”, jednego z kilkunastu funkcjonujących wtedy w Polsce. Po kilku latach udało mi się wyjechać na wyprawę wysokogórską. To był od razu skok na głęboką wodę, ponieważ pojechałem w Himalaje, mając doświadczenia tylko z Tatr i Spitsbergenu. Klasyczna droga – to najpierw skałki i Tatry, później jechało się w Alpy, następnie w góry takie jak np. Hindukusz, czyli na 6-7 tysięczniki, a ukoronowaniem tej kariery były Himalaje. Udało mi się jednak przeskoczyć kilka etapów i w 1983 r. pojechałem na Dhaulagiri. Byłem w czwórce, która zdobyła szczyt – mój pierwszy ośmiotysięcznik. Dwa lata później wszedłem na Cho-oyu – szósty szczyt świata. Później wspinałem się jeszcze kilkakrotnie w wysokich górach. W Ameryce Północnej weszliśmy na McKinley (6194 m n.p.m.) – najwyższy szczyt tego kontynentu. W kolejnych latach uczestniczyłem w wyprawie na najwyższą górę świata – Mount Everest (8850 m n.p.m.), oraz wszedłem na Mt. Vinson (4897 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Antarktydy. Byłem też bliski zdobycia Aconcaguy (6959 m n.p.m.), największej góry obu Ameryk, ale zabrakło nam kilku godzin do szczytu.
Jednak poświęcił Pan to wszystko dla pracy urzędnika?
– Nie całkiem. Już pracując w NIK udało mi się wyjechać dwukrotnie na dłuższe wyprawy, choć niestety nie w Himalaje. Wyprawy w te góry wymagają bowiem dużo więcej czasu – ok. 3 miesięcy, a ponadto stałego treningu i bardzo dobrej kondycji. Ostatnio – w 2000 r. udało się nam zorganizować dużą wyprawę, podczas której przeszliśmy na nartach przez zamarznięte morze z Kanady na Grenlandię. Przez miesiąc szliśmy we czterech, zupełnie sami, po lodzie łączącym tę ogromną wyspę z kontynentem północnoamerykańskim. Prawdopodobnie właśnie tą drogą przeszli kilka tysięcy lat temu ludzie, którzy zasiedlili Grenlandię. Na tej drodze niemal nie widać śladów aktywności ludzkiej. Czasami tylko zapędzają się tam polujący Eskimosi.
Dlaczego po takich doświadczeniach biolog i miłośnik gór wybrał akurat pracę za biurkiem?
– Praca w NIK to zarówno konsekwencja mojej poprzedniej aktywności zawodowej, jak również pewien przypadek. Po kilku latach pracy w Polskiej Akademii Nauk postanowiłem nie rezygnować z aktywności wysokogórskiej. Tymczasem aby faktycznie wnieść coś do nauki, trzeba się temu poświęcić bez reszty. Trudno było pogodzić obie te rzeczy, a ja nie potrafię ograniczyć się do jednego rodzaju aktywności. Dlatego stając przed wyborem, zrezygnowałem z pracy w PAN i zacząłem utrzymywać się z prac na wysokości organizowanych przez klub wysokogórski. To była świetna praca, ponieważ dawała niezależność i stosunkowo niezłe wynagrodzenie, a ponadto umożliwiała mi częste i długie wyjazdy w góry. Tak pracowałem do 1989 roku. Później – gdy „Solidarność” oficjalnie reaktywowała swoją działalność i zaczęła funkcjonować Komisja Krajowa, podjąłem pracę w biurze ds. ekologii. Komisja Krajowa pełniła wówczas bardzo ważną funkcję, czegoś w rodzaju drugiego rządu. Wiele delegacji zagranicznych przyjeżdżało bowiem na rozmowy właśnie do KK „Solidarność”. Coraz częściej dotyczyły one problemów związanych z ochroną środowiska, których rozwiązywanie było totalnie zaniedbywane w czasach komunistycznych. W Komisji Krajowej poznałem obecnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdy został prezesem NIK, zaproponował mi pracę w nowo tworzonym departamencie ds. ochrony środowiska.
Jednak Pana bliska znajomość z Lechem Kaczyńskim stała się przedmiotem podejrzeń opozycji. Nie wierzy w Pańskie zapowiedzi, że utrzyma Pan niezależność NIK. Jak Pan odpowiada na te zarzuty?
– Nigdy nie byłem zaangażowany w bieżącą działalność polityczną. W mojej ocenie, znajomość z panem prezydentem – byłym prezesem NIK, którego dokonania były niekwestionowane, pozwoli mi skorzystać z jego doświadczeń. Będę stał na straży niezależności Izby. Pewnie takie zarzuty czasami będą się pojawiały, zwłaszcza ze strony kolejnych kontrolowanych ekip rządowych. Jednak trzeba pamiętać, że jest wiele mechanizmów gwarantujących niezależność NIK. Na przykład na dobór kontrolowanych obszarów ma wpływ m.in. parlament. Co roku zwracamy się też do innych organów państwa o sugestie kontrolne wynikające z ich wiedzy i doświadczeń. Ponadto rozpatrujemy też wnioski pojedynczych posłów o badanie różnych instytucji i zjawisk, chociaż czasami trudno jest rozróżnić, na ile takie wnioski są motywowane względami politycznymi, a na ile troską o dobro publiczne.
Czasem chodzi o dostarczenie przez NIK amunicji politycznej na przeciwników?
– Czasami tak bywa. Dlatego nie zawsze decydujemy się na podjęcie kontroli we wskazanym w ten sposób zakresie. Wracając zaś do kwestii niezależności NIK, pragnę podkreślić, że jest ona wpisana w cały mechanizm funkcjonowania Izby. Chodzi tu przede wszystkim o kolegialny charakter dokonywania ocen. Wszystkie końcowe raporty przechodzą wielostopniową weryfikację. To uniemożliwia zarówno kontrolerowi na dole, jak i prezesowi na szczycie istotną zmianę wyników kontroli. Ja jestem związany tym, co ustalił kontroler, z kolei on nie ocenia dokonanych ustaleń. Końcowa ocena wypracowywana jest na kolejnych szczeblach: nadzorującego doradcy, wicedyrektora, dyrektora i dopiero na końcu wiceprezesa i prezesa.
Obecnie także prowadzone są kontrole w niektórych obszarach. Może Pan coś więcej powiedzieć – w jakich i kiedy poznamy ich wyniki?
– W najbliższym czasie będzie kilka informacji pokontrolnych, tzw. raportów, które opiszą zbiorcze kontrole z różnych obszarów, m.in. w ratownictwie medycznym. Niedługo będzie też zakończona kontrola, która ma podsumować funkcjonowanie przedsiębiorstw w stanie upadłości. Ma ona pokazać, jak te przedsiębiorstwa funkcjonują pod zarządem syndyków. Ta kontrola jest o tyle trudna, że napotyka na przeszkody ze strony samych syndyków, którzy podlegają bezpośrednio sędziom. Pojawiły się nawet zarzuty, że naruszamy niezawisłość sędziowską. Podkreślam, że dołożyliśmy wszelkich starań, aby tej niezawisłości nie naruszyć.
Jak wypadło sprawdzanie przedsiębiorstw w stanie upadłości?
– Niestety, nie mogę nic powiedzieć o wynikach kontroli. Ich opracowywanie nie jest jeszcze zakończone. O wynikach mówimy dopiero wtedy, gdy materiał jest zatwierdzony i przesłany Sejmowi, przede wszystkim marszałkowi.
A kontrola w dziedzinie ratownictwa medycznego?
– Mogę powiedzieć, że badaliśmy pewne mechanizmy i koszty związane z tym, iż ustawa w tej dziedzinie przez kilka lat nie wchodziła w życie. Kontrola pokazuje z jednej strony pewne uwarunkowania, z drugiej – konsekwencje tego stanu rzeczy.
Czy NIK zajmowała się np. głośną ostatnio inwestycją w dolinie Rospudy?
– Osobnej kontroli tego trudnego problemu Izba nie prowadziła. Jednak podjęliśmy kontrolę funkcjonowania obszarów objętych programem Natura 2000 i w jej ramach dotknęliśmy problemu Rospudy. Jest ona już bliska zakończenia, ale jeszcze nie mamy jej wyników, gdyż trwa proces odwoławczy. Zajmie jeszcze co najmniej kilka tygodni. Będzie to bardzo ciekawa kontrola, m.in. dlatego że ma wymiar międzynarodowy. Jest ona bowiem prowadzona równolegle w wielu krajach Unii Europejskiej. Chciałbym podkreślić, że Polska od blisko 9 lat kieruje pracami grupy roboczej ds. ochrony środowiska Europejskiej Organizacji Organów Kontroli (EUROSAI). Jako lider tej grupy podjęliśmy ten problem.
Czy wyniki kontroli mogą mieć wpływ na inwestycję w dolinie Rospudy?
– Bezpośrednio – nie. Natomiast pośrednio mogą mieć wpływ, ponieważ pokażemy, jaką rzeczywistą ochroną są objęte te obszary. Pokażemy też, jak to się ma do kształtowania ładu przestrzennego w poszczególnych gminach. Przykład Rospudy pokazuje, jak nie należy rozwiązywać takich problemów. Dziś bowiem konflikt zaostrzył się na tyle, że coraz trudniej już sensownie z niego wyjść.
Od 15 lat pracuje Pan w NIK. Jaka sprawa będąca przedmiotem kontroli tej instytucji wydaje się Panu najbardziej bulwersująca?
– Trudno tu wskazać jakąś jedną kontrolę, bo było ich setki. Ale przypominam sobie jedną, z pierwszego okresu mojej pracy w NIK, gdy byłem wicedyrektorem departamentu ochrony środowiska i gospodarki przestrzennej. To kontrola inwestycji Lasów Państwowych w okolicach Sękocina, która odbywała się z pominięciem wielu różnych przepisów, kilku ustaw. Stała się ona bardzo głośna medialnie ze względu na to, że w budowę osiedla zaangażowały się osoby ze szczytów władzy. Jednak bardzo ważne były także inne kontrole w Lasach Państwowych. Sprawdzaliśmy realizację zadań z zakresu ochrony powietrza, wody, gospodarkę odpadami, przestrzeganie prawa geologicznego. Były ponadto ważne kontrole sprawdzające kształtowanie ładu przestrzennego. Tymi sprawami zajmował się departament, którym współkierowałem. Stwierdzono wtedy stosunkowo dużo nieprawidłowości ze względu na zaniedbania z poprzedniego systemu, a ponadto słabą jeszcze znajomość nowych przepisów. Pamiętajmy, że gospodarka znajdowała się w procesie transformacji i nie mieliśmy gotowych wzorców. Stąd też olbrzymie pole do – z jednej strony – celowych nadużyć, a – z drugiej – pomyłek wynikających z niewiedzy, jak to wszystko ma funkcjonować. Wydawałoby się, że dziś powinno być lepiej, ponieważ jesteśmy już w miarę okrzepłą demokracją i powinniśmy uczyć się na własnych błędach. Jednak pewne kontrole, które nadzorowałem później w innych obszarach, już jako wiceprezes, pokazują, że nieprawidłowości jest ciągle bardzo wiele.
Gdzie najwięcej?
– W każdej z dziedzin, które bada NIK, jest wiele problemów. Są takie, gdzie szybko następuje poprawa. Na przykład kiedyś kontrole wykazywały olbrzymią liczbę błędów w dziedzinie zamówień publicznych. W miarę upływu lat tych nieprawidłowości wykrywamy coraz mniej. Jednak niekoniecznie oznacza to, że państwo tak dobrze zaczęło funkcjonować w tym obszarze.
No właśnie. Przecież bardzo często możemy usłyszeć przynajmniej o podejrzeniach „ustawionych” przetargów?
– Rzeczywiście. Dziś jednak sytuacja się zmieniła. Jest o wiele mniej ewidentnych błędów. Gdy ktoś chce „ustawić” sobie przetarg, dba o to, by dokumentacja była bez zarzutu. Porozumienia zapadają w zupełnie inny sposób. Dlatego dziś jest po prostu trudniej wykryć nieprawidłowości. Dotyczy to zwłaszcza dużych przetargów o znacznej wartości. Jest to wyzwanie dla nas, ponieważ musimy się lepiej do tych kontroli przygotowywać. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie widać żadnych nieprawidłowości proceduralnych, musimy tak analizować dokumenty, żeby wykryć, iż np. doszło w rzeczywistości do „ustawienia” przetargu. Wielokrotnie spotykałem się z takimi sytuacjami, że nos kontrolera podpowiadał: „coś tu nie gra”, i że mogło dojść nawet do przestępstw, ale analiza dokumentacji nie pozwalała na wyciągnięcie takich wniosków. Zwłaszcza w tego rodzaju sytuacjach jest pole dla lepszej współpracy z innymi organami państwa.
Wyłącznie tutaj upatruje Pan sposobu na poprawę niskiej skuteczności NIK, której prace mimo wykrywania różnych nieprawidłowości często nie znajdują finału np. w sądach?
– Jeden ze sposobów na poprawę naszej skuteczności to lepsza współpraca z prokuraturą, z Centralnym Biurem Śledczym, a także niedawno utworzonym Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Instytucje te mają możliwości działań operacyjnych, których my nie posiadamy i mogłyby sprawdzać te wątki, które budzą nasze wątpliwości, podejrzenia, i ewentualnie doprowadzać je do finału, np. postawienia zarzutów karnych.
Jak dużo było spraw zakończonych ostatecznie postępowaniem i – ewentualnie – wyrokiem, a ile nie znalazło żadnego rozstrzygnięcia, choć – Pana zdaniem – powinny?
– Nie pamiętam, ile było takich spraw. Ale trzeba przyznać, że jest niewiele przypadków dokończenia wątków wynikających z naszych kontroli w postaci na przykład wyroków sądowych. Trzeba jednak pamiętać, że jest czymś naturalnym, iż nasze podejrzenia w trakcie postępowań prokuratorskich mogą się nie potwierdzić. Jednak naszym obowiązkiem jest składanie doniesień zawsze wtedy, gdy mamy uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa.
Wśród badanych przez NIK spraw szczególne miejsce zajmują prywatyzacje państwowych firm. Swego czasu prezes Janusz Wojciechowski mówił, że większość przeprowadzonych dotychczas procesów prywatyzacji zawierało nieprawidłowości. Pan też tak to postrzega?
– Jestem przekonany, że nie wszystkie prywatyzacje, które kontrolowaliśmy, były przeprowadzone w sposób rażąco zły. Oczywiście, w każdej takiej kontroli zwykle stwierdzamy jakieś mankamenty. Jednak kontroli bezwynikowych, tzn. takich, w których nie stwierdzamy nieprawidłowości, także w innych dziedzinach, właściwie nie ma. Były więc takie prywatyzacje, w których poważnych błędów nie stwierdziliśmy. Próbując to zbilansować, mogę stwierdzić, że w wielu przypadkach sprzedaży państwowych firm prywatnym inwestorom dochodziło do nieprawidłowości, czasami na dużą skalę. Stąd doniesienia do prokuratur, a nawet próby postawienia przed Trybunałem Stanu ministrów odpowiedzialnych za te prywatyzacje. Trzeba jednak wziąć pod uwagę także okoliczności tego procesu i pamiętać, że dotychczas w Polsce nie dokonywano prywatyzacji na taką skalę. Błędy były więc do przewidzenia, tym bardziej że chodziło o ogromny majątek. Trzeba zwracać uwagę także na pozytywne efekty prywatyzacji, aby nie prowokować twierdzeń, które czasami przypisuje się NIK, że sprzedaż państwowych firm jest z definicji zła.
Ale mało kto podważa celowość prywatyzacji w ogóle. Problemem są zwykle nieuczciwe metody sprzedaży, w tym doprowadzanie przedsiębiorstw do upadłości, by następnie przejmować je za bezcen.
– Tak się niestety zdarzało, zarówno w dużych przedsiębiorstwach, jak i małych firmach. Ich majątek w pewnym momencie ni stąd, ni zowąd „rozpływał się”. Nie zawsze generowało to ogromne straty na lokalnym rynku. Jednak w skali kraju skutek jest taki, że olbrzymi majątek przepłynął w prywatne ręce w sposób częściowo nielegalny, a na pewno nieuczciwy.
Jak wypada porównanie skali spraw badanych przez NIK w Polsce z innymi, z którymi zetknął się Pan podczas międzynarodowych kontroli z Pańskim udziałem?
– Rzeczywiście bierzemy udział w pracach Międzynarodowej Organizacji Najwyższych Organów Kontroli (INTOSAI). W jej ramach działa EUROSAI. Zarówno w jednej, jak i drugiej Polska uczestniczy w pracach różnych grup roboczych. Jesteśmy szczególnie aktywni w grupie ds. kontroli prywatyzacji w ramach INTOSAI. My dziś korzystamy z doświadczeń innych państw, ale i one również korzystają z naszych. Na Zachodzie też były problemy z prywatyzacjami, zwłaszcza wtedy gdy było ich więcej w krótkim czasie. Doświadczenia tych krajów pokazują, jak należy kontrolować procesy prywatyzacyjne. Dziś sprawdzamy wiele ich elementów, począwszy od wyboru doradcy prywatyzacyjnego poprzez negocjacje poprzedzające podpisanie umowy oraz ocenę jej zawartości, zwłaszcza pod kątem zgodności z interesem państwa, po realizacje różnych zobowiązań przez inwestorów, np. pakietu socjalnego, na sprawach ochrony środowiska skończywszy. Zdarzało się np., że inwestorzy zobowiązywali się do poniesienia poważnych nakładów na rozwój firmy, a w rzeczywistości doprowadzali do jej upadku. Nie spełniali też zobowiązań np. utrzymania marki na rynku.
Ale czy np. w innych krajach również dochodziło do stosowania na taką skalę nieuczciwych mechanizmów typu sztuczne doprowadzanie do upadłości?
– Zdecydowanie tak. Są to zjawiska, które się wszędzie pojawiają, zwykle na początku procesów prywatyzacyjnych, gdy mechanizmy zabezpieczające państwa są jeszcze słabo wykształcone.
Teraz są one lepiej ukształtowane? Niedawno w wystąpieniu sejmowym krytykował Pan rząd za słabe tempo prywatyzacji.
– Nie chodziło o słabe tempo w ogóle, ale o to, że nie przeprowadzono wielu prywatyzacji, które zakładała ustawa budżetowa przyjęta przez Sejm. W ten sposób nie zrealizowano zakładanych przychodów, które miały posłużyć do zmniejszenia zadłużenia państwa. Skoro zaś nie było środków z prywatyzacji, rząd musiał wyemitować kolejne papiery wartościowe, zadłużając się.
Ale przecież w tym roku – przynajmniej do niedawna – mieliśmy nadwyżkę budżetową?
– Jednak zobowiązania, które miały być pokryte dochodami z prywatyzacji, zostały pokryte przychodami z emisji papierów dłużnych i tylko dlatego nie mamy większego deficytu budżetowego. Rząd ratował się też w inny sposób. Mianowicie minister skarbu postanowił, że dywidendy z udziałów w spółkach Skarbu Państwa będą wyższe. Ale na dłuższą metę należy rozważyć, jak takie wysokie dywidendy wpływają na możliwości rozwojowe spółek. Dobra koniunktura, którą obecnie mamy, jest szansą na w miarę bezbolesne zrównoważenie budżetu.
Jak wyobraża sobie Pan w praktyce wykonywanie roli audytora zewnętrznego finansów publicznych?
– Takie są zapisy projektu ustawy o finansach publicznych, ale prace nad nim zostały przerwane z powodu rozwiązania Sejmu. Ta sprawa wymaga wyjaśnień, jako że NIK już de facto pełni taką rolę. Można więc mówić jedynie o rozszerzeniu naszych zadań w tym zakresie, o bardziej drobiazgowej kontroli. I do takiej roli się przygotowujemy, gdyż wcześniej lub później wprowadzenie takiego rozwiązania będzie konieczne.
Dlaczego?
– Pozwala ono rządowi na niemal bieżącą kontrolę realizacji budżetu. Poniekąd umożliwia pełnienie do pewnego stopnia roli audytorów komercyjnych. Po prostu minister finansów dostanie do ręki lepsze instrumenty codziennego zarządzania środkami finansowymi. Pozwoli to na wyeliminowanie sytuacji, w których minister finansów musiał zaciągać nowe kredyty, podczas gdy w tym samym czasie w niektórych jednostkach budżetowych niewykorzystane fundusze leżały na rachunkach.
Dziękuję za rozmowę.
Zdjęcie Marek Borawski
